home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks


Wywiad przeprowadził Charles Shaar Murray, brytyjski dziennikarz muzyczny, długoletni współpracownik New Musical Express i wielu innych znaczących pism brytyjskich (min. Observer, Guardian, Mojo, Guitarist), autor wielu książek o muzyce i muzykach a także jednej powieści, ogólnie ważna postać muzycznego dziennikarstwa, fanom Zappy znany z audycji radiowej BBC - 'Jazz From Hell: Frank Zappa' z 2004. Informacje o wydawnictwie na stronie AFKA. (tł. andrzej rogowski) 


Matka chrzestna Zappa

Charles Shaar Murray

Go-Set, 22 września 1973

"Mam wiadomość," powiedział Frank Zappa, "wychodzi nowa płyta i śpiewam tam we wszystkich utworach," odpowiedział z pewna dozą ponurej satysfakcji. "Wracam do śpiewania. Zważywszy na to jakie teksty piszę, trudno jest innym osobom zidentyfikować się z nimi na tyle dobrze by właściwie wyrazić ich znaczenie. Są miliony ludzi śpiewających lepiej ode mnie, ale już niezbyt wielu, którzy rozumieją moje teksty wystarczająco dobrze by je przekazać. Pomyślałem więc, że równie dobrze mogę to robić sam. Maja skala głosu jest dość ograniczona – nie potrafię śpiewać bardzo wysoko, dlatego potrzebuję do tego innych wokalistów. Ale na dziewięćdziesięciu procentach płyty, to ja jestem głównym wokalistą."

Do jakiego stopnia Mothers maja wpływ na zespoły grane przez stacje radiowe AM?

"Nie wiem, bo nie słucham radia AM. Sam chyba potrafisz osądzić to lepiej ode mnie." A twój wpływ na popularyzowanie używania sprzętu elektronicznego? Ostatnimi czasy da się zauważyć wyraźny wzrost zainteresowania muzyków syntezatorami i innymi dziwnymi urządzeniami.

"Jest to prawdopodobnie związane z ogólnym postępem w technologii, co skutkuje zwiększoną produkcją. Na rynku jest dostępnych coraz więcej takich urządzeń."

Czy sądzisz, że używa się ich konstruktywnie, czy też głównie po prostu dla efektu dźwiękowego?

"Jedno i drugie, po trochu. Nie ma niczego złego w dobrym efekcie dźwiękowym jeśli umieści się go we właściwym miejscu. Spike Jones zarabiał tak na życie. Był naprawdę jednym z gigantów". [Tchaikovsky Medley]

Jakie tematy poruszasz teraz w swoich piosenkach?

"Cóż, jest piosenka o nici dentystycznej. To lniana nitka pokryta woskiem o długości około 500 metrów,  sprzedawana w małym, plastikowym pudełku. Wyciągasz, urywasz kawałek i wciskasz między zęby by usunąć resztki jedzenia."

Wowie zowie! Czy uważasz, że nić dentystyczna jest tematem do tej pory zaniedbywanym przez piszących teksty piosenek?

"Sadzę, że tak, dlatego postanowiłem wypełnić tę lukę. Teksty piosenek na płycie badają też inne anatomiczne obszary. Są tam trzy naprawdę dobre piosenki poruszające tematy podstawowych instynktów "Camarillo Brillo", "Dirty love" i "Dinah-Moe Humm", prawdziwe gruczołowe epopeje. "Montana" dotyczy nici dentystycznej. "Zomby Woof" opowiada o dziwnym układzie męsko-damskim. "I'm The Slime" jest piosenką o telewizji a "Fifty-Fifty" to utwór zawierający mnóstwo ciekawej muzyki instrumentalnej, której towarzyszy wypełniający cały pokój kwadrofoniczny wokal.

To nasze pierwsze nagranie w kwadrofonii. Sądzę, że płyta jest nagrana naprawdę znakomicie. Wszystko świetnie słychać nawet na dwóch kolumnach, brzmi dobrze nawet gdy odtwarza się ją na magnetofonie kasetowym."

