home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks

 wywiad ukazał się w kwietniowym numerze z 1993, a w Polsce w numerze 11 (12) tego samego roku. Wywiad przeprowadził David Sheff. (Skany - AFKA)


 WYWIAD PLAYBOYA:     FRANK ZAPPA

Szczera rozmowa z największym rockowym oryginałem o życiu na granicy absurdu, trudnej sztuce wychowywania dzieci, muzyce i prywatnych zmaganiach z chorobą.

Amerykańscy czytelnicy wybrali Zappę trzydziestym piątym członkiem Muzycznego Panteonu Sławy PLAYBOYA - zaszczyt ten podzielił z osobowościami tej miary co Frank Sinatra, John Lennon i Bruce Springsteen. Ale nim jeszcze policzono głosy, redaktorzy PLAYBOYA pomyśleli o Zappie i poprosili go o wywiad. Tak oto doszło do niezwykłego zbiegu okoliczności: pierwszy raz w dziejach pisma wraz z ogłoszeniem wyników ankiety muzycznej zamieszczono wywiad z jego zwycięzcą.

Wyjątkowość tego zdarzenia potęguje fakt, że Zappa to muzyk spoza głównego nurtu. W Europie jest znakomitością, ale w Ameryce jego awangardowe kompozycje i celne, uszczypliwe teksty rzadko goszczą na antenie. Zappa przyznaje, ze jego twórczość często złości i wprawia w zakłopotanie. Jako lider zespołu The Mothers of Invention -jednej z najbardziej niesamowitych i błyskotliwych grup w historii rocka - stał się w świecie muzycznym postacią mityczną. Nie zażywał narkotyków, wałczył z cenzurą, a na plakacie, który zatytułował „Zappa-Srappa", sfotografował się nago na sedesie. Nic więc dziwnego, że pierwszy rozdział jego autobiografii nosi tytuł „Ile jest we mnie z dziwaka?" W trakcie wspaniałej kariery Zappy tylko nieliczni uniknęli zjadliwej satyry w jego muzyce. Atakował mody, stereotypy i hipokryzję. Amerykańskich rodziców przerażał fakt, że ich dzieci słuchają tak niecenzuralnych tekstów. Rozjuszył kobiety (piosenką „Cycuszki i piwo"), homoseksualistów, a nawet organizację B'nai B'rith, która za piosenkę „Żydowska księżniczka" domagała sie przeprosin. Zappa, jak zawsze, odmówił. Jego wrogowie mogą się jednak pocieszać faktem, że - podobnie jak fani - nie są osamotnieni. Zappa nie zna granic politycznych ani ideologicznych: szydził z Jesse Jacksona i byłego ministra zdrowia CE. Koopa, prostaczków i telewizyjnych kaznodziejów. Przyjaciół tudzież nieprzyjaciół ma na różnych szczeblach i w różnych zakątkach świata. Jego muzyka przedostała się ukradkiem za żelazną kurtynę już w latach sześćdziesiątych, zaś on sam był w Czechosłowacji obiektem autentycznego kultu. Piosenka „Plastic People" stała się hymnem tamtejszego podziemia. Po spotkaniu w Pradze Vaclav Havel, gorący wielbiciel Zappy, oczarowany jego osobowością, chciał go mianować swoim specjalnym wysłannikiem do spraw kultury, handlu i turystyki na Zachód. Zappa snuł wielkie plany likwidacji barier kulturalnych i ekonomicznych pomiędzy Wschodem a Zachodem. Plany te udaremnił jednak ówczesny Sekretarz Stanu Jim Baker, wyjątkowo negatywnie nastawiony wobec muzyka z powodu jego politycznych wybryków. Będąc w Pradze Baker dał Havlovi wyraźnie do zrozumienia, co sądzi o całym pomyśle. Prezydent skapitulował.

Zappa to trudny orzech do zgryzienia: z powodzeniem przeskakuje od rocka do jazzu i muzyki poważnej. Wydał ponad pięćdziesiąt płyt, a jego kompozycje znalazły uznanie nawet w kręgach konserwatywnych ponuraków. Nagrywał z London Symphony Orchestra, a jesienią ubiegłego roku w Niemczech jego muzyka była główną atrakcją festiwalu we Frankfurcie. W tym roku Lincoln Center for the Performing Arts w cyklu „Wielcy Wykonawcy" przedstawiło „Muzykę Franka Zappy".

Zappa miał zawsze eklektyczne gusta; podczas gdy jego koledzy z klasy omdlewali przy Elvisie Presleyu, on, wieczny outsider, słuchał Strawińskiego, Varese'a i Weberna. W orkiestrze szkolnej grał na bębnie.

Jego pierwszy zespół nazywał się The Blackouts, potem przyłączył się do grupy The Soul Giants, która przekształciła się z kolei w The Mothers of Invention. Takie płyty jak „Uncle Meat", „Burnt Weeny Sandwich" czy „The Grand Wazoo" weszły do kanonu rocka. Zespół prowadzony władczą gitarą Zappy zawdzięcza rozgłos nie tylko dzięki doskonałej, odkrywczej i synkretycznej muzyce, ale również błazeństwom. Jedna z najbarwniejszych legend rocka mówi, że Zappa i Alice Cooper urządzili sobie na scenie konkurs obsceniczności: Cooper podobno zmiażdżył kilka żywych kurcząt, Zappa zaś zjadł talerz dymiących ekskrementów. I choć muzyk temu zaprzecza, pozostaje faktem, ze przez lata nie mógł się od tej historyjki uwolnić.

O ile znakiem rozpoznawczym Zappy jest dziwactwo, o tyle jego życie osobiste sprawia wrażenie nadzwyczaj normalnego. Dobiegający pięćdziesiątego drugiego roku życia i od dwudziestu pięciu lat żonaty Zappa jest oddanym ojcem czworga dzieci: dwudziestoczteroletniej Moon Unit, dwudziestodwuletniego Dweezila, osiemnastoletniego Ahmeta i trzynastoletniej Divy. To właśnie dzieci - Moon i Dweezil - dwa lata temu zaszokowały fanów podając do publicznej wiadomości, że ojciec ma raka. Wywiad, przeprowadzony przez Davida Sheffa, z powodu choroby muzyka był kilkakrotnie odkładany.

Cenzura zamienia nas w państwo policyjne. Cenzurują wszystko to, z czym boją się zmie­rzyć - a więc seks, rasizm i tak dalej. Na pierwszy ogień idzie rock and roił, bo ma naj­większą siłę. Zmusza do myślenia.

Wprawdzie rodzice usiłowali wsadzić mnie do szkoły katolickiej, ale nie zabawiłem tam długo. Raz katabas zaatakował innie linijką i tyle mnie tam widzieli. Ponura dyscyplina i bezmyślność przyprawiały mnie o mdłości.

