home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks

Tekst napisał Bartłomiej Dobroczyński, psycholog. autor licznych publikacji. jest to jeden z rozdziałów książki wydanej w 2004 przez Znak - III Rzesza Popkultury. Treść dotyczy głównie polemiki z tezami Allana Blooma z jego głośnej książki "Umysł zamknięty", jest też sporo odniesień do Zappy.  
 

ROCK NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM

Rock jest formą sztuki. I to tak piękną, że zastanawiam się, czy Amerykanie na nią zasłużyli.
Frank Zappa

1          Jak powiadają niektórzy znawcy przedmiotu, rock'n'roll jest z definicji czymś niepoważnym. Być może dlatego poważne pisanie czy dyskutowanie o nim jawi się jako przedsięwzięcie niezwykle skomplikowane. Ściśle rzecz biorąc, wysoki ton w kontekście muzyki rockowej zdaje się na miejscu tylko w przypadku, kiedy zamierzamy poddać krytyce owo - jak się wyraził jeden z muzycznych purystów - „zwyrodniałe lewackie wycie", natomiast zupełnie nie przystoi w sytuacji odwrotnej, a mianowicie wtedy gdybyśmy zamierzali je za coś (nieopatrznie) pochwalić - to ostatnie dopuszczalne jest najwyraźniej tylko wśród „intelektualnych i duchowych ignorantów". Wygląda na to, że w dobrym tonie jest porównywanie rocka z innymi, jemu podobnymi „plagami" XX wie­ku, takimi jak: spaghetti western, komiksy i guma do żucia. Każdy, kto tak robi, może liczyć na poklask wśród oświeconej publiczności, a już na pewno wywoła dobre wrażenie.

Mimo tego, iż fenomen „mocnej muzyki" liczy sobie ponad 40 lat - a na przykład słynny kompozytor i dyrygent Leonard Bernstein twierdził, iż termin „rock'n'roll" (wraz z pewnymi zaczątkami stylu) pojawił się w murzyńskim jazzie już w połowie lat trzydziestych - to nie dopracowano się chyba żadnej efektywnej metody lego eksploracji. Trudności narastają wówczas, kiedy uświadomi my sobie, iż rock to nie tylko muzyka - która też skądinąd wymyka się jednoznacznej ocenie - ale nader kontrowersyjny fenomen kulturowy, dopuszczający studia o charakterze psychologicznym, socjologicznym czy antropologicznym.

Wobec rocka stosowano anatemy, zakazy, a nawet egzorcyzmy, zaś w jego obronę bądź potępienie angażowały się zarówno wybitne intelekty, jak i osobnicy o mentalności Wizygotów. Znamienne jest to, że do dyskusji na temat rocka - i to po obydwu stronach barykady - częściej chyba niż w jakiejkolwiek innej dziedzinie przystępowały osoby o zazwyczaj oceanicznej niekompetencji, jeżeli chodzi o domenę adwersarza. Warto zauważyć, iż najcięższe zarzuty - tak w odniesieniu do muzyki, jak i innych składników rockowego zaplecza - formułowane były przez ludzi, którzy, jak wszystko na to wskazuje, nie wysłuchali od początku do końca ani jednej reprezentatywnej dla inkryminowanego gatunku płyty, nie potrafiliby wymienić dziesięciu zespołów lub nazwisk artystów będących w swojej twórczości wyrazistymi przykładami rockowego idiomu, wreszcie - co z punktu widzenia tego typu dyskusji ma najistotniejsze znaczenie - nie umieliby odróżnić muzyki rockowej o wysokiej wartości estetycznej od przeżutej papki serwowanej na co dzień jako podstawowy składnik tzw. młodzieżowych audycji muzycznych. Nie może więc dziwić fakt, iż znakomita większość artykułów, w których przedstawiciele elit intelektualnych lub duchowych wypowiadają się na temat rocka (oraz jego twórców i zwolenników), najbardziej przypomina XVII- i XVIII-wieczne relacje francuskich jezuitów podczas pierwszych kontak­tów z Irokezami czy Huronami. Narzucającą się, wspólną cechą tych tekstów jest obecna w nich ignorancja nie tyle płynąca ze złej woli, ile raczej wynikająca z panicznego, chociaż uzasadnionego, lęku: przecież w obydwu przypadkach opisywani tam osobnicy nie tylko posiadają „odrażającą powierzchowność" i „zatrważające obyczaje", ale równocześnie nie przejawiają najmniejszej ochoty na przyjęcie dobroczynnego antidotum chrystianizmu, hellenizmu i zachodniej edukacji.

2          Inną ważną cechą podejścia charakterystycznego dla licznych przedstawicieli kultury wysokiej jest fakt częstego posługiwania się nietrafnymi - bądź miernymi - przykładami muzyki rockowej, zazwyczaj w celu jej łatwiejszej dyskredytacji. I tak, nierzadko traktuje się jako najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli kultury rockowej te zespoły i takich artystów, o których najczęściej mówi się i pisze, zaś - co chyba dla każdego jasne -zazwyczaj mówi się i pisze niekoniecznie o tych najwybitniejszych. Większość znanych z prasy i telewizji przykładów skłania do tezy, iż głównym kryterium promującym jakiegoś wykonawcę jest raczej jego inwencja w domenie „używkowo-obyczajowej" niż estetyczna jakość jego wytworów.

Tej pokusie uległ również myśliciel tak subtelny jak Allan Bloom, dla którego destrukcyjna potencja „muzyki ekstremalnej" uosobiona jest przez Micka Jaggera, Prince'a, Boya George'a i Michaela Jacksona1. Oczywiście, każdy z tych muzyków jest w jakiś sposób istotny dla kultury popularnej, równie oczywiste jest jednak to, iż nie są oni w żadnym razie reprezentatywni dla całego fenomenu rocka. Wyrażając się nieco przesadnie, można by powiedzieć, iż Michael Jackson jest o tyle „dobrym" przykładem ze świata muzyki rockowej, o ile na przykład Neron jest typowym przedstawicielem rzymskiej szkoły poezji: stopień ich popularności jest bowiem odwrotnie proporcjonalny do artystycznej rangi ich kiepskiej twórczości. A Ronald Reagan „serdecznie ściska, podaną z książęcym majestatem dłoń Michaela Jacksona, zasypanego następnie deszczem prezydenckich pochwał"2 - z takich samych powodów, z jakich Nerona zawsze niemal otaczał tłum pochlebców: zarówno jeden bowiem, jak i drugi z naszych „artystów" to ludzie bogaci, posiadający ogromną, mniej lub bardziej dosłownie rozumianą władzę, a dodatkowo niemal bezkrytycznie wielbieni przez tłum. Spróbujcie znaleźć kogoś, kto potrafi te rzeczy, ot tak, po prostu zlekceważyć! Któż w tej sytuacji będzie przejmował się trywialnością poetyckich rymów czy prostackim charakterem używanych akordów?