Kontynuowaliśmy rozmowę poruszając wiele tematów z historii aż doszliśmy do tego sławnego zdarzenia gdy Mothers zostali ocenzurowani w telewizji. "Chcieli byśmy odtworzyli z playbacku nasz przebój." Wasz co? "Nasz przebój. Nigdy żadnego nie mieliśmy, ale ci z nowojorskiej telewizji chcieli zagrać 'Son Of Suzy Creemcheese' z 'Absolutely Free' a my mieliśmy udawać, że śpiewamy. Cały zespół powiedział, 'Jasne, zróbmy to', powiedziałem im więc by przez cały utwór mówili tylko jedno słowo 'Motherf–-er' i żeby w żaden sposób nie próbowali zgrać tego co mówią z muzyką. I tak zrobiliśmy. Niestety, za każdym razem gdy ktoś z zespołu wchodził w kamerę oni wyłączali wideo, na nagraniu widać więc tylko przypadkowe ujęcia perkusji, migające światła, zbliżenia palców na gitarach. Większe problemy mamy tylko gdy robimy coś dla telewizji, co zdarza się rzadko – albo gdy pracujemy w zacofanych kulturalnie regionach gdzie promotorzy często włączają w umowy bardzo dziwne klauzule."

Czy w ciągu tych wszystkich lat zaszła jakaś zmiana w odbiorze twojej muzyki?

"Tylko ilościowo. Ogólnie rzecz biorąc nasza publiczność jest liczniejsza niż wcześniej, ale nie stanowi to gwarancji, że zrozumienie dla naszej muzyki również wzrosło. Za rok mamy dziesiątą rocznicę."

Jaki jest stan prac nad zapowiadanym dziewięciopłytowym wydaniem muzyki Mothers?

"Mogę tylko powiedzieć, że w Stanach mamy teraz kryzys. Trudno sobie wyobrazić wydawanie tych płyt w takiej sytuacji i liczenie na to, że znajdą się jacyś ludzie, których będzie stać na ich zakup".

Następne moje pytanie było ... zacznijmy jeszcze raz. Może to wpływ pogody, albo czegoś innego, może to przez ten ekstrakt z szyszynki pudla, który wstrzyknąłem sobie dwadzieścia minut przed wywiadem. Sam nie wiem dlaczego, ale usłyszałem mój głos artykułujący te barbarzyńskie słowa: "Uch, Frank, jakiej muzyki obecnie słuchasz. " Mógłbym przysiąc, że ruch uliczny na zewnątrz zamarł. Niebo pociemniało. Uderzył piorun i stojące na stoliku filiżanki z kawą zadrżały złowrogo. Wąsy Joe Stevensa zrobiły się białe. Pokój wypełniła nieznośna cisza.

"Pozwól, że powiem ci coś o tym pytaniu, które właśnie zadałeś." Zaczął głosem nie wróżącym niczego dobrego. Skuliłem się i drżącymi dłońmi zapaliłem papierosa. "Zadają mi to pytanie przy okazji każdego wywiadu. I ani razu nie opublikowali mojej odpowiedzi. To zadziwiające. Nigdy nie widziałem by w drukowanej wersji wywiadu pojawiła się moja odpowiedź na to pytanie. Mówię im, że słucham muzyki klasycznej. Nikt nigdy tego nie napisał. Kiedy Frank idzie do domu, włącza odtwarzacz i słucha Krzysztofa Pendereckiego".

No cóż Frank, jeśli tak odbierasz prasę, to dlaczego udzielasz tych wszystkich wywiadów?

"To proste. Jeśli nie grają cię w radiu, nie puszczają w telewizji, to jak ktokolwiek ma się dowiedzieć o tym co robisz jeżeli nie powiesz o tym w wywiadzie? Ma to swoje uzasadnienie z biznesowego punktu widzenia, odpowiadanie na pytania w rodzaju, 'a jakiej muzyki słuchasz?' Daje to pewne korzyści. Szkoda tylko, że niektórzy z tych przeprowadzających wywiady nie bardzo wiedzą jak obsługiwać maszynę do pisania i maja okropne poczucie winy i niższości, czują, że społeczeństwo ich nie docenia i wykorzystuje i koniec końców wyżywają się na tobie tylko dlatego, że jesteś w biznesie rock and rollowym. Przestałem czytać swoje wywiady jakieś dwa lata temu. Dawno już nie czytałem wywiadu, który by choć w niewielkim stopniu oddawał to co powiedziałem.

Zwykle wygląda to tak, że facet spisuje wywiad a potem zanosi go" tutaj Zappa udaje, że gra fanfary na trąbce – "do wydawcy, który zmienia go tak by pasował do profilu wydawnictwa i poprawia też gramatykę piszącego, zwykle też dodaje parę rzeczy by podkreślić styl. Potem, po publikacji, wsadzają to do teczki. A przy okazji kolejnego wywiadu przychodzi inny facet i mówi – nie twierdzę, że ty też tak robisz, ale zdarzyło się to już miliony razy 'Och, mój magnetofon nie działa. Po prostu mów, a ja to zapamiętam.' A przecież nie potrafi pisać tak szybko jak ja mówię. Potem ktoś go pyta, 'O czym był ten wywiad?' no to facet otwiera tę teczkę i wyciąga z niej to i owo i fabrykuje swój wywiad.