Kiedy dowiadujesz się, że masz raka, wszystko od razu się zmienia, niezależnie od tego, czy go pokonasz, czy nie. To jest jakieś kurewskie pięt­no. Rak komplikuje życie, bo trzeba codziennie walczyć, a na dodatek robić swoje.

 „Dom Zappy - relacjonuje Sheff - przypomina tanią, zbudowaną w dużym pośpiechu szulernię w stylu pseudo-elżbietańskim. Główne pomieszczenie to „świątynia sztuki'', czyli studio nagraniowe wypełnione zapracowanymi ludźmi i wszelką możliwą aparaturą. Członkowie ekipy biegają w tę i z powrotem po korytarzach. Na ścianach wiszą złote płyty i inne pamiątki - na przykład plakat przedstawiający Reagana jako Hitlera".

„Czekam na swojego rozmówcę w pokoju wyłożonym boazerią, na starej miękkiej kanapie przy kominku z czerwonej cegły. Frank przychodzi i próbuje umościć się w przepastnym, obitym skórą fotelu - niestety, potworny ból w krzyżu uniemożliwia mu zajęcie wygodnej pozycji." „Co kilka godzin ktoś przerywa nam na krótką chwilę: przynoszą kawę, później obiad dla Franka, senna Gail zagląda tylko, żeby powiedzieć „cześć", Dwa przysiada ojcu na kolanach, daje mu całusa i mówi, że bardzo tęskniła - dopiero co wrócili wszyscy z Tokio, gdzie Ahmet koncertował u boku japońskiej gwiazdy pop." „Zappa, ze swym osławionym -wąsem, kozią bródką i bakami, pali papierosa za papierosem. Dosadnie i z widoczną pasją opowiada o muzyce, polityce, rodzinie i swojej chorobie. Chwilami ból nie pozwalał mu mówić, ale pytany, czy nie zrobić przerwy, odpowiadał: „Nie. Jedźmy dalej". Skończyliśmy po siedmiu godzinach. Kiedy się rozstawaliśmy, czułem zarówno otuchę jak i głęboki smutek. Podziękowałem mu i powie-działem, że to dobry wywiad. Zappa odparł: „Byle tylko wychodził poza dopuszczalne granice".

PLAYBOY: Kiedyś powiedziałeś: „zajmuje się sprowadzaniem wszystkiego do granic absurdu". Czy nadal tak twierdzisz?

ZAPPA: Tak. to jedno z moich zajęć. Przypuszczam, że gdy to mówiłem, musiało być nawet głównym. Rzeczywiście, lubię wszystko  sprowadzać  do   maksymalnej śmieszności, bo właśnie tam, na samej granicy, znajduję rozrywkę.

PLAYBOY: Czy nie jest ci przykro, że większość ludzi tego nie chwyta?

ZAPPA: Sprawa ma się tak: jeśli coś kogoś bawi, w porządku - niech się tym cieszy. Jeśli nie, niech się pocałuje... Tworzę, by zabawić siebie: coś mi się spodoba, więc nagrywam płytę. Gdy komuś przypadnie ona do gustu, tym lepiej.

PLAYBOY: Lubisz obrażać ludzi?

ZAPPA: Pytasz, czy budzę się rano i mówię sobie: „Trzeba dziś pójść na miasto i kogoś obrazić?" Nie, tego nie robię. I choć już nie piszę tekstów, równie skutecznie obrażam samą muzyką. Układam akordy jak mi się podoba, ale wielu ludzi życzy sobie melodii, do których można tańczyć albo przynajmniej maszerować; ci plączą sobie nogi próbując wystukać rytm moich utworów. Niektórym to przeszkadza.

PLAYBOY: Plakat ..Zappa-Srappa" na pewno obrażał.

ZAPPA: Zapewne. I co z tego?

PLAYBOY: A wygłupy z czasów The Mothers of Invention? Te osławione konkursy na obscena?

ZAPPA: Nic było żadnych konkursów. To plotka. Kogoś poniosła wyobraźnia. Mówią, że posunąłem się do zjedzenia gówna na scenie. Pewnym osobom jest bardzo nic na rękę, że tego nie zrobiłem, ale nigdy nie zdarzyło się nic, co chociaż w przybliżeniu przypominałoby takie zawody.

PLAYBOY: Inna plotka głosi, że siusiałeś na publiczność.

ZAPPA: Ani ja. ani nikt z zespołu nie wyciągnął nigdy fiuta na scenie. Owszem, mieliśmy raz sztuczną żyrafę pełną bitej śmietany - świętowaliśmy w ten sposób 4 lipca 1967 r. Ktoś zamachał flagą, rzucił petardę, ktoś inny nacisnął guzik i żyrafa obsrała całą scenę śmietaną. Publiczność to rozbawiło.

PLAYBOY: A więc skandal kontrolowany?

ZAPPA: Kunszt sceniczny.

PLAYBOY: Kunszt zabawiania czy raczej zabijania nudy?

ZAPPA: Był i trzeci wzgląd - wypowiedź artystyczna w postaci bitej śmietany strzelającej z żyrafiego zadu. W ten sposób zostaliśmy kontynuatorami zapomnianej tradycji kunsztu scenicznego. Im więcej absurdu, tym bardziej mi się to podoba.

PLAYBOY: Bywa, że twoja twórczość to wypowiedź nie tylko artystyczna, ale i polityczna. W utworze Rhymin' Man zaatakowałeś Jesse Jacksona. Co cie tak rozwścieczyło?

ZAPPA: Spekulowano na temat tego, czy Martin Luther King rzeczywiście umarł na rękach Jacksona. Podobno Jackson zanurzył palce w autentycznej krwi Kinga - inni mówią, że użył kurzej krwi - i rozsmarował ją sobie na koszuli, którą nosił przez następne kilka dni i prezentował mediom. Więc napisałem piosenkę o tym, że ludzie powinni komunikować się za pomocą dziecięcych rymowanek, bo mam wrażenie, że Jackson proponuje właśnie coś takiego. Dla mnie jego symbolika jest tania i prymitywna. Nie twierdzę, że wszystkie jego pomysły są do niczego - z niektórymi nawet się zgadzam. Ale nie jestem pewien, czy bym chciał, żeby własnoręcznie wprowadzał je w życie. Nie ufam gorliwym wyznawcom jakiejś religii, piastującym państwowe urzędy, ponieważ wiem, że pracują oni dla innego szefa niż powinni.

PLAYBOY: Wykpiłeś również byłego ministra zdrowia, C. Eyeretta Koopa.

ZAPPA: W telewizji leciał taki program „Doktor Koop odpowiada na wasze pytania dotyczące AIDS." Koop tłumaczył, w jaki sposób złapaliśmy wirusa od małp. Spekulował na temat Afrykańczyka, który pewnego dnia postanowił zjeść małpę. Złapał ją więc, zabił i zaczął obdzierać ze skóry. A wtedy zaciął się nożem w paluszek i krew małpy dostała się do jego krwi. Dzięki tej opowieści zrozumieliśmy wszyscy, że AIDS przenosi się przez krew. A mówiąc poważnie - wkurzają mnie historyjki, które mogliby z powodzeniem napisać bracia Grimm. Czy można traktować serio faceta, który opowiada coś takiego i na dodatek sam wygląda jak żywcem wycięty z komiksu?