3          Mówiąc nieco poważniej, dyskusje o tzw. kulturze masowej w ogólności, a o rocku - którego „masowość" nie jest wcale oczywista! - w szczególności, są dobitnymi przykładami zastanawiającej żywotności tradycji kartezjańskiej w umysłach licznych przedstawicieli elit intelektualnych. Otóż najczęściej preparują oni wyjściową sytuację do dalszych potyczek aksjologicznych czy este­tycznych w taki sposób, aby otrzymać pewną liczbę nośnych przeciwstawień i polaryzacji, sprowadzających się ostatecznie do opozycji: „rzecz rockowa" przeciw „rzeczy myślącej". Tak więc przeciwstawia się najczęściej „kulturę wysoką" - „kulturze niskiej", „prawdziwą muzykę (sztukę)" - „hałasowi, zgiełkowi, komercyjnej tandecie (oszustwu)" czy też, bardziej subtelnie, jak to robi przywoływany już autor Umysłu zamkniętego, kontrastuje się „bogactwo duchowej tradycji" z „pustką i nihilizmem współczesnej muzyki", zaś pełen znaczeń, niuansów i kulturotwórczego potencjału „dyskurs przyjaciół" zestawia się z powszechną rzekomo orientacją lansowaną przez muzykę rockową, w przypadku której „podstawą współżycia są złudzenia wspólnych uczuć, kontakt cielesny i bełkotliwe formułki"3

A przecież minęło już parę lat od momentu, kiedy Leibniz ogłosił światu swoje „prawo ciągłości", i równocześnie wszystko wskazuje, że jest ono bardziej adekwatne do natury rzeczywistości, także kulturowej, niż „skrajny dualizm ontologiczny", znany w niektórych kręgach filozoficznych jako „katastrofa kartezjańska"4. Otóż prawo ciągłości głosi, iż zjawiska zazwyczaj nie zaczynają się i nie kończą gwałtownie, skokowo, oraz nie są od siebie oddzielone nie­przekraczalnymi murami ontycznych różnic (jak słynne res extensa i res cogitans), ale raczej przechodzą płynnie jedne w drugie - a więc są we wszystkich swoich aspektach stopniowalne. Mówiąc w wielkim skrócie, na świecie nie istnieje wyłącznie „czarne" i „białe", ale wiele postaci „jasności" i „szarości", które ze sobą sąsiadują, przy czym - co wydaje się w tym kontekście szczególnie istotne - bardzo trudno jest ustalić między nimi jakieś wyraźne granice lub linie demarkacyjne. To rozumowanie, tak prawdziwe w odniesieniu do problematyki filozoficznej, nie traci równocześnie niczego ze swojej trafności w odniesieniu do fenomenu muzyki rockowej. Można ją również dzielić na „niższe" i „wyższe" odmiany tak długo, że w końcu otrzyma się swoiste rockowe spektrum, którego jeden z krańców będzie nie tak znów odległy od najprymitywniejszych form „sztuki użytkowej" (wręcz swoistej pornografii dźwię­kowej), drugi zaś stopi się częściowo z pewnymi odmianami współczesnej muzyki poważnej czy jazzu. Sygnalizowane wyżej dualizmy są po prostu głęboko intelektualnie nieuczciwe i to nawet wtedy, gdy pominiemy fakt - a niby dlaczego go pomijać? - że zestawianie (zazwyczaj w celu wykazania prymitywizmu i wulgarności rocka) specjalnie dobranych i najczęściej miernych przykładów muzyki reprezentującej idiom o niespełna półwiekowej trady­cji z dokonaniami Bacha, Beethovena, Mahlera czy Chopina (a więc dziełami najwybitniejszych przedstawicieli linii artystycznej wywodzącej swój rodowód ze starożytnej Grecji) jest po prostu śmieszne w swoim bezrefleksyjnym zacietrzewieniu.

Inną wątpliwą cechą takiego zestawiania jest przyświecające mu - a najczęściej niewyrażone jasno - przekonanie, że w dawnych (czytaj: dobrych) czasach ludzie masowo słuchali Schuberta czy Brucknera, natomiast upadek estetyki to dopiero kwestia tandetnej współczesności. Tak więc zgodnie z tym - niestety całkowicie fałszywym - rozumowaniem to właśnie rock wyparł z umysłów młodych ludzi Mesjasza Handla czy Orfeusza Monteverdiego. Nic bardziej błędnego. Wszystko bowiem wskazuje na to, że tak współcześnie, jak i w odległych czasach tylko niewielka część społeczeństwa - ze względu na ograniczoną możliwość dostępu do sztuki oraz własne kwalifikacje intelektualne - rozsmakowywała się w najwyższych estetycznych wzlotach ducha; reszta zadowalała się wytworami o mierniejszej wartości. I dotyczy to tak muzyki poważnej, jak i rockowej. W tym ostatnim przypadku też mamy do czynienia z sygnalizowaną już stopniowalnością: większość konsumentów popkultury preferuje wytwory niemal pozbawione cech sztuki, nieco mniejsza ich część poszukuje czegoś ambitniejszego, natomiast tylko nieliczni oddają się radości obcowania z rockiem wyrafinowanym, do którego - co chyba zrozumiałe - termin „popkultura" nie będzie miał już zastosowania.

4          Stosunkowo łatwo można wykazać fałszywość stawianej przez Blooma diagnozy, głoszącej, że wszelka twórczość rockowa posiada - niejako z konieczności - prostacki i wulgarny, wręcz uniemożliwiający rozwój duchowy jej słuchacza, charakter. Okazuje się bowiem, że liczne fakty wskazują na możliwość twórczej koegzystencji rocka i kultury wysokiej. Oto kilka znamiennych przykładów.

Pierwszeństwo w tym korowodzie należy się niewątpliwie zespołowi The Beatles, i to może nie tyle ze względu na zalety jego twórczości (które też były w końcu niemałe), ile za tej twórczości prekursorską rangę. Najważniejszy jest chyba - w kontekście niniejszego tekstu - fakt, iż „czwórka z Liverpoolu" jeszcze w trakcie swej działalności dostąpiła niemal całkowitego uznania ze strony tzw. kultury wysokiej: zostali bowiem Beatlesi wyróżnieni przez królową brytyjską prestiżowymi odznaczeniami (MBE)5, a równocześnie słynne Towarzystwo Purcellowskie przyjęło zespół w swoje szeregi. Samo Towarzystwo Purcellowskie najprościej można określić jako takie, które decyduje o tym, co muzyką jest, a co nią nie jest6.

