home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks

 

Wywiad z Dweezilem Zappa dla ONET. Wywiad znajduje się w dziale muzycznym.

Zagrać na żywo utwory Franka Zappy? Równie łatwo odstrzelić głowę oddalonemu o sto metrów komarowi. A jednak jest ktoś, kto się tego szalonego zadania podjął, i to ze sporym sukcesem. Tyle że w jego żyłach płynie ta sama krew.

Były już w historii mniej lub bardziej udane hołdy składane sławnym rodzicom przez mniej znane dzieci. To jednak, co uczynił Dweezil Zappa z muzyką Franka Zappy (1940-1993), zasługuje na szczególny poklask. Czterdziestoletni dziś gitarzysta powołał do życia specjalny projekt, który nazwał Zappa Plays Zappa. W jego ramach wykonuje na żywo utwory wybrane z przebogatego dorobku swojego ojca. Jeśli ktoś słyszał choćby niektóre, doskonale wie, jak piekielnie trudne musiało być to zadanie. Frank Zappa nie bez kozery uchodził przecież za jednego z najoryginalniejszych muzyków i kompozytorów XX wieku. Z pełną swobodą poruszał się we wszelkich możliwych gatunkach, z rockiem, jazzem i muzyką poważną na czele, a jego kompozycje charakteryzowały się wyjątkowo skomplikowaną strukturą. By się o tym przekonać osobiście, wystarczy 3 czerwca wybrać się do warszawskiej Stodoły, gdzie Zappa Plays Zappa zagra na żywo.

Frank Zappa bardzo rzadko udzielał wywiadów. – Ludzie, którzy nie umieją pisać, przepytują ludzi, którzy nie umieją mówić, a potem robią z tego artykuły dla ludzi, którzy nie potrafią czytać – mawiał. Na szczęście Dweezil nie ma nic przeciwko kontaktom z mediami i chętnie przystał na propozycję rozmowy z Onet.pl. Jak się okazało, nie tylko nigdy wcześniej w Polsce nie był, ale też spotkał nikogo, kto by nasz kraj dobrze znał. – Nie wiem więc, czego oczekiwać – wyznał na samym początku. – Choć prawdę mówiąc, nawet gdybym miał przyjechać do Polski drugi czy trzeci raz, byłoby podobnie. Bardzo lubię odwiedzać nowe miejsca, ale niestety nie mam zazwyczaj w ogóle czasu, by cokolwiek zobaczyć.

Pamiętasz moment, w którym postanowiłaś powołać do życia Zappa Plays Zappa?
DWEEZIL ZAPPA: Konkretnego nie, gdyż ta decyzja dojrzewała we mnie przez wiele lat.

Skąd się wzięła?
Od zawsze byłem wielkim fanem muzyki mojego ojca. W pewnym momencie zacząłem sobie zdawać sprawę, że baza jego fanów staje się z roku na rok starsza, a więc i mniejsza. Wszyscy ci, którzy byli z nim przez całą jego karierę, nadal zachwycali się jego muzyką. Niestety, brakowało nowych i młodych odbiorców. Pomyślałem, że trzeba umożliwić im poznanie tej muzyki w najlepszy możliwy sposób, czyli na żywo, z zachowaniem wierności oryginalnym wykonaniom.

Poczułeś, że to twój obowiązek?
Dlaczego obowiązek?

Jesteś znany nie tylko dlatego, że twoim ojcem był Frank Zappa.
Po prostu nie chciałbym, by jego muzyka popadła w zapomnienie. Nie zasługuje na to.

Co jest w niej takiego wyjątkowego?
Można by napisać dziesiątki książek, które i tak nie wyczerpałyby tematu. Wyróżnia się choćby z powodu samego środowiska, z którego mój ojciec się wywodził. Jako nastolatek spędzał całe godziny w bibliotekach tylko po to, by się dowiedzieć, jak zostać kompozytorem. Dzięki wnikliwym studiom udało mu się poznać wszystkie aspekty tworzenia muzyki, mógł więc patrzeć na nią z każdej możliwej perspektywy. Nie istniały dla niego żadne bariery. Zawsze miał w głowie kompletną wizję tego, co robił. Pisał, dyrygował, grał i był w stanie osiągnąć rzeczy, jakie dla innych były niedostępne. Nie tylko pod względem muzycznym, ale również brzmieniowym i technologicznym. Poza tym używał zespołu rockowego w taki sposób, jakby był on orkiestrą. Frank wyprzedził swój czas. Nikt nie robił tego, co on, ale nie dlatego, że nie chciał, tylko nie był w stanie. Studiowanie jego utworów zajęło mi dwa lata, ale nadal każdego dnia ich niezwykłość mnie zadziwia.