PLAYBOY: Nabijasz się dosłownie ze wszystkich. Urażeni adresaci twoich utworów zarzucają ci seksizm, mizogynizm i homofobię.

ZAPPA: Niektórzy nie potrafią odróżnić poważnego oświadczenia od żartu. Dla innych jestem wygodny, bo naskakując na mnie publicznie mają okazję nagłośnić swoje problemy. Nigdy nie byłem wrogiem kobiet ani gejów.

PLAYBOY: Ale napisałeś kilka piosenek, które nie spodobały się ani jednym, ani drugim.

ZAPPA: Słuchaj, każdy muzyk jest po trosze dziennikarzem. Komentuje. Mam prawo mówić co mi się podoba, i to na każdy temat. Jeśli komuś brak poczucia humoru, musi cierpieć.

PLAYBOY: Typujesz swoje ofiary na chybił trafił czy też jest w tym jakaś logika?

ZAPPA: Piszę o tym, co mnie najbardziej wnerwią w danym momencie. Lubię, kiedy wszystko gra. Jeśli nie gra - lubię pytać: dlaczego? A jeśli już wiadomo dlaczego nie gra - lubię pytać: dlaczego nikt się za to nie weźmie? Przykładów nie trzeba daleko szukać. Rząd. Większość instytucji państwowych. Kompletnie spartaczony system nauczania.

PLAYBOY: W jakim sensie spartaczony?

ZAPPA: Szkoły są do niczego, bo podręczniki są do niczego. Zatrzymaliśmy się na poziomie pierwszej czytanki o prezydencie George'u Washingtonie. Pod naciskiem prawicy wszystkie nasze książki historyczne okaleczono lansując interpretację krypto-faszystowską. I nasze dzieci to czytają. Opuszczają szkołę nafaszerowane stekiem kłamstw i zupełnie nieprzygotowane do życia, nie mówiąc już o umiejętnościach podstawowych. Nie potrafią czytać, pisać ani myśleć. Znęcanie się nad dziećmi to poważne przestępstwo, dlatego chętnie postawiłbym całe amerykańskie szkolnictwo w stan oskarżenia.

PLAYBOY: Czy dla własnych dzieci znalazłeś jakąś alternatywę? Bez względu na to, czego uczą się w szkole, sam masz na pewno ogromny wpływ na ich nieformalną edukację.

ZAPPA: To oczywiste, że mój tryb życia jest dla nich źródłem różnorodnych bodźców i inspiracji. Spotykają całą masę ludzi wszelkich możliwych ras, narodowości i zawodów. Nie trzymam dzieci pod kluczem.

PLAYBOY: Myślisz, że ten kontakt ze światem stanowi dla nich antidotum na szkolną beznadziejność?

ZAPPA: Na pewno daje im do myślenia. Muszą bez przerwy porównywać rzeczywistość naszego domu z tym, co dzieje się w szkole, uczyć się godzić jedno z drugim i wyciągać wnioski. Nie jest im łatwo, bo widzą praktycznie same różnice. Czasami rówieśnicy uważają moje dzieci za dziwolągi. Mimo to bardzo lubią u tych dziwolągów nocować...

PLAYBOY: Jeżeli to prawda, że nieocenzurowany świat szkodzi dziecku, twoje pociechy muszą być potworami!

ZAPPA: Uważam, że są całkiem w porządku. Lubimy je bardzo i one chyba też nas lubią. Nie biorą prochów, nie piją, nawet nie jedzą mięsa.

PLAYBOY: Jak  rozwiązałeś kwestię narkotyków?

ZAPPA: Powiedziałem tylko: „Przypatrzcie się uważnie tym dupkom w telewizji, którym odbiło na punkcie prochów". Myślę, że załapali., o co mi chodzi. Najwspanialsza rzecz, jaką możesz zrobić dla swoich dzieci, to pozwolić im myśleć samodzielnie. Osobiście stosuję metodę „oni albo ja". Powiedzmy, że on lub ona chce coś zrobić i prosi mnie o zgodę. Jeśli pomysł mi się nie podoba, mówię „nie". Ale jeśli znajdą logiczne argumenty na to, że nie   mam   racji - zmieniam zdanie. Traktuję dzieci jak trochę mniejszych dorosłych. Mali ludzie mają określone zalety i ograniczenia. Ich wyobraźnia nie jest niczym skrępowana. Dzieci przychodzą na świat wolne od późniejszych lęków i uprzedzeń. Ale nie umieją jeszcze wykonywać wielu „dorosłych" czynności. Jeśli traktujesz je jak ludzi, nauczą się. Jeśli zaś uważasz je za swoją własność, próbujesz przerobić na swoją modłę, uformować w wymarzony kształt - zaczynają się kłopoty.

PLAYBOY: A więc nie zgadzasz się z opinią, że dziecku trzeba zapewnić jakiś powód do buntu?

ZAPPA: No cóż, wydaje mi się, że moje dzieci już się zbuntowały: najwyraźniej chcą być inne niż ja byłem w ich wieku -nie palą, nie jedzą hamburgerów i tak dalej. Szukają własnej drogi. Pozostaje mi tylko dopilnować, żeby jak najdłużej nie wpadały w tarapaty i żeby na progu dorosłości miały jakieś praktyczne umiejętności, które umożliwią im w miarę szczęśliwe życie. Nie chcę, żeby były podobne do mnie lub do Gail. Niech będą sobą. Obowiązkiem rodziców jest wychowanie ludzi, którzy potrafią przetrwać w dzisiejszym świecie nie rezygnując ze swojej tożsamości i odrębności.

PLAYBOY: Sądzisz, że byliby inni, gdybyś nadał im proste imiona, na przykład Śally albo John?

ZAPPA: Jeśli kiedykolwiek ucierpieli, to raczej z powodu swojego nazwiska, a nie imion.

PLAYBOY: Jakie cierpienia masz na myśli?

ZAPPA: Mam opinię dziwoląga, a tego rodzaju opinia przenosi się zwykle na najbliższe otoczenie wyżej wymienionego. Ale odnoszę wrażenie, że moje dzieci zawsze lubiły wyróżniać się w ten sposób.

 PLAYBOY: Rozumiem, że dałeś im tak oryginalne imiona na wypadek, gdyby ktoś nie docenił wyjątkowości nazwiska?

ZAPPA: Chcę, żeby się wyróżniały. Ich szkolni koledzy nigdy nie będą się wyróżniać, za bardzo się boją. Moje dzieci mają inność w genach. Imiona tylko to podkreślają.

PLAYBOY: Nigdy nie chciały ich zmienić?