Innym doskonałym twórcą określającym samego siebie jako muzyka rockowego - a mimo to cieszącym się sporym uznaniem wśród znawców sztuki z kręgów tzw. elity kulturalnej - jest Frank Zappa, chyba najwybitniejszy muzyk w całej historii „lewackiej muzy". O randze Zappy dobitnie świadczy choćby to, iż jego utwory były dyrygowane i wykonywane przez takich artystów pięciolinii i batuty, jak Zubin Mehta (200 Motels), Pierre Boulez (The Perfect Stranger), Ensemble Modern (Yellow Shark) czy London Symphony Or­chestra. Wystarczy nadmienić, iż przez krytyków porównywany jest on z kompozytorami tej miary co Igor Strawiński, Dymitr Szostakowicz czy Edgar Varese, a z zaproszenia do wspólnych występów z Zappą chętnie skorzystał nie kto inny jak sam Nicolas Slonimsky. Ten ostatni fakt - z powodu rangi Slonimsky'ego jako znawcy muzyki współczesnej - jest jednoznaczny w swej wymowie. Trudno zatem zgodzić się z diagnozą głoszącą, jakoby w muzyce Zappy nie było „miejsca na nic szlachetnego, podniosłego, głębokiego, de­likatnego, wysmakowanego czy choćby przyzwoitego" oraz że „znajduje się tam wszystko, co gwałtowne, zmienne, prymitywne i bezpośrednie"7 - takie bowiem są w ujęciu Blooma cechy wszelkiej muzyki rockowej. A przecież na Zappie rejestr nietuzinkowych kompozytorów z kręgów rocka wcale się nie kończy! Sam Vaclav Havel chciał - co jest może nieco humorystyczne, ale raczej nieprzypadkowe - nadać Zappie tytuł specjalnego ambasadora Czechosłowacji do spraw kultury, a przedwczesne odejście artysty skomentował następująco:

"Śmierć Franka Zappy głęboko mną wstrząsnęła. Zappa wraz z kilkoma innymi artystami kształtował styl życia i odczuwania generacji, do której należę. Był on przyjacielem naszej nowo zrodzonej demokracji, jednym z pierwszych gości, jacy przyjechali do nas po aksamitnej rewolucji. Mimo że nie został ambasadorem Czechosłowacji, jak pisały niektóre gazety, był przyjacielem naszego kraju"8.

Tak ważny zespół „muzyki poważnej" jak Kronos Quartet, specjalizujący się w kompozycjach twórców współczesnych (takich pik m.in. Terry Riley, Steve Reich, Philip Glass, Henryk Mikołaj Górecki, Witold Lutosławski - a przynajmniej dwaj ostatni posiadają wśród purystów muzycznych niekwestionowaną pozycję!), wykonuje równocześnie utwory rockowe na przykład Jimiego Hendrixa, o którym David Harrington, skrzypek i lider kwartetu, powiada, iż „jest on jednym z największych muzyków amerykańskich tego wieku"9.

Słynny dyrygent i kompozytor Leonard Bernstein w licznych wypowiedziach dawał wyraz swojemu zafascynowaniu muzyką rockową, zaś jeden z przedstawicieli awangardy muzycznej LaMonte Young nagrał płytę (Church of Anthrax) z Johnem Cale'em, członkiem znaczącego dla rocka zespołu The Velvet Underground. Inny awangardzista, Pierre Henry, współtwórca (wraz z Schaefferem) założeń współczesnej muzyki elektronicznej i konkretnej posunął się tak daleko, że współpracował z angielską grupą hardrockową Spooky Tooth (pokłosiem tej współpracy była słynna „religijna" płyta Ceremony). Wybitny zespół rockowy Soft Machinę uczestniczył w słynnych koncertach promenadowych (tzw. proms), co już samo w sobie jest wystarczającą nobilitacją. Niezwykle interesujące są wpływy, jakie muzyka rockowa wywarła na jednego z bardziej znanych przedstawicieli tzw. minimal music - Philipa Glassa. Marta Szoka pisze w artykule „Mała" muzyka i wielkie tematy Philipa Glassa: „Znane są jego koneksje z rockiem. Znalazło to odbicie chociażby w specyfice brzmieniowej jego utworów, osiągniętej przez użycie instrumentów amplifikowanych"10.

Na jednym z ostatnich festiwali Warszawskiej Jesieni została wystawiona quasi-opera. niemieckiego kompozytora Heinera Goebbelsa Wyzwolenie młodego Prometeusza, która otrzymała w naszej prasie zaskakująco pochlebne recenzje. Z żadnej z tych recenzji nie można było jednak wyczytać, iż Goebbels jest również jednym z bardziej cenionych w kręgach awangardowych muzyków rockowych, nagrywającym wraz z legendarnym już zespołem Cassiber swoje polityczne płyty-manifesty do tekstów innej niezwykłej postaci awangardy rocka, angielskiego perkusisty Chrisa Cutlera, również członka tego zespołu. Z kolei o otwartości Chrisa Cutlera, właściciela wytwórni płytowej ReR Megacorp, niech świadczy fakt, iż wydaje on także współczesną muzyką klasyczną (współpracował m.in. z Zygmuntem Krauze).

A teraz chwila refleksji: charakterystyczne jest, że o powyższych (oraz im podobnych) wykonawcach prawie zupełnie nie mówi się ani nie pisze w kontekście wartości muzyki rockowej. Wygląda na to, że przykłady te są, po pierwsze, niewygodne (podważają z góry przyjętą tezę o niskiej wartości rocka), a po wtóre, zapewne twórczość tych wykonawców jest krytykom po prostu nieznana! Jest to oczywiście zrozumiałe, tyle tylko że nie powinno się chyba opierać swojej pogardy, niechęci czy lekceważenia do całości na podstawie miernej znajomości niewielkiej części, prawda?