Dwa lata?
To wcale nie tak długo [śmiech]. W tym czasie poznałem wszystkie dźwięki, jakie znajdują się na jego płytach [dyskografia Zappy obejmuje ponad siedemdziesiąt tytułów – przyp. Onet.pl]. To pozwoliło mi odkryć, w jaki sposób ta muzyka ewoluowała. Żadna nuta nie była w niej przypadkowa, a wszystko miało swój sens.
Co było dla ciebie największym wyzwaniem?
Było ich bardzo wiele. Na przykład musiałem nauczyć się na gitarze partii, które były napisane na inne instrumenty. W utworze "Inca Road" znajduje się długi i bardzo trudny fragment na marimbę i flet – samo jego zgłębienie zajęło mi z siedem czy osiem miesięcy. Równie trudna była niebywale skomplikowana kompozycja "G-Spot Tornado". Tyle że nauczenie się czegoś to jedno, potem trzeba to jeszcze wspólnie z zespołem zagrać!

Od początku chciałeś zaprosić do niego muzyków, którzy towarzyszyli twojemu ojcu na scenie?
Wydawało mi się to najbardziej logicznym rozwiązaniem.

A nie czułeś się w żaden sposób ogromem materiału przytłoczony?
Jeśli coś czasami mnie przytłaczało, to emocje, które nieodzownie wiążą się z wykonywaniem tej muzyki. Przecież stworzył ją mój nieżyjący ojciec. Nie wiem, czy to dobrze zabrzmi, ale dzięki tej przygodzie tęsknię za nim chyba jeszcze bardziej. A także za jego geniuszem, który dopiero teraz udało mi się tak naprawdę pojąć.

Widzisz już efekty swojej pracy?
Chyba tak. Siłą rzeczy są to efekty dość ograniczone. Gramy za niewielkie pieniądze, nie stoją też za nami żadne spektakularne kampanie promocyjne. Ale i tak widzimy na koncertach coraz więcej ludzi, nie tylko tych młodych. Głęboko wierzę, tak jak mój ojciec, że muzykę można kochać w każdym wieku, pod warunkiem, że jest się osobą otwartą. 

Jaką najcenniejszą radę od niego usłyszałeś?
"Nigdy nie bądź palantem". Po tylu latach spędzonych w tym biznesie to naprawdę mądre słowa.

Twój ojciec zawsze odbierany był przez opinię publiczną jako ekscentryk, tymczasem poza sceną wiódł zupełnie zwykłe życie. Nie razi cię ten fałszywy wizerunek?
Sam się często zastanawiam, skąd się te wszystkie historie o jego dziwactwach wzięły… Frank był najzwyklejszym człowiekiem, który po prostu bardzo chronił swoją prywatność. Nigdy nie był ekscentrykiem, zachowywał się zupełnie normalnie, chyba że za ekscentryczność uznasz wyjątkową niechęć do alkoholu i narkotyków, pracoholizm czy unikanie kontaktów z mediami. Albo nieskrywaną antypatię wobec kultury popularnej i mówienie zawsze tego, co się myśli, nawet jeśli wiąże się to z podpadnięciem jednej czy drugiej ważnej osobie. Jeśli ktoś zadał sobie trud, by choć trochę o nim przeczytać, wie, jaka jest prawda.

Myślisz, że spodobałoby mu się Zappa Plays Zappa?
Jestem pewien, że nie miałby nic przeciwko. Zwłaszcza że, w odróżnieniu od niego samego, jesteśmy na koncertach bardzo wierni oryginalnym wersjom.

Czy przez ten projekt nie ucierpi twoja kariera solowa?
Nie sądzę. Tych kilka lat, jakie mu poświęciłem, powinno w przyszłości zaprocentować. Wiele się na uczyłem, odczuwam większy głód tworzenia, nie boję się żadnych eksperymentów. Czuję się na przykład gotowy, by podobnie jak ojciec skierować się w stronę muzyki bardziej orkiestrowej.

Od wielu lat pracujesz nad 75-minutową kompozycją "What the Hell Was I Thinking?". Czemu jej jeszcze nie ukończyłeś?
Konkretnie od piętnastu [śmiech]. Jak widzisz, naprawdę nie muszę się z niczym śpieszyć. A ostatnio nie miałem do tego głowy.

Skąd w ogóle pomysł na stworzenie tak długiej kompozycji?
Początkowo miała być kilka razy krótsza, ale nie mogłem się powstrzymać [śmiech]. Chcę w jednym utworze pokazać wszystko, do czego zdolna jest gitara. To bardzo specyficzny utwór, przypominający dźwiękowy film. Są w nim wszelkie możliwe style i gatunki, które cały czas się zmieniają, dlatego w każdym gra inny gitarzysta. Udało mi się zaprosić między innymi Eddiego Van Halena, Briana Maya czy braci Young [z AC/DC – przyp. Onet.pl]. Niektórzy zagrali dokładnie to, czego się spodziewałem, inni kompletnie mnie zaskoczyli. Łącznie pojawi się około czterdziestu gitarzystów, więc może mam szansę trafić do "Księgi rekordów Guinnessa" [śmiech].

Dziękuję za rozmowę.