ZAPPA: Nie. Chyba je lubią, ale najlepiej sam zapytaj. Podsumowując, dogadujemy się nieźle, a to rzadkość w dzisiejszych czasach. Coś takiego jak rodzina przestaje w ogóle istnieć. Jeśli ludzie w rodzinie wytrzymują razem i okazują sobie uczucia, są uznawani za mutanty.

PLAYBOY: Jak poznałeś Gail?

ZAPPA: Pracowała w nocnym klubie go-go w Los Angeles. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

 PLAYBOY: Podobno nigdy nie podarowałeś jej obrączki?

ZAPPA: Nie kupiłem obrączek. Zaraz po ślubie przypiąłem jej swój długopis do sukni - ciążowej sukni, bo Gail była wtedy w dziewiątym miesiącu.

PLAYBOY: Dwudziestopięcioletni staż małżeński, zwłaszcza dzisiaj i w twojej branży, to dość niespotykane zjawisko, jak wam się to udało?

ZAPPA: Każde z nas czymś się interesuje i ma co robić. Gail jest świetna w tym, czym się zajmuje, a ja nie próbuję jej przeszkadzać. Zawsze mnóstwo czasu spędzałem w trasie, dzięki czemu umieliśmy do siebie tęsknić i cieszyć się z powitań. Poza tym myślę, że po prostu się lubimy.

PLAYBOY: Jakiej muzyki słucha się najczęściej u was w domu? Co lubią dzieci?

ZAPPA: Kiedyś Ahmet lubił Skrzypka na dachu. Ostatnio odkrył Hoageya Carmichaela i Johnniego Mercera. Diva uwielbia rap we wszystkich językach. Moon woli typowe kawałki do tańca. Dweezil kocha wszystko, w czym słychać gitarę.

PLAYBOY: A ty? Czy rock and roli przestał cię interesować?

ZAPPA: Teraz pociąga mnie przede wszystkim komponowanie - znalezienie pomysłu i przedstawienie go w taki sposób, by ludziom chciało się tego słuchać.

PLAYBOY: Czy wynalazki techniczne bardzo zmieniły twoją muzykę?

ZAPPA: Bez komputera byłbym wciąż zdany na łaskę ludzi, którzy wykonują moje kompozycje. A także na urzędy finansujące koncerty.

PLAYBOY: Po ubiegłorocznym tournee powiedziałeś, że już nie wrócisz na trasę.

ZAPPA: Najzwyczajniej w świecie nie stać mnie na to. Do ostatniej trasy dołożyłem czterysta tysięcy dolarów.

PLAYBOY: Tęsknisz za...

ZAPPA: ...życiem rockandrollowca? Nie.

PLAYBOY: A nie brakuje ci sceny?

ZAPPA: Trochę. Czasem ciągnie mnie do gitary, ale gdy tylko pomyślę, ile by mnie kosztowało urzeczywistnienie tego, impuls zanika.

PLAYBOY: Musisz mieć sporo satysfakcji, kiedy zamawiają u ciebie kompozycje na imprezy w rodzaju ubiegłorocznego Festiwalu Muzycznego w Hamburgu

ZAPPA: To akurat było coś: cały tydzień mojej muzyki, wieczór w wieczór, stare i nowe kawałki. We Frankfurcie, Berlinie i Wiedniu.

PLAYBOY: Jak wytłumaczyć fakt, że twoja muzyka jest popularniejsza w Europie niż w Ameryce?

ZAPPA: Niemcy tradycyjnie wspierają nową muzykę.

PLAYBOY: Czy muzyka poważna zawsze była twoim celem?

ZAPPA: Od niej zaczynałem. Rock and rollem zająłem się po dwudziestce, wcześniej robiłem muzykę, której nie byłem w stanie grać, mogłem ją tylko pisać.

PLAYBOY: Skąd to zainteresowanie?

ZAPPA: Podobało mi się to, jak muzyka wygląda na papierze. Ktoś narysował nuty, ktoś inny orientował się, co one tam robią, i z tego brała się muzyka. Dla mnie był to cud. Zawsze pochłaniała mnie grafika. Od najwcześniejszych lat szkolnych wiele czasu spędzałem na rysowaniu. Miałem przybory do rysowania, papier nutowy i okazało się, że, kurwa, umiem rysować nuty.

PLAYBOY: Więc na początku był obraz, nie dźwięk?

ZAPPA: Tak. Kiedy byłem mały, rodzice zabrali mnie na pogrzeb babci. Siedziałem i wpatrywałem się w świece. Ich płomienie poruszały się reagując na każdą nutę wyśpiewywaną przez chór. Dlaczego - nie wiedziałem. Byłem jeszcze dzieciakiem i co u diabła mogłem wiedzieć o muzyce? Ale ruch płomieni był dla mnie fizycznym przejawem dźwięku. Pomyślałem wtedy, że trzeba będzie tę obserwację kiedyś spożytkować. Widać też z tego, jak bardzo nudziłem się na pogrzebie.

PLAYBOY: Czy twoi rodzice grali na jakichś instrumentach?

ZAPPA: Nie. Nasza rodzina była bardzo niemuzykalna.

PLAYBOY: Twój ojciec zarabiał na życie produkując trujące gazy dla wojska. Zdawałeś sobie sprawę, czym to wam groziło na co dzień?

ZAPPA: Tak, ta świadomość towarzyszyła mi ciągle i była czymś zupełnie naturalnym. W domu zawsze musiały wisieć w pogotowiu maski gazowe - na wypadek, gdyby zbiorniki z gazem uległy uszkodzeniu. Ale teraz myślę, że gdyby rzeczywiście coś takiego się zdarzyło, maski nic by nie pomogły. Zginęlibyśmy wszyscy.

PLAYBOY: Gdzie znajdowały się zbiorniki?

ZAPPA: W magazynach przylegających do wojskowego osiedla, w którym mieszkaliśmy. Żyliśmy dosłownie parę kroków od tego gówna. W przedpokoju mieliśmy specjalny wieszak - z Maską Mamy, Maską Taty i Maską Franka. Czasami chodziłem w swojej bez przerwy. Udawałem, że jestem kosmonautą i że to mój hełm. Bardzo mnie intrygowała puszka z pochłaniaczem na końcu rury. Chciałem się dowiedzieć, co jest w środku. Któregoś dnia wziąłem otwieracz do konserw i zaspokoiłem swoją ciekawość. Ojciec był bardzo zły, bo zniszczyłem maskę i wiedział, że będzie musiał postarać się o drugą, czego zresztą nigdy nie zrobił. Od tamtej chwili byłem bezbronny!

PLAYBOY: A czy rodzice byli religijni?

ZAPPA: Owszem.

PLAYBOY: Chodzili do kościoła i do spowiedzi?

ZAPPA: Bardzo gorliwie. Mnie też kazali. Usiłowali nawet wsadzić mnie do szkoły katolickiej. Ale nie zabawiłem tam długo. Raz katabas zaatakował mnie linijką i tyle mnie tam widzieli.

PLAYBOY: A więc byłeś krnąbrny?