Na koniec tych uwag o wartości estetycznej rocka jedna istotna, moim zdaniem, sprawa. Bloom, a także większość innych krytyków „dziedzictwa Chucka Berry'ego", z tym że już bez finezji amerykańskiego filozofa, uporczywie podkreśla rytmiczny, a w konsekwencji seksualny charakter muzyki rockowej. Otóż - według nich - odwołuje się ona „tylko do jednej, najbardziej barbarzyńskiej ze wszystkich namiętności: pożądania płciowego; nie do miłości, nie do Erosa, lecz do raczkującego i nie wykształconego pożądania płciowego"11. Równocześnie owa seksualna rytmiczność ma mieć rzekomo lewicowy charakter. Według Blooma, młodzi intelektualiści - neomarksiści (co oznacza tutaj zwolenników Herberta Marcusego) uważają, że przyjemność poruszania się w rytmie rocka wynika z jego ludowych korzeni12. Otóż znowu trzeba powiedzieć, że mamy tu do czynienia z pewnym uproszczeniem i powierzchownym ujęciem. Ostro wyeksponowany, „erotyczny" rytm wcale nie jest charakterystyczny dla całej muzyki rockowej. Zaś w najwybitniejszych jej przejawach mamy do czynienia z taką sytuacją, w której ów rytm jest na tyle złożony, rozmyty czy też pozbawiony bezpośrednio „cielesnego" charakteru, że o żadnym podnieceniu nie może być mowy. Zresztą konia z rzędem temu, kto potrafiłby się „orgiastycznie" kołysać do najwybitniejszych nagrań Franka Zappy, Captaina Beefhearta, The Third Ear Band, The Residents czy Roberta Wyatta. Satysfakcja płynąca z kontaktu z muzyką tych wykonawców ma bowiem w dużej mierze charakter intelektualny, choć nie jest to ten sam typ intelektualnej przyjemności, jakiej doznajemy podczas obcowania z utworami choćby Stockhausena, Strawińskiego - który przecież także pisał bardzo rytmiczne utwory! - czy Cage'a. Ale wydaje się, że krytycy rocka - przeciwstawiający jego „agresywność" i rzekomo „destruktywny dla psychiki charakter" przyrodzonej „łagodności" oraz „naturalnemu" pięknu tzw. muzyki poważnej - najczęściej znają słabo nie tylko rocka, ale i tę ostatnią. Charakterystyczne jest bowiem to, że jako antytezy bardzo wąsko i wybiórczo rozumianego rocka pojawiają się najczęściej równie wąsko i wybiórczo rozumiane kontrpropozycje z zakresu muzyki klasycznej. Bach, Beethoven, Mozart, Chopin, Szymanowski - zazwyczaj na tyle stać jej propagatorów. Zgoda, to wszystko wspaniała muzyka, ale świat byłby - przynajmniej dla mnie - niezwykle ubogi, jeśliby tylko ona na nim egzystowała. Gdyby ktoś z tych krytyków posłuchał uważnie muzyki średniowiecznej na przykład autorstwa Hildegardy z Bingen czy minezingerów w rodzaju Walthera von der Vogelweide (a także muzyki prowansalskich trubadurów z XII wie­ku) oraz niektórych kompozycji zespołów psychodelicznych tzw. ery hippisowskiej (The Incredible String Band, Pearls Before Swine, The United States of America, The Grateful Dead), to może zauważyłby istnienie ciekawych podobieństw i powinowactw, jeśli chodzi o używane przez jednych i drugich instrumentarium, linie melodyczne i akordy albo techniki wykonania (sposób prowadzenia melodii, wielogłosowe partie wokalne, melizmaty).

Natomiast prawie nikt - na całe szczęście - nie przeciwstawia muzyce rockowej kompozytorów XX-wiecznych, zwolenników serializmu, dodekafonii czy aleatoryki - trudno by było bowiem przekonać kogokolwiek, że „łagodne i kojące" utwory np. Karl-Heinza Stockhausena stanowią adekwatne antidotum na „chaotyczną, agresywną i niepokojącą" muzykę hippisowskiego zespołu-klasyka The Incredible String Band - gdyż sprawy mają się właśnie dokładnie odwrotnie!

5          Trzeba podkreślić, że rock'n'roll posiada też sporo zwolenników pośród reprezentantów dyscyplin pozamuzycznych, przede wszystkim wśród ludzi pióra i polityki. I tak na przykład znanym admiratorem rocka jest, przywoływany już tutaj, Vaclav Havel. Po­wiedział on trochę na ten temat w wywiadzie, którego udzielił Lou Reedowi, jednemu z bardziej znaczących przedstawicieli nowojorskiej sceny muzycznej. Ale to nie wszystko. Oto - po kameralnym koncercie, w trakcie którego Reed specjalnie dla prezydenta Czech wykonał kilka swoich utworów - Havel, żegnając się z muzykiem, wręczył mu mały, czarny zeszyt i powiedział: „Musisz to mieć. Tu są Twoje utwory przepisane ręcznie i przetłumaczone na czeski. Istnieje tylko dwieście takich egzemplarzy. Samo ich posiadanie było niebezpieczne i szło się za to do więzienia. Teraz i ty masz jeden z nich. Trzymaj za nas kciuki"13.

Z kolei Ken Kesey, autor Lotu nad kukułczym gniazdem, wypowiadając się na temat jednego z zespołów, będących swoistą legendą czasów kontestacji, z właściwą sobie przesadą stwierdził:

"W muzyce na pewno nie wymyślono nic lepszego. Na koncerty zespo­łu Grateful Dead przychodzą większe tłumy niż kiedyś, po 70-80 tys. ludzi. Słuchają ich wszystkie pokolenia, bo te koncerty to rodzaj rytuału. Nikt nie siedzi, wszyscy skaczą, tańczą, są razem. Teksty piosenek są głębokie. Dotyczą np. takich spraw, jak śmierć. Są pełne uczucia. Osiem lat temu zginął w wypadku mój syn. Byłem potem z rodziną na koncercie. Członkowie zespołu, śpiewając Brokedown Palcce, zwrócili się w stronę naszej rodziny. Za nimi zrobiła to cała widownia. Czuliśmy, jak wszyscy chcą dodać nam otuchy Po koncercie nie było żadnych braw, wszyscy w milczeniu rozeszli się do domu. Do czegoś takiego nie byliby zdolni The Rolling Stones"14.

Warto dodać w tym miejscu, że nieżyjący już lider The Grateful Dead, Jerry Garcia, zdążył tuż przed śmiercią zapłacić za odrestaurowanie kopii filmu Wojciecha Hasa Rękopis znaleziony w Saragossie - według słynnej książki Jana Potockiego - który to obraz cieszył się specjalnym uznaniem kalifornijskiego muzyka. Nieoczekiwane gusta jak na barbarzyńcę z elektryczną gitarą - czyż nie?

Przypomnijmy epitety przydzielone przez Blooma: „nic szlachetnego, podniosłego, głębokiego, delikatnego lub choćby przyzwoitego". Czy w kontekście powyższych rozważań nie zaczynają się już pojawiać wątpliwości? Czyż fraza Blooma nie jest tylko efektow­nym popisem znakomitego filozofa, który jednak pozwala sobie na lekceważenie Tomaszowego zalecenia: „zawsze rozróżniaj"?