Oczywiście nie powie swojemu wydawcy, że magnetofon nie działał. Pamiętam jak raz graliśmy w Toronto. Na koncert przyszedł recenzent. Był tak nawalony, że po trzech utworach jego dziewczyna wyprowadziła go z sali a następnego dnia napisał recenzję, która słowo w słowo została przepisana z artykułu z 'New York Times', napisanego przez pewnego znanego dziennikarza rockowego. Niewiarygodne."

Zaczęło nam się oddychać nieco łatwiej, ale Frank jeszcze nie skończył. "Wywiady to jedno, ale jest jeszcze kwestia zdjęć". Aparat Joe Stevensa wyślizgnął mu się z rąk niemal spadł na podłogę. "Chodzi mi o to, że to prawdziwy koszmar mojego życia. Dziwi mnie, że ktokolwiek mnie rozpoznaje na publikowanych fotografiach. Mogę śmiało powiedzieć, że siedemdziesiąt pięć procent fotografów, którzy przychodzą robić mi zdjęcia mówi, 'Dla tego gościa – obiektyw szerokokątny'. Ustawiają ostrość na moim nosie i mówią, 'Uśmiechnij się!' Masz pojęcie, co coś takiego może zrobić z twarzą człowieka?

Kiedyś zrobiono mi zdjęcie do artykułu z recenzją w niedzielnym wydaniu gazety w Maryland, artykuł długi na trzy lub cztery strony. Zdjęcie u góry wyglądało jak wzięte z karnawałowego pokazu dziwadeł, było tak żenujące, że wydawca zamieścił do niego dopisek 'Twarz zniekształcona przez szerokokątny obiektyw'. Takie było odjazdowe. Wiedział, że jeśli zamieszczą to zdjęcie, to na pewno znajdzie się ktoś, kto zechce przeczytać artykuł choćby po to by dowiedzieć się jak to możliwe, że ktoś tak fizycznie zdeformowany potrafi mówić. W pełni popieram wszelkie wyrazy artystycznej ekspresji jeśli tylko wydawca ma tyle odwagi by zamieścić przypis do fotografii ' Twarz zniekształcona przez szerokokątny obiektyw '."

Ponieważ jesteś w biznesie rock and rollowym bardziej z powodów socjologicznych niż muzycznych, to czy czujesz, że znajdujesz się we właściwym miejscu?

"W najlepszym z możliwych światów. Gdzie ktoś taki z twarzą zniekształconą szerokokątnym obiektywem mógłby znaleźć schronienie?" Och, znowu ten szerokokątny obiektyw. I kolejne spostrzeżenia Franka z jego doświadczeń z prasą. "Kiedy ci ludzie przychodzą zrobić ze mną wywiad, to jest to tylko część ich pracy, do wykonania której, w przypadku wywiadu, wystarczy umiejętność posługiwania się jakimś narzędziem do pisania, przygotowanie magnetofonu kasetowego dla kogoś kto będzie to potem zapisywał, kogoś kto zwykle nie przeprowadza wywiadu. Bo większość z tych przeprowadzających wywiady nie spisuje ich z nagrań, co potem wyraźnie widać w wersji końcowej. Facet mówi ci, 'Na pewno tak powiedziałeś, mam to na taśmie, moja sekretarka to spisała'. Mnóstwo razy byłem przez to źle cytowany, bo moja dykcja jest beznadziejna," wymamrotał. "Poza tym zauważasz, że ludzie spisujący twoje słowa z nagrań nie potrafią poprawnie pisać trudnych słów – na przykład Krzysztof Penderecki!"

Podobnie jak w przypadku Mayalla, Kornera i Milesa Davisa, zespoły Zappy dawały muzykom możliwość rozwoju i wybicia się na rynku muzycznym, co dawało im potem szansę na realizację własnych projektów. Ale czy naprawdę tak było?

"Tak było w przeszłości, nie sądzę by miało to mieć miejsce w przyszłości. Mam już tego dosyć. Nie zamierzam już świadczyć tego rodzaju usług".

Co ciekawe, ludzie grający w Mothers rozwinęli swoje kariery w bardzo różnych kierunkach. Na przykład Jim Guercio (teraz producent w Chicago) i Henry Vestine z Canned Heat...