ZAPPA: Ale do kościoła chodziłem do osiemnastego roku życia. Potem nagle mnie olśniło. Ponura dyscyplina i bezmyślność przyprawiały mnie o mdłości.

PLAYBOY: Czy obrazoburczość twojej muzyki nie jest przypadkiem reakcją na religię? Miałeś przecież być dobrym katolickim chłopcem.

ZAPPA: Cóż, sądzę, że wszystko zawdzięczam temu, że udało mi się wyrwać z okowów dewocji. Żeby być dobrym parafianinem, koniec końców trzeba przestać myśleć. Istota chrześcijaństwa tkwi w opowieści o Raju. Zakazany owoc rósł na drzewie mądrości. Podtekst ma to taki, że wszystkie cierpienia pod słońcem wzięły się z naszej potrzeby wiedzy. Moglibyśmy wciąż tkwić w Raju, gdybyśmy tylko trzymali mordę w kubeł i nie zadawali żadnych pytań.

PLAYBOY: Czy twoje rozstanie z religią ma związek z wejściem w świat rock and rolla?

ZAPPA: Zbiegło się to w czasie. Czułem się bardzo osamotniony. Lancaster, gdzie wtedy mieszkałem, było pustynią kulturalną. Nic się nie działo.

PLAYBOY: Nie kusiły cię narkotyki?

ZAPPA: Wystarczy spojrzeć na tych, którzy zażywali i od razu przechodzi ochota. Ludzie wyczyniają przerażające rzeczy, ale uważają, że jest wspaniale. Potem bez końca rozprawiają o tym z facetami, którzy brali to samo. Kiedyś spróbowałem marihuany, ale nabawiłem się tylko bólu gardła i zachciało mi się spać. Patrzę na nich wszystkich i mam tylko jedno pytanie: po co? Nie będę, jak Bill Clinton, twierdził, że nigdy się nie zaciągałem. Owszem, zaciągałem się, ale nie potrafiłem zrozumieć, jaka atrakcja tkwi w trawce. Dużo bardziej smakował mi tytoń.

PLAYBOY: Czy angażowałeś się w inne aspekty kontrkultury?

ZAPPA: Żeby do niej wejść, trzeba było się zanurzyć w narkotykach po uszy. Nabrać doświadczenia w Hendrixowskim rozumieniu tego słowa. Znajomi, którzy na to poszli, stawali się niemal żywymi trupami.

PLAYBOY: Nie niepokoiło cię, że wasza publiczność była prawie zawsze „na haju"?

ZAPPA: Szczerze mówiąc najgorsze było to, że ja autentycznie nie tolerowałem zapachu marihuany, a za każdym razem musiałem spędzać bite dwie godziny w zadymionej sali, na dodatek ciężko pracując. Ludziom wolno było palić, łykać i wąchać wszystko co chcieli, jeśli tylko pod wpływem tego nie rzucali się na mnie.

PLAYBOY: Ale powiedziałeś im, że narkotyki to głupota - dużo wcześniej niż Nancy Reagan.

ZAPPA: Między innymi dlatego, że jasno wyraziłem swoją opinię na ten temat, mój zespół nie był w tamtych czasach oszałamiająco popularny.

PLAYBOY: Czułeś się jak outsider? Przecież to luksus móc stwierdzić, że wszyscy wielcy rockmani poza mną byli wtedy na okrągło...

ZAPPA: ...naćpani. Niestety, nie chodziło mi tylko o siebie na tle innych muzyków. To dotyczyło również kumpli z zespołu. Chłopcy bardzo chcieli brać, a nie mogli, bo wiedzieli, że jak wezmą, to wylecą z roboty. Nienawidzili mnie za to. A jeśli chodzi o gwiazdy rocka - na pewno gadałeś z kilkoma, więc wiesz równie dobrze jak ja, że przeważnie nie grzeszą inteligencją. Nigdy mi specjalnie nie zależało na ich towarzystwie.

PLAYBOY: Czy zainteresowała cię któraś z wielkich postaci tamtych czasów? Dylan, Hendrix, Stonesi?

ZAPPA: Naprawdę dobre rzeczy Hendrix robił na początku, kiedy był rozbuchany i brutalny. Manic Depression to mój ulubiony utwór. Jednak im głębiej Jimi pogrążał się w eksperymentach, tym mniej stawał się interesujący. Robił się miałki. Co do Dylana - płyta Highway 61 była naprawdę dobra. Ale odkąd nagrał Blonde on Blonde, zaczął brzmieć jak muzyk kowbojski, a wiesz dobrze, co myślę o muzyce kowbojskiej. Stonesów lubiłem.

PLAYBOY: Czy to prawda, że Mick Jagger wyciągnął ci drzazgę z palca?

ZAPPA: Tak. Był kiedyś u mnie, a ja cały czas skakałem na jednej nodze z powodu tej drzazgi, więc mi ją wyciągnął. Niezła historyjka, co? Jaggera i resztę naprawdę lubiłem za ich postawę. Potem jednak zaczęli robić muzykę wyłącznie dlatego, że była towarem. Tworzyli, by firma płytowa mogła wydawać kolejne albumy.

PLAYBOY: Co skłoniło cię do założenia pierwszego zespołu?

ZAPPA: W Lancaster nie było rock and rolla. Znało się go tylko z płyt. Rłiythm and bluesa nie słuchała biała młodzież. To była muzyka Meksykanów i Czarnych. Mój zespół, The Blackouts, był rasową mieszanką. Lubiliśmy rock and rolla. Jak wszystkie garażowe grupy tamtych czasów bardzo chcieliśmy wykombinować, jak się go gra. Podręczników przecież nie było.

PLAYBOY: Graliście na szkolnych potańcówkach?

ZAPPA: Nie pozwoliliby nam. Imprezy musiałem organizować na własną rękę. Kiedyś wynajęliśmy miejscowy klub kobiecy, żeby urządzić tańce. Kiedy władze dowiedziały się, że w tej ciepłej, przytulnej mieścinie kroi się impreza rockandrollowa, o szóstej wieczorem aresztowano mnie za włóczęgostwo. Noc spędziłem w kiciu - zupełnie jak w filmie dla młodzieży. Ale potańcówka i tak się odbyła.

PLAYBOY: Czy tamten zespół przeistoczył się w The Mothers of Invention?

ZAPPA: Nie. Była to zwykła kapela licealna. Po skończeniu szkoły wyjechałem z Lancaster i grałem co innego. Pewnego razu spotkałem Raya Collinsa, który w weekendy grał z zespołem The Soul Giants. Pobił się z gitarzystą i potrzebowali zastępstwa od zaraz, więc zadzwonił do mnie. Bardzo się w to zaangażowałem. Szybko zrozumiałem, jak trudno prowadzić zespół, zwłaszcza gdy chce się tworzyć niebanalną  muzykę nie mając szmalu. Jak przekonać do tego faceta, który w głębi serca uważa, że powinien zostać czwartym członkiem The Cream albo osiemnastym Beatlesem? Z takich właśnie ludzi powstał w końcu zespół The Mothers of lnvention.