6          Jeszcze poważniejsze zarzuty spotkały muzykę i muzyków rockowych ze strony różnej maści moralistów — i one są oczywiście w powszechnej opinii istotniejsze od utyskiwań na niskie walory artystyczne, gdyż „prawdziwych estetów" społeczeństwa nigdy nie miały zbyt wielu, natomiast „upadek obyczajów" jest nie od dzisiaj przedmiotem powszechnej troski. Jednak trzeba sobie powiedzieć, że i w tej materii większość krytyków zdaje się cierpieć na jakąś niepokojącą postać amnezji, która skłania ich do ferowania wyroków banalnych, tendencyjnych, obracających się w kręgu wyświechtanych stereotypów intelektualnych. Otóż prawie wszystkie obyczajowe zarzuty wobec „kultury rockowej" opierają się na następującym rozumowaniu: „Przeciętny twórca tej muzyki jest satanistą, alkoholikiem, narkomanem, maniakiem seksualnym, wrogiem religii, rodziny, prawa i społeczeństwa. Niestety nie poprzestaje on na prywatnym wyznawaniu owych poglądów, ale równocześnie - korzystając ze swej wyjątkowej pozycji, jaką ma dzięki byciu bożyszczem - otwarcie nawołuje swoich zwolenników, aby postępowali w podobnie amoralny sposób, ergo: rock (odpowiedzialny także za ekspansję religii wschodnich na Zachód, powstanie ruchu Nowej Ery, upadek wartości chrześcijańskich itp.) jest zjawiskiem niebezpiecznym i wymagającym aktywnego przeciwdziałania".

Wydaje się, że te obyczajowe krytyki mają co najmniej dwa słabe punkty, których istnienia zazwyczaj się nie dostrzega bądź tendencyjnie je przemilcza. Po pierwsze więc - jest to sprawa warta osobnego opracowania - idealizuje się w nich dziedzictwo dotychczasowej kultury, i to na dwa sposoby: z jednej strony, ukrywa się rzeczywiste psychologiczne wizerunki jej najbardziej admirowanych twórców; z drugiej zaś, nie dostrzega się negatywnego stosunku współczesnego tym twórcom otoczenia, i to zarówno wobec nich, jak i ich twórczości (najbardziej znane przykłady: Mozart zmuszony do paradowania w liberii, Oscar Wilde w więzieniu czy żyjący w niedostatku malarze, jak van Gogh albo Modigliani).

Po drugie, nie zauważa się, że tzw. kultura rockowa posiada różne oblicza (w tym także abstynencko-ascetyczno-prawicowe), a więc - jak to już było powiedziane o kwestiach estetycznych - przedwczesne generalizacje są w odniesieniu do niej po prostu chybione.

Zacznijmy od sprawy pierwszej. Wygląda na to, że proces edukacyjny skutecznie maskuje wszelkie potknięcia naszej kultury, tak że jesteśmy skłonni widzieć tylko jej jasne, duchowe strony, a zazwyczaj pomijamy i lekceważymy jej destrukcyjne i mroczne aspekty. Wystarczy zapoznać się z takimi książkami, jak Geniusz i obłąkanie Lombroso czy Ludzie genialni Kretschmera, aby ze zro­zumiałym przerażeniem skonstatować, iż nazbyt liczna grupa naszych herosów kulturowych zaliczała się z jakichś niezrozumia­łych powodów do grona ludzi, którym większość porządnych oby­wateli nie podałaby ręki. Rejestr wszystkich możliwych patologii, zboczeń, nałogów jest tak liczny wśród słynnych myślicieli i artystów, że skłania to do głębszego zastanowienia nad samą istotą kultury i zmusza do stawiania pytań o jej ocenę. Zaś jeżeli chodzi o twórców rockowych, to łatwo wykazać, że są oni bardzo „naturalnymi" spadkobiercami najpierw europejskiego, a następnie amerykańskiego etosu artysty (także i artysty przeklętego). Jeżeli wziąć tylko pod uwagę nałogi (najczęstszy to zarzut wobec twórców rocka), to okazuje się, że pięciu na siedmiu pisarzy amerykańskich -począwszy od Edgara Allana Poe, Francisa Scotta Fitzgeralda i Eugene'a O'Neilla, a na Erneście Hemingwayu i Williamie Faulknerze skończywszy - zmarło wskutek stałego nadużywania alkoholu bądź miało z nim poważne problemy! Wiadomo, że alkoholikami byli Jonathan Swift, Gerard de Nerval, Heinrich von Kleist, Mal­colm Lowry, Jacąues Prevert, Dylan Thomas, James Joyce, Jack London, Alfred de Musset, Henri de Toulouse-Lautrec, Maurice Utrillo, W.H. Auden, Jackson Pollock czy Amadeo Modigliani (któ­ry ponadto palił haszysz). Tacy artyści, jak Paul Verlaine, Artur Rimbaud, Paul Valery, Charles Baudelaire czy nawet Honore de Balzac, znani byli ze swych skłonności do konopi indyjskich - założyli nawet Stowarzyszenie Haszyszystów Paryża - a pijaństwo było ich chlebem powszednim. Boję się nawet wspominać o naszych narodowych świętościach, bo jak tylko pomyślę sobie, że poważnym szokiem mogłaby być dla wielu czytelników już sama tylko wzmianka o alkoholizmie Cypriana Kamila Norwida, to co dopiero byłoby, gdyby przywołać jeszcze inne otoczone kultem postaci.

W tak admirowanych przez Blooma dawnych czasach nazbyt rockowe zachowania cechowały wielu bohaterów: znanymi pijakami starożytności byli przecież Aleksander Wielki (zabił w upojeniu swego najlepszego przyjaciela) i Juliusz Cezar. Za opojów uchodzili - a są na to dowody w postaci relacji ich współczesnych - Horacy, Sokrates, Seneka, Alcybiades, Owidiusz i Katon. Znany arabski arystotelik, lekarz i filozof Awicenna (Ibn Sina) ponoć pił tak straszliwie, że mówiono o nim, iż „poświęcił drugą połowę życia, aby dowieść, jak nieprzydatnymi były wiadomości nabyte w ciągu pierwszej"15. Wśród muzyków cenionych przez zwolenników kultury wysokiej takie postaci, jak Handel, Musorgski, Gluck, Sibelius czy Mozart, znane były ze swoich skłonności do nadmiernych ilości alkoholu, zaś w odniesieniu do autora Czarodziejskiego fletu do dzisiaj toczy się spory, czy jego dzikie wybryki były spowodowane chorobą psychiczną, niedorozwojem umysłowym czy też jakimś jeszcze innym, niezrozumiałym czynnikiem.