"Niezupełnie, nie widziałeś zespołu w czasach gdy w nim grali, a zespól jest zawsze odzwierciedleniem muzycznych gustów i umiejętności jego członków. Zawsze piszę pod kątem obecnych w zespole muzyków, tak więc, kiedy był w nim Henry Vestine, w repertuarze było wiele elementów wykorzystujących jego umiejętności gry na gitarze. Jest muzykiem bluesowym, graliśmy więc dużo muzyki funkowej. Powiedziałeś, że rozeszli się w różne rejony, ale to czym się zajmowali było rozwinięciem tego, co robili w Mothers. 'King Kong' początkowo był ćwiczeniem na fortepian i został napisany w 1965. Wtedy był trudnym do zagrania utworem. Jak tylko nauczyli się go grać, nagraliśmy go.

Teraz gramy go dziesięć razy szybciej niż na tamtym nagraniu. Kiedy go słucham, to brzmi jak jakiś hymn. A nie jest przecież jakieś szczególnie trudne. Popatrz na muzykę, jaką gramy teraz. Jest naprawdę wyśmienita! Coś ci powiem – ten zespół gra najtrudniejszy repertuar jaki kiedykolwiek słyszałeś. Grając go muszą dokonywać rzeczy niewiarygodnych – i to z pamięci. W przypadku Wazoo cała muzyka była zapisana nutowo".

Ile czasu potrzebowałeś na zebranie i zgranie zespołu Wazoo?

"Około trzech, czterech miesięcy. Było to bardzo trudne, bo oni wszyscy są muzykami studyjnymi i cały czas mieli wiele innej pracy. To że mieli wyjechać w trasę było dla nich sporym zaskoczeniem. Nigdy wcześniej tego nie robili, a ja nigdy wcześniej nie byłem na tourne z tak dużym zespołem grającym muzykę elektryczną. Było to bardzo wartościowe doświadczenie. Kosztowało mnie tylko $2000. Tyle straciłem na tym tourne. Przychód wyniósł $97,000, a wydatki przekroczyły tę sumę o $2000."

Do jakiego stopnia Mothers są ekonomicznie opłacalni?

"Przy tak dużym zespole, podliczając zarobki muzyków, transport sprzętu, wyjazdy do Europy, przy graniu tych paru koncertów nie da się na tym zarobić," odpowiedział patrząc na mnie chytrze. "Po prostu się nie da. Jeśli masz zespół czteroosobowy, to wtedy coś zarobisz. Wychodzisz na scenę i grasz sobie bluesa."

Czy grając bluesa trzeba przyjmować jakieś sceniczne pozy? Przecież Albert King tego nie robi.

"Cóż, już sam jego wygląd jest na tyle imponujący, że nie musi. Ma słuszną posturę. Jeśli jej nie masz, musisz wykrzywiać twarz i machać nogą, by jakoś to zrekompensować. Zawsze fajnie popatrzeć jak ktoś na scenie robi wygibasy. To jest bardziej widowiskowe. Im większa jest sala, w której występujesz, tym bardziej wyraziste gesty musisz wykonywać aby dotrzeć do widowni. Jak grasz dla czternastu tysięcy ludzi w hali do gry w hokeja i będziesz stał nieruchomo, to choćby nie wiem jak dobrze byś grał, to i tak widownia tego nie zauważy. Ale jeśli stoisz na scenie przed czternastoma tysiącami ludzi w tej hokejowej hali, gdy masz dobre oświetlenie i robiąc wygibasy zagrasz jeden akord, no to wtedy jesteś niesamowity. Musisz zmienić taktykę występu jeżeli chcesz dotrzeć do kogoś siedzącego gdzieś z tyłu czternastotysięcznej widowni. Dla niego jesteś tylko maleńką kropką i jeśli oświetlenie jest kiepskie, to on cię nawet nie zobaczy. Włączasz więc kolorowe światła i jeśli teraz taka kropka zacznie podskakiwać w rytm muzyki, to zmienia to postać rzeczy. Facet z tyłu czuje, że warto było wydać pieniądze na bilet. Ale jeżeli będziesz tylko stał i grał, są spore szanse na to, że on cię nawet nie usłyszy.

Mam czarnego T-shirta. Czarny, jedwabny T-shirt, który wygląda jakby miał potargane rękawy, ale tak naprawdę to nie są potargane. Jest uszyty by tak wyglądać. Taka moda. Grając bluesa trzeba nosić właśnie cos takiego ..."

A blizny i pryszcze?

"Nie mam blizn, ale mam pryszcze, będę tak zajęty wyginaniem się, robieniem min, przyjmowaniem różnych póz, śpiewając i grając bluesa, że nie będę – powtarzam, nie będę – mieć czasu na pokazywanie żadnych blizn. Pryszcze mogą się same pokazać z powodu tej skąpej koszulki. Blizny będziesz musiał sobie wyobrazić, a także cały ten szczery ból i gniew. Wszystko będzie przepełnione brudem i smutkiem, a także perwersją i żarem.