PLAYBOY: Skąd ta nazwa?

ZAPPA: Nie wiem. Wybraliśmy ją w Dniu Matki.

PLAYBOY: Czy tamte lata wspominasz jako „stare, dobre czasy"?

ZAPPA: Dla mnie to są stare czasy. Ale mieliśmy też sporo uciechy.

PLAYBOY: Jak wyglądała wtedy scena muzyczna?

ZAPPA: Dość dziwnie. Królowały te wszystkie tuzy lat sześćdziesiątych - Jefferson Airplane, Paul Butterfield, Johnny Rivers i inni. W 1966 roku graliśmy w Fillmore West przed występami Lennyego Bruce'a. Poprosiłem go nawet o autograf, ale odmówił.

PLAYBOY: Czy to wtedy miałeś potyczkę z Johnem Wayne?

ZAPPA: Tak. Przyszedł raz na nasz koncert, kompletnie pijany. Rozpoznał mnie i powiedział: „Widziałem cię w Egipcie. Byłeś świetny... a potem mnie olałeś!" Kiedy byłem już na scenie, zażartowałem sobie z niego. Powiedziałem: „Panie i panowie, dziś mamy Halloween i dlatego zaprosiliśmy tutaj kilka ważnych osobistości - na przykład pana George'a Lincolna Rockwella, przywódcę Amerykańskiej Partii Nazistowskiej... Niestety, nasi dostojni goście zawiedli. Wszystko, co mogę państwu zaproponować, to John Wayne". Wayne zerwał się z miejsca i wygłosił ognistą, pijacką mowę. Jego goryle poradzili mi, żebym się od niego odczepił.

PLAYBOY: W tamtych latach słynęliście z pracowitości. Praktycznie nie schodziliście z trasy.

ZAPPA: Graliśmy wszędzie. Na przykład w Montrealu, w przytulnym klubie New Penelope, gdzie było dwadzieścia stopni poniżej zera. W drodze z hotelu na koncert smarki zamarzały w nosie. Instrumenty były tak zimne, że kiedy próbowaliśmy grać, palce przywierały nam do strun, a wargi do ustników. Trzeba było najpierw podgrzać cały sprzęt. Straszny prymityw. Ale to doświadczenie zainspirowało nas do wypracowania jeszcze bardziej wyrafinowanych i obłąkańczych form zabawy z publicznością. Potocznie nazwa się to „współuczestnictwem", my wymyśliliśmy „dręczenie".

PLAYBOY: „Dręczenie"?

ZAPPA: Ciekawiło nas, ile ludzie są w stanie znieść. Do czego jeszcze możemy ich zmusić? To była wielka niewiadoma. Publiczność potrafi cię zaskoczyć. Zapraszaliśmy kogoś na scenę i mówiliśmy mu: „Zdejmij buty i skarpetki, załóż skarpetki na ręce i liż je przez cały czas, kiedy będziemy grać". Mogliśmy zażądać dowolnej rzeczy, jaka nam przyszła do głowy. Dopóki byliśmy na scenie, robili wszystko co im kazaliśmy. Wszyscy pękali ze śmiechu na widok osoby wykonującej posłusznie nasze najbardziej kretyńskie i absurdalne polecenia, ale jednocześnie marzyli o tym, żeby znaleźć się na jej miejscu. Kiedyś w Nowym Jorku graliśmy w dawnym kinie porno. Przeciągnęliśmy druty z kabiny projektora aż na scenę. W trakcie koncertu koleś posyłał nam co pewien czas po tych drutach jakieś przedmioty, na których następnie improwizowaliśmy. Raz puścił nad publicznością korpus lalki bez głowy, w pozycji na czworakach. W ślad za lalką zjechało metrowe, włoskie salami i „zgwałciło" nasz rekwizyt od tyłu. Pomyślałem, że szkoda marnować takie piękne salami, więc zaprosiłem na scenę śliczne, zwiewne, długowłose dziewczę, żeby się pożywiło. My graliśmy, a ona miała za zadanie zjeść to salami aż do ostatniej okruszynki. W pewnym momencie zaczęła płakać, bo nie mogła go skończyć. Ulitowałem się nad nią, ale obiecałem, że zostawimy jej resztę na później - może jeszcze wrócić i kontynuować. Wróciła i zjadła to salami do końca.

PLAYBOY: Śledzisz współczesną muzykę pop?

ZAPPA: Nie dzieje się nic, co warto by śledzić. A nawet jeżeli, to na pewno nie zobaczysz tego w MTV.

PLAYBOY: Przez krótki czas miałeś własny program w Financial News Network i próbowałeś zaprosić na rozmowę ówczesnego prezydenta Czechosłowacji Vaclava Havla.

ZAPPA: Spotkałem się z nim nawet, ale szybko zauważyłem, że kiedy zaczynani poruszać kwestie ekonomiczne, natychmiast odsyła mnie do swoich doradców. Nie miał zielonego pojęcia o tych sprawach. Do rozmowy w studio w końcu nie doszło, ale nasze spotkanie wspominam bardzo dobrze.

PLAYBOY: Dlaczego zainteresowałeś się akurat Havlem?

ZAPPA: lak się składa, że aksamitną rewolucję uważam osobiście za mały cud. Ponieważ Havel był w centrum tamtych wydarzeń, czułem do niego sympatię i chciałem porozmawiać. Nie zawiodłem się. W pewnym momencie wspomniał o planowanej wizycie Dana Quayle'a. Złożyłem mu wyrazy ubolewania. Powiedziałem, jak bardzo mi przykro, że będzie zmuszony rozmawiać z takim kretynem. Ktoś musiał zacytować moje słowa w Ambasadzie Amerykańskiej, bo zamiast Quayle'a przysłali do Pragi Jima Bakera.

PLAYBOY: Co sądzisz o klęsce Havla w ostatnich wyborach?

ZAPPA: Źle się stało. Chybiony program reform ekonomicznych zagroził jedności tego państwa. Vaclav Klaus, zwolennik radykalnej reformy a la Polska, cieszy się ogromnym szacunkiem w kręgach finansowych na Zachodzie, ponieważ mówi tym samym językiem co nasi ekonomiści. To zachęca potencjalnych inwestorów, którzy nie ufają nikomu, kto optuje za powolnym tempem zmian. Ale bywają sytuacje, kiedy stopniowe reformy skutkują lepiej niż radykalne.

Rewolucji w Czechosłowacji zabrakło potencjału intelektualnego i kraj się podzielił, co jest ogromnym błędem. Małe społeczności są z reguły mniej efektywne. Każde małe państwo zaczyna praktycznie od zera - musi stworzyć nową konstytucję, prawodawstwo, walutę. Wiem, że ludzie zyskują poczucie wolności i odrębności narodowej, ale ceną jest chaos.