Allan Bloom narzeka, że współczesna młodzież - przede wszystkim zaś jej hipotetyczna elita intelektualna, a więc studenci - nie posiada żadnych bohaterów, których życie i dokonania byłyby dla nich wzorem godnym do naśladowania. Ubolewa zaś gorzko nad tym, iż takimi kryptowzorami stają się współcześnie przedstawiciele showbiznesu i popkultury. Wypada się niewątpliwie zgodzić z Bloomem, że nadmierny przerost „realizmu" nad „idealizmem" w procesie wychowawczym może doprowadzić do powstania socjaldarwinistycznie zorientowanego „antropoida", niepotrafiącego wznieść się ponad partykularne interesy własnego „ja". Równocześnie jednak należy dodać, że o rzeczywistych bohaterów niezwykle trudno - i to nie tylko we współczesnym świecie - zaś linie demarkacyjne nie przebiegają zgodnie z arbitralnymi podziałami na „światłych filozofów" i „rockowych troglodytów".

Ażeby zilustrować, o co mi chodzi, posłużę się grubą prowokacją: gdyby dla przykładu przywołać Jana Jakuba Rousseau (dla Blooma zapewne znaczącego, bo przetłumaczył na angielski jego dzieła), to od razu jasne się stanie, że wybierając sobie idola nawet pośród uznanych twórców kultury wysokiej, niezwykle łatwo pobłądzić, rozczarować się - a w konsekwencji stracić wszelkie ideały. Mówiąc otwarcie, wcale nie chciałbym, aby - na przykład dla mojego syna - Rousseau stał się wyrocznią w kwestiach życia społecznego czy rodzinnego. Lombroso pisał bowiem o nim następująco: „niby tak czuły, porzucił obojętnie kobietę, która go kochała i obsypała dobrodziejstwami, porzucił własne dzieci, spotwarzał innych, a nawet siebie, i trzykrotnie stał się odstępcą, wyrzekając się najpierw religii katolickiej, potem protestanckiej, wreszcie, co gorsza, swego filozoficznego wyznania wiary"16.

Czy ktokolwiek zdrowy na umyśle może teraz nadal twierdzić, że w sprawach rodzinnych francuski filozof jest lepszym ideałem niż, dajmy na to, muzyk rockowy Frank Zappa, przez ponad ćwierć wieku „mąż jednej żony", zdeklarowany przeciwnik używania narkotyków i posiadacz czwórki dzieci? Wcale nie twierdzę, że poszukiwanie ideałów należy koniecznie rozpocząć od przepisania listy uczestników festiwalu w Woodstock. Wręcz przeciwnie. Sądzę jednak, że nadal rozsądek okazuje się lepszym doradcą we wszystkich kwestiach niż nawet najszlachetniejsza ideologia.

7          Warto w tym miejscu także podkreślić, że od początku istniały w obrębie szeroko rozumianej kultury rockowej ruchy o charakterze „ascetyczno-afirmatywnym", których zwolennicy propagowali życie bez używek, odrzucali ekscesywny i pozbawiony odpowiedzialności seks bądź też mocno angażowali się w działalność polityczną - i to niekoniecznie o lewicowym charakterze. Jednym z takich cieszących się sporą popularnością ruchów jest straight-edge. Jego zwolennicy - podkreślmy to jednoznacznie: admirujący muzykę piekielnie ostrą i szybką - przyjęli hasło: No smoke, no drink, no fuck, no dope, które jednoznacznie obrazuje cel obrany przez nich na niwie towarzysko-używkowej.

Istnieją także muzycy rockowi o wyraźnie prawicowej orientacji. I tak na przykład niezwykle szanowany i ceniony Kanadyjczyk Neil Young zaskoczył swoich wielbicieli wsparciem dla polityki Ronalda Reagana czy manifestowaną konserwatywną postawą. Był on zresztą uczestnikiem akcji charytatywnych na rzecz farmerów amerykańskich i upośledzonych dzieci (a więc nie tylko AIDS interesuje świat showbiznesu!) - co oczywiście nie zgadza się ze stereotypem „wroga państwa i rodziny". Tacy artyści, jak Bruce Springsteen, Living Colour, Bad Brains, Henry Rollins, odcinają się zdecydowanie od narkotyków i w zamian proponują świadome życie, w którym każdy bierze swój los we własne ręce, nie dopuszczając do nałogów i zniewolenia. Równocześnie ich muzyka bardzo często pomaga ludziom przetrwać trudne życiowe momenty, a nawet uwolnić się od nałogów. Henry Rollins mówi o tym w ten sposób: „Ludzie piszą, że pomogłem im wyjść z narkotykowego lub alkoholowego nałogu, odwiodłem od prób samobójczych. Ponoć pomogłem poczuć się lepiej wielu ludziom. Także kobietom - ofiarom gwałtów. One słuchają naszej muzyki, by znaleźć w sobie siłę"17.

Czy znowu nie jest tendencyjne ciągłe przywoływanie kilku postaci z kręgów muzyki heavy metal w celu udowodnienia destrukcyjno-satanicznego charakteru muzyki rockowej? Tym wszystkim, którzy widzą w rocku wyłącznie diabelski potencjał, dedykuję swoiste credo, wypowiedziane w swoim czasie przez Nicka Cave'a, jednego z muzyków współczesnej sceny rockowej:

"Gdybym mógł wybierać pomiędzy towarzystwem Jezusa Chrystusa lub diabła, wybrałbym to pierwsze. Chrystus to jedna z najbardziej tajemniczych i intrygujących osobowości w dziejach. Byłby to zaszczyt dla mnie spędzić jakiś czas w jego towarzystwie. Słuchałbym tego, co mówi, i starał się pojąć, na czym polega jego magia. A diabeł? Nie mam pojęcia, co mógłbym robić z diabłem"18.

8          Jest natomiast prawdą, że aktualna kondycja rocka jest wręcz fatalna. Trzeba powiedzieć, że większość współczesnych zespołów powiela tylko pomysły, które były świeże jakieś dwadzieścia lat temu, zaś głównym celem przemysłu muzycznego jest jak najszybsze zdobycie jak największej ilości pieniędzy. Produkty tego przemysłu, takie jak choćby zespół Guns'n'Roses, to twory sztuczne i głęboko chore. O ile Iggy Pop, Jimi Hendrix lub muzycy z cieszących się złą sławą grup w rodzaju The New York Dolls lub MC5 zachowywali się na tyle szczerze, że pasowało jeszcze do nich Szestowowskie powiedzenie: „a przecież bywa, że za niebezpiecznymi i groźnymi czynami kryje się coś doniosłego i ważnego, co należałoby rozważyć wnikliwie i przychylnie"19 - o tyle większość współczesnych, narcystycznych, rozkochanych w sobie i pozbawionych dystansu muzyków - z Mickiem Jaggerem na czele - to nie żadni bardowie kontrkultury czy też żądni krwi barbarzyńcy, ale idealne produkty kapitalizmu, poręczyciele jego status quo, mający z „lewackością" tyle wspólnego, co kardynał Ratzinger z Bakuninowskim „katechizmem anarchisty"20.