PLAYBOY: Rząd o mniejszym zasięgu ma większe szanse usatysfakcjonowania rządzonych.

ZAPPA: Brzmi to racjonalnie, niestety rzadko sprawdza się w praktyce. Podejrzewam, że za każdą rewolucją, która prowadzi do podziału państwa na kilka mniejszych, stoi przynajmniej jeden spragniony władzy demagog, który wkrótce wprowadzi własne, demagogiczne rządy. W wielu nowo powstałych państwach rząd pozwala każdemu, przynajmniej na papierze, być prywatnym przedsiębiorcą. No cóż, to wspaniale - pod warunkiem, że masz gotówkę i możesz zainwestować. A kto ma gotówkę? Eksprzywódcy skompromitowanych partii, którzy wyprzedzą wszystkich świeżo upieczonych biznesmenów. W byłej Czechosłowacji wszyscy faceci, którzy potracili stołki, wracają teraz na szczyt inną drogą - wykupując restauracje, hotele i fabryki. A zwykli zjadacze chleba, bezrobotni i obiboki jak dawniej włóczą się po ulicach, chociaż mają przecież prawo zostać przedsiębiorcami. Tak przynajmniej jest w Rosji, na Węgrzech i w Czechach. Nie wiem nic o Polsce, bo jeszcze tam nie byłem.

PLAYBOY: Czy zaskoczyło cię to, że miałeś aż tylu fanów za dawną żelazną kurtyną?

ZAPPA: O, tak, ale też sporo przeciwników. Na przykład w tajnej policji...

PLAYBOY: Co mogła mieć przeciwko tobie tajna policja?

ZAPPA: W Pradze powiedziano mi, że za największych wrogów komunistycznych Czech uważano Jimmiego Cartera i mnie. Pewien student opowiadał mi o tym. jak został aresztowany i pobity przez tajną policję. Podobno chcieli „wybić mu z głowy" muzykę Zappy.

PLAYBOY: W jaki sposób twoja muzyka trafiła do Czechów?

ZAPPA: Zaczęła tam docierać gdzieś pomiędzy rokiem 1966 a 67. Pierwszy album, który zdobył autentyczną popularność, to Absolutely Free, z utworem Piastic People. Natomiast w Ministerstwie Kultury w Moskwie spotkałem młodego człowieka z wielkim komunistycznym znaczkiem w klapie, który mi się zwierzył, że przez całą szkołę średnią zarabiał pieniądze handlując pirackimi kasetami z moją muzyką. Bootlegi sprowadzał z Jugosławii.

PLAYBOY: Śledziłeś z zapartym tchem upadek muru berlińskiego i ostateczny rozpad Związku Radzieckiego?

ZAPPA: Owszem, nie mogłem się oderwać od telewizora i byłem poruszony, choć jestem bardzo rozczarowany tym wszystkim, co nastąpiło potem. Widzisz, przeciętny człowiek mieszkający w tamtej części Europy niczym się nie różni od przeciętnego człowieka mieszkającego gdziekolwiek indziej. Ma dokładnie te same pragnienia. Chce mieć co jeść, mieć w co się ubrać, mieć z kim pójść do łóżka i mieć dach nad głową. Marzy o długim, szczęśliwym, możliwie bezbolesnym życiu, a jeśli posiada jakiś fach lub talent, chciałby z tego żyć. Niestety, tak już jest, że ci wszyscy poczciwi, normalni ludzie są reprezentowani w rządzie przez ludzi złych i nienormalnych. U nas też. Jedyna różnica polega na tym, że przeciętni ludzie stamtąd mają smaczniejsze piwo.

PLAYBOY: Jak oceniasz reakcję Ameryki na wydarzenia w byłym Związku Radzieckim?

ZAPPA: Nazwałbym ją reakcyjną.

PLAYBOY: Co według ciebie powinniśmy zrobić?

ZAPPA: Jeżeli naprawdę wierzyliśmy, że największym zagrożeniem dla Wszechświata jest komunizm, to w momencie, kiedy on wreszcie upada, należałoby chyba zrobić wszystko, by uzyskać pewność, że już nigdy się nie podniesie. Dać tamtym ludziom szansę nieco lepszego życia niż to, które było dotychczas ich udziałem, powstrzymać ich przed ponownym głosowaniem na komunistów, co mogą zrobić w przypływie desperacji. Groźba takiej sytuacji jest bardzo realna w tych państwach. Przy wolnych wyborach i katastrofalnym stanie ekonomicznym każdy okruch partii komunistycznej, nawet pod zmienionym szyldem, ma tam szansę powrotu do władzy. Komuniści nie potrzebują już czołgów, żeby odzyskać kontrolę. Wystarczy im odpowiednia liczba głosów.

PLAYBOY: Przemawiasz jak rasowy polityk. Czy na serio chciałeś spróbować swoich sił w wyborach prezydenckich?

ZAPPA: Jak najbardziej. Jednak zorganizowanie kampanii jest trochę trudne, gdy ma się raka i nie czuje się najlepiej.

PLAYBOY: Pierwszy raz zaangażowałeś się w politykę protestując przeciwko zmuszaniu firm fonograficznych do znakowania płyt kategorią wiekową „dozwolone od lat...'" - podobnie jak kwalifikuje się filmy. Przegrałeś. Czy uważasz, że ten przepis godzi w muzykę?

ZAPPA: Jak cholera.

PLAYBOY: Dlaczego? Przecież ostrzegawcze nalepki są doskonałym chwytem reklamowym. Dzieciaki uwielbiają słuchać brzydkich słów.

ZAPPA: Zespołom podpisującym kontrakty z wytwórniami dyktuje się, co mogą śpiewać, a czego nie.

PLAYBOY: Nie odnoszę takiego wrażenia. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że cenzura staje się fikcją. „Skurwysyn" w muzyce rap to słowo niemal dyżurne. Axl Rose z Guns'n'Roses wrzeszczy z całej siły „Ssij mojego pieprzonego fiuta! Myślisz, że było tam coś jeszcze, ale zostało wycięte?

ZAPPA: Firma nie wpadnie z nożyczkami do studia, jeśli nagrywa dla niej facet, który sprzedaje trzydzieści milionów płyt.

PLAYBOY: Widać z tego, że nie wierzysz w destrukcyjny wpływ muzyki na młodzież. Nie boisz się, że słowa piosenki mogą kogoś skłonić do morderstwa, gwałtu albo samobójstwa?

ZAPPA: Najwięcej piosenek na świecie napisano o miłości. Jeżeli muzyka miałaby na nas jakikolwiek wpływ, wszyscy byśmy się kochali. Przemoc w muzyce funkcjonuje na tej samej zasadzie co w kinie. W filmach z serii Zabójcza broń pomysłowość w dziedzinie mordowania sięga zenitu, ale jestem dziwnie pewny, że nikt z publiczności przenigdy nie skorzystałby z tych wzorów.

PLAYBOY: Czy ciebie też cenzurowano?

ZAPPA: Nie. Zawsze robię to co chcę. Ale w efekcie oczywiście nie do wszystkich moja muzyka dociera. To idiotyczne. Cenzura zamienia nas w państwo policyjne. Tu nie chodzi o dzieci, które mogłyby się wykoleić słysząc brzydkie słowa. To szerszy problem. Szlaban na pewne niewygodne idee i poglądy. Cenzurują wszystko to, z czym boją się zmierzyć - a więc seks, rasizm i tak dalej. Na pierwszy ogień idzie rock and roli, bo ma największą siłę. Dalej książki. Wszystko, co może pobudzić do myślenia.

PLAYBOY: Mówiłeś, że choroba udaremniła ci kandydowanie na prezydenta. W jaki jeszcze sposób wpływa na twoje życie?

ZAPPA: Kiedy dowiadujesz się, że masz raka, wszystko od razu się zmienia, niezależnie od tego, czy go pokonasz, czy nie. To jest jakieś kurewskie piętno. Dla amerykańskiego lekarza człowiek to nic innego jak kupa mięsa. Rak komplikuje życie, bo trzeba codziennie walczyć, a na dodatek robić swoje. Komponowanie muzyki samo w sobie jest dostatecznie skomplikowane, ale podróżowanie czy inny wysiłek fizyczny to już za wiele. Lekarstwa też rozwalają. Mam ponad piętnaście kilogramów nadwagi, bo wszystko co biorę, wypełnia mnie wodą. Nie da się zażywać lekarstw i przejść nad tym do porządku dziennego. To straszna walka. Muszę co parę miesięcy poddawać się badaniom. Przy takiej chorobie lepiej mieć pod ręką lekarza, któremu sie ufa. Mało kto chciałby wylądować w rosyjskim szpitalu - tam szybko można wypaść z gry. Moja znajoma miała w Rosji wypadek i trafiła do szpitala. Nie mieli środków znieczulających ani strzykawek jednorazowych, a lekarz składający jej nogę przekonywał, że ..z bólu jeszcze nikt nie umarł'".

PLAYBOY: Od kiedy wiesz o swojej chorobie?

ZAPPA: Od wiosny 1990 roku.

PLAYBOY: Czy rak zaatakował cię znienacka?

ZAPPA: Czułem się źle od kilku lat, ale nikt nic postawił właściwej diagnozy. Aż zrobiło się naprawdę kiepsko i pogotowie zabrało mnie cło szpitala. Zrobili mi badania i okazało się. że rak rozwijał się we mnie od ośmiu czy dziesięciu lat, ale nikt tego nie zauważył. Kiedy już go znaleźli, było za późno na operację.

PLAYBOY: Jak cię leczono?

ZAPPA: Nie chcę wchodzić w nieprzyjemne szczegóły. Kiedy trafiłem do szpitala, guz rozrósł się już na tyle, że nie mogłem się nawet wysikać. Żeby mnie uratować, musieli mi zrobić dziurę w pęcherzu. Ponad rok spędziłem z gumową rurką i torebką przywiązaną do nogi. To wystarczy, by zapomnieć o podróżach. Jednak w wyniku naświetlań guz zmniejszył się na tyle, że mogłem pozbyć się torebki i zacząć znowu samemu sikać, ale pojawiły się za to nieprzyjemne skutki uboczne. Wolę nie rozwijać tego tematu, bo nic w tym wesołego.

PLAYBOY: Ale wygląda na to, że wciąż robisz rzeczy, które są dla ciebie ważne -choćby komponowanie.

ZAPPA: Czasem udaje się zrobić więcej, innym razem mniej. Kłopot w tym, że czasem ból nie pozwala mi usiedzieć, a przy tej robocie trzeba ślęczeć przy komputerze. Kiedyś mogłem pracować szesnaście, osiemnaście godzin dziennie, potem wstać z krzesła, przespać się i wrócić do roboty -i wszystko było w porządku. Teraz są takie dni, kiedy w ogóle nie mogę pracować.

PLAYBOY: Czy nie jest to dla ciebie emocjonalną huśtawką?

ZAPPA: Na emocje silniejszy wpływ niż świadomość choroby mają lekarstwa. Ale cóż można zrobić? Ludzie chorują... tak już jest. Czasem udaje im się z tego wyjść, czasem nie. A chemikalia, które powinny leczyć, też szkodzą. Dwa tygodnie temu byłem przez trzy dni w szpitalu i cały czas szpikowali mnie morfiną. Po wyjściu jeszcze przez dziesięć dni pozostawały we mnie resztki narkotyku.

PLAYBOY: Trudno się teraz połapać, co jest przyczyną twoich dolegliwości - leki czy sama choroba?

ZAPPA: Rzeczywiście. Wszystko widzi się inaczej. Cała ta chemia robi z człowieka ruinę. Nie wiesz w jakiej formie będziesz jutro. Zgodziłem się na ten wywiad, bo uważałem, że jestem dostatecznie przytomny, by z kimś porozmawiać. Ale niepewność wyniszcza. Naprawdę nie jest łatwo, gdy nie można zawierzyć własnej ocenie. A przy pisaniu muzyki postawienie każdej nuty wymaga odwołania się do jakiegoś osądu.

PLAYBOY: Rozmawiamy parę ładnych godzin, a ty wciąż wyglądasz świeżo.

ZAPPA: Trafiłeś na mój dobry dzień. Jutro mogę leżeć plackiem w łóżku. Trzeba być bardzo rozważnym. Nie toleruję marnowania czasu. Usiłuję żyć jak przedtem i nie trwonić niepotrzebnie cennych godzin.

PLAYBOY: Czy choroba wpłynęła na nastrój twojej muzyki?

ZAPPA: Nie. Nie zacząłem komponować smętnych kawałków. Tu chodzi o czas. Czas jest wszystkim. Jak go spędzać? WSZYSCY mają jakieś potrzeby intelektualne. Dokonywanie wyborów to jedno z najważniejszych zajęć człowieka. Ci, którzy znajdują najprostsze rozwiązania, jak piwo i futbol, mogliby być szczęśliwsi, gdyby nieco wzbogacić ich życie. Ale większość osiągnęła już pewien poziom samozadowolenia i nie posuwa się dalej. Wiedzą już, ile frajdy będą mieli z meczu futbolowego, mają też swoje piwo. Nie chcą poza to wykraczać. Wokół takich rzeczy budują swoje życie. U mnie nic się nie zmieniło, odkąd zachorowałem. Staram się wykraczać daleko poza mecz futbolowy i puszkę piwa. Kiedy już znalazłem się na rubieży i zabawiłem nieco, doszedłem do wniosku, że może warto byłoby coś stamtąd przynieść, bo a nuż znajdzie się ktoś poza mną, kogo to zainteresuje. Tym właśnie się zajmuję. Więc wracam z rubieży i mówię: „Oto, co się dziś wydarzyło - poza meczem futbolowym".