Jeśli nawet niektórzy z dawnych twórców rocka zdawali się swoistymi mutacjami Antonina Artauda albo w najgorszym przypadku Che Guevary (i można było być przerażonym ich stylem życia, barbarzyństwem, obłąkaniem, nienasyceniem uciechami zmysłowymi, ale równocześnie budzili jakiś cień szacunku ze względu na skojarzenia z apokaliptycznym wezwaniem do „bycia zimnym lub gorącym") - to współczesne ich mutacje budzą co najwyżej litość.

Jeśli domeną i zadaniem rocka były w czasach jego największych wzlotów szczerość i autentyczność wypowiedzi, ciągłe kwestionowania tego, co się dotychczas osiągnęło - to takiego rocka już prawie nie ma, umarł dawno temu (pomijam twórcze enklawy w postaci niezależnych, ambitnych firm płytowych, gdyż w ich przypadku proponowana oferta ma charakter niemal całkowicie elitarny, a zasięg marginalny). I paradoksalnie, zabiło go to, co wcześniej umożliwiło mu pełny rozkwit - a mianowicie przemysł płytowy, czy szerzej: rozrywkowy. Nacisk na sensację, liczbę sprzedanych płyt i ciągłą nowość - która niemożliwa przecież w warstwie artystycznej, wyparta została przez nowość towarzysko-obyczajową - doprowadziły w końcu do tego, że dzisiejszy rock przypomina owego węża czasu Uroboro, pożera bowiem własny ogon. Modne aktualnie zespoły uważane za rockowe to zazwyczaj bezczelni naśladowcy i epigoni pionierów z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Groza polega na tym, że brak autentyczności współczesnych gwiazd muzyki popularnej jest widoczny nawet w ich własnym kręgu. Jeden z muzyków określił Guns'n'Roses jako (cytuję z pamięci) „smętną parodię grupy rockowej zrobioną przez Benny Hilla", inny zaś powiedział: „ci rzekomo straceńczy faceci, przyozdobieni ścieralnymi tatuażami, fotografujący się w otoczeniu butelek »Jacka Danielsa«, nie zasługują na żaden szacunek: demoralizują tylko niczego nieświadomą młodzież. Sami zaś prowadzą życie mieszczuchów i piją wyłącznie wodę mineralną, Vichy lub Perriera. To zawstydzające". Najzręczniej zaś ujął to Sting: „Muzyka rockowa przestała już mieć cokolwiek wspólnego z rewolucją. Rock dzisiaj to tylko pozór buntu. Wszyscy ci muzycy z długimi włosami, strojący się w szmatki swoich sióstr, którzy twierdzą, że uprawiają heavy metal, nie robią już na nikim wrażenia. Czas szukać czegoś innego"21.

9          W oskarżeniach Blooma jest zatem dużo słuszności i nie należy ich pochopnie lekceważyć. Istota niebezpieczeństwa, jakie niesie aktualny główny nurt poprocka polega na tym, że kultura współczesna prawie nie ma realnej kontrpropozycji (wykraczającej poza hipotetyczne 10 procent ewentualnych odbiorców), natomiast poziom wykształcenia estetycznego jest tak żenująco niski, że prawie każdy jest bezbronny. Różni natchnieni naprawiacze twierdzą, iż wystarczyłoby, żeby w domu słuchano Monteverdiego, Brucknera czy Messiaena, aby dziecko nauczyło się wyczucia formy (o formę przecież zawsze chodzi) i nigdy - inaczej jak tylko przez zgubną przekorę - nie dało się nabrać na wytwory przemysłu rozrywkowego. Niestety, taka sytuacja jest chyba zupełnie niemożliwa: wystarczy przecież zbadać stan przeciętnej edukacji muzycznej wśród tzw. dorosłych - i to nawet tych z wyższym wykształceniem — aby zrozumieć, że utyskiwania Blooma są niewłaściwie skierowane: to nie rock powoduje głuchotę, ale popularność jego wulgarnych odmian uwarunkowana jest głuchotą otoczenia. Poza tym muzyka to rzecz skrajnie elitarna i nie ma się co łudzić, że nagle Szymanowski trafi pod strzechy. Dla mnie cechą prawdziwej sztuki - obojętnie, czy chodzi o utwory Michaela Pretoriusa czy też o płyty francuskiego zespołu rockowego Magma - jest to, iż kontakt z nią bardzo rzadko dostarcza przyjemności lub rozrywki w potocznym znaczeniu tych słów. Wszystko wskazuje na to, że sztuka zasługująca na to miano zazwyczaj boleśnie rani naszego ducha oraz - przez to, że wymaga wysiłku, przygotowania, namysłu, intelektu oraz serca - jest raczej męcząca, i tylko heroiczne jej oddanie może skłonić do tego, aby z nią często obcować. O wiele przyjemniej jest posłuchać albo obejrzeć coś błahego i łatwego, co się na przykład da zanucić lub z łatwością opowiedzieć, prawda?

10        Na koniec chciałbym poczynić zwierzenie bardziej osobistej natury. Otóż bronię tzw. interesujących (ulubiona kategoria estetyczna Johna Cage'a) postaci muzyki rockowej ze względu na to, iż - wbrew konstatacjom Blooma o jej degeneratywnym w stosunku do rozwoju duchowego charakterze - dzięki nim otrzymałem dwa prezenty, które zaliczam do najcenniejszych w moim życiu.

A więc po pierwsze, to dopiero rock otworzył mnie na wszystkie pozostałe formy muzyczne. Wprawdzie odbyłem w dzieciństwie siedmioletni podstawowy kurs w zakresie gry na fortepianie, czytania nut, rytmiki i tzw. słuchania muzyki, ale czy to dlatego że byłem niezbyt zdolny, czy też dlatego że zastosowano wobec mnie niewłaściwe metody pedagogiczne - nie wyniosłem z tej edukacji jakiejś poważniejszej korzyści. Dopiero kontakt z najwybitniejszymi przedstawicielami rocka uświadomił mi, czym może być muzyka. Wtedy to, najpierw ostrożnie, a potem coraz śmielej i niemal całkiem samodzielnie, zacząłem zapuszczać się na niezmierzone terytoria sonorystyki, brzmienia, aranżacji, harmonii i rytmu. I tak, dopiero dzięki płytom Franka Zappy potrafiłem w pełni docenić muzykę Igora Strawińskiego czy Antona Weberna, zaś dzięki lekcji pobranej u twórców hippisowskiej psychodelii wydaję dzisiaj ciężkie pieniądze na piekielnie drogie kompakty z muzyką mojego ulubionego kompozytora Claudio Monteverdiego. Co więcej, wcale nie porzuciłem starych miłości - jak to najczęściej sugerują rozwojowe koncepcje dojrzewania estetycznego - lecz wręcz utwierdziłem się w ich wartości. Tak więc słuchając muzyki, mogę spokojnie rozpocząć od psychodelicznych propozycji The Incredible String Band, potem płynnie przejść do XIV-wiecznych utworów Guillaume'a de Mauchaut, następnie pogrążyć się w industrialnych pejzażach niemieckiego zespołu Faust - aby wreszcie zakończyć na Święcie wiosny Igora Strawińskiego.

Dostałem jednak od rocka prezent ważniejszy niż ten poprzedni i jeszcze dla mnie cenniejszy. Słuchając bowiem owej elektrycznej muzyki ekstremalnej, nauczyłem się, że zupełnie pozbawione sensu jest traktowanie jej jako dalekiego tła codziennego życia, a więc pracy, spaceru (walkman) czy rozmowy z przyjaciółmi. Intensywne słuchanie muzyki rodzi równie intensywną potrzebę ciszy (i nie chodzi tu o to, że jest się ogłuszonym - raczej okazuje się, że cisza zaczyna być doznawana jako „wartość", a więc coś pozytywnego, a nie tylko brak lub zaprzeczenie dźwięku). Tak więc rock przywrócił w moim życiu należne jej miejsce oraz obudził potrzebę milczenia. I o ile dawniej lubiłem (a nawet niekiedy musiałem), będąc samotnym, mieć włączone radio, magnetofon albo telewizor, gdyż nie potrafiłem być sam na sam ze swoimi myślami, o tyle dzisiaj już bym tego po prostu nie potrafił: kiedy nie słucham muzyki dźwięków, to wtedy potrzebuję ciszy, która jest nieco inną muzyką - muzyką transcendencji. I to jest najcenniejszy owoc moich zaiste ekscesywnych kontaktów z muzyką rockową. A cenię ów dar najbardziej, gdyż ma on charakter duchowy i jako taki wykracza poza muzykę i estetykę, a odnosi się do samej egzystencji w jej odniesieniu do Tego, Co Najważniejsze. Ale być może jest to tylko czysto osobista historia, która nie sprawdza się w innych przypadkach. Bowiem jak głosi średniowieczna maksyma tomistyczna: Quidquid recipitur, ad modum recipientis recipitur, czyli „To, co się otrzymuje, zależne jest od formy tego, kto przyjmuje".

 

Koda

"Może zresztą Bóg jest po naszej stronie - chyba Dylan tak śpiewał, nie? Zasada jest jedna: nie brać bezrefleksyjnie tego, co ci dają, nie kierować się w życiu kramarską racjonalnością, być kochającym, skłonnym do pomocy innym, uprzejmym... Tak, to podstawowa rzecz: uprzejmość"22.
Tuli Kupferberg, weteran rockowy, kontrkulturowy poeta, członek legendarnej grupy The Fugs

"A nam, diaskeuastom, nie wolno lekceważyć ludzi praktykujących muzykę rockandrollową. Może nas i ogłuszają, lecz zdecydowanie posiadają owo je ne sais quoi, co sprawia, że tłumy ludzi tratują się nawzajem, by usłyszeć ich śpiew"23.
Nicolas Słonimsky, weteran muzyki klasycznej, autor legendarnych słowników oraz transkrypcji całej twórczości Igora Strawińskiego na jakże rockowe metrum 4/4!
 

1 W- A. Bloom, Umysł zamknięty, przekł. T. B.eron, Poznań 1997, s. 91.
2 Tamże, s. 88.
3 Tamże, s. 87.
4 Por. np. książkę autorstwa L.L. Whyte'a The Unconscious before Freud, Basic Books, New York 1960
5 Większość przytoczonych tu informacji o twórcach rocka można znaleźć choćby w Rock Encyklopedii W Weissa, Warszawa 1991.
6 U. Eco, Dopiski na marginesie Imienia róży, [w:] tegoż, Imię róży, Warszawa 1987, s. 616.
7 A. Bloom, dz. cyt., s. 86.
8 V. Havel, „Gazeta Wyborcza", 8 grudnia 1993.
9 Por. mój artykuł Czy rock jest infernalny?, „Znak" 1993, nr 4 (455), s. 64-71.
10 „Ruch Muzyczny" 1994, nr 7, s. 5
11 A. Bloom, dz. cyt., s. 85.
12 Tamże, s, 90
13 L. Reed, Between Thought and Expression. Selected Lyrics of Lou Reed, Hyperion, New York 1991, s. 161
14 K. Kesey, Hippisi są wszędzie, „Gazeta Wyborcza", 3 listopada 1993, s. 11
15 C. Lombroso, Geniusz i obłąkanie, Warszawa 1987, s. 51 i n.
16 Tamże
17 Zob. wywiad z H. Rollinsem pt. Wielki zgrzyt, „Tylko Rock" 1996, nr 8 (60), s. 23.
18 Zob. „Tylko Rock" 1995, nr 3 (43), s. 42
19 L. Szestow, Apoteoza nieoczywistości. Próba myślenia adogmatycznego, Wszechnica Społeczno-Polityczna, 1983, s. 41.
20 Na marginesie warto zauważyć, iż tezę tę dodatkowo potwierdzają, pozornie tylko zaskakujące, prawicowe sympatie polityczne wielu znanych muzyków: co na przykład począć z faktem, że ulubionym politykiem Micka Jaggera czy Paula McCartneya jest pani Margaret Thatcher? Trudno ją przecież posądzać o chęć destrukcji kapitalizmu, populizm bądź - horribile dictu - lewicowość!
21 Por. A. Madej, Święto zbuntowanych, „Znak" 1993, nr 455 (4), s. 62.
22 Cytat ten pochodzi z pisma zatytułowanego „Informator Ars 2" 1992, nr 12, s. 26. Egzemplarz posiadam dzięki uprzejmości jego autora i wydawcy w jed¬nej osobie - Henryka Palczewskiego z Piły. Wywiad z Tuli Kupferbergiem - z którego ten fragment pochodzi - przełożył Andrzej Dorobek.
23 N. Slonimsky, Słuch absolutny, Kraków 1996, s. 303