home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks


Wywiad przeprowadził Steve Peacock brytyjski dziennikarz muzyczny przez wiele lat pracujący dla Sounds. Wywiad ten ukazał się najpierw w Sounds 23 września. Zappa mówi tu o zmianie jaka w nim zaszła po wypadku i niemiłym rozstaniu się z Markiem i Howardem. Wszystkie informacje o wydawnictwie znajdują się na stronie AFKA (tłumaczył: andrzej rogowski)


Frank Zappa: Gdyby tylko jego "Przyjaciele" mogli go teraz usłyszeć

Steve Peacock

Rock Magazine, 20 listopada 1972

Sporo już upłynęło czasu od wypadku na scenie w Londynie: podczas gdy nasze życie toczyło się zwykłym trybem, Frank Zappa jego większość spędził leżąc na szpitalnych łóżkach i odpoczywając w swoim kalifornijskim domu, dochodząc do zdrowia po tym okropnym zdarzeniu. Jednak nie tylko, ostatnio pisze też i gra muzykę; nagrał płytę Waka / Jawaka i rozpoczął tourne z zespołem złożonym z 20 muzyków opartym na tym samym zamyśle co płyta. Kilka tygodni temu powrócił do Londynu, tylko poczucie zmęczenia i szyna na nodze przypominały mu jeszcze o tym co stało się w Rainbow. Z wyraźną goryczą w głosie mówił Steveowi Peacockowi o swoich doświadczeniach ze światem rock and rolla. Pierwsze pytanie dotyczyło nowego zespołu ...

" ... nazywa się Mothers of Invention / Hot Rats / Grand Wazoo, w skrócie. Jest to elektryczna orkiestra złożona z 20 instrumentów i zespół będzie grał razem tylko osiem koncertów. Hollywood Bowl, Oval, Haga, Berlin, dwa dni w Nowym Yorku, Boston i powrót do domu."

"Czy już ostatecznie postanowiłeś, że nie będziesz już miał stałego zespołu?"

"Raczej tak. Myślę, że na liście wszystkich tych niewiarygodnych zjawisk jakie istnieją w dwudziestym wieku, pierwsze miejsce może należeć się muzykom."

"Niewiarygodnych w jakim sensie?"

"W sensie niewiarygodności. Zamiast więc utrzymywać coś co w pewnym momencie staje się w 100 procentach niewiarygodne, lepiej będzie tworzyć zespoły na potrzeby realizacji określonego materiału, będę mógł wtedy zajmować się różnymi rzeczami, bo to co mnie interesuje, to eksploracja wielu różnych rodzajów muzyki i wielu różnych tekstur i nie widzę powodu dlaczego nie miałoby być możliwe stworzenie 20 osobowego zespołu aby zrealizować jedno tourne, a następnie, jeśli będę miał ochotę, sformowanie innego o zupełnie innym składzie instrumentalnym i pojechanie z nim w nową trasę.
I tak właśnie mam zamiar zrobić zaraz po zakończeniu tej trasy, zbieram nowy zespół. Mamy już zaplanowane tourne w Stanach i Kanadzie przy końcu października."

"Wiesz już jaki to będzie zespół?"

"Na pewno będę grał dużo na gitarze, możliwe też, że będą jakieś wokale. Pewnie sam będę trochę śpiewał, może będzie też inny wokalista – prawdopodobnie jakieś instrumenty dęte, sekcja rytmiczna, jest też jedna osoba grająca na niezwykłym instrumencie, ale jeszcze go nie zatrudniłem."

"Wciąż uważasz, że jeżdżenie w trasy nadal jest konieczne, koncertujesz bo lubisz grać? Na pewno masz już taką pozycję, że nie musisz tego robić."

"Niekoniecznie. Uważam, że na niejeżdżenie w trasy możesz sobie pozwolić tylko wtedy gdy masz taką pozycję jak Beatlesi albo Stonesi, którzy cały czas sprzedają zastraszająco ogromne ilości płyt, niejako z automatu. Wolę raczej spotykać się z publicznością i umożliwić jej zobaczenie tego co robię, usłyszenie tego co mam do powiedzenia niż mieć z nimi tylko kontakt pośredni komunikując się poprzez media drukowane czy jakieś inne.
Oczywiście, że lubię grać a występ na żywo jest dobrym sposobem informowania ludzi o tym co aktualnie robię i jeśli im się to spodoba, to potem na pewno kupią płyty."

"Nie da się do nich dotrzeć wystarczająco blisko tylko za pośrednictwem nagrań?"

"Nie bardzo, mam tak dużo materiału gotowego do wydania, którego nie mogę wydać po prostu dlatego, że trzeba odczekać trzy, cztery miesiące pomiędzy kolejnymi płytami, firma dystrybuująca płyty mówi, że nie będą mieli szansy zarobienia żadnych pieniędzy jeśli czas pomiędzy poszczególnymi wydaniami będzie krótszy.
Właśnie niedawno, jakiś miesiąc temu, mieliśmy całonocne jam session. Jean-Luc Ponty był akurat w mieście, tak samo George Duke i jeszcze paru innych jazzmanów z zachodniego wybrzeża, zrobiliśmy  jam session w mikserni na piętrze studia nagraniowego w Los Angeles. Było to dość niezwykłe, gdyż jedynym instrumentem odbieranym przez mikrofony była perkusja a wszyscy inny byli podłączeni bezpośrednio do miksera poprzez transduktory.
Wszyscy, poza perkusistą, stali wokół konsoli słysząc się doskonale w kwadrofonii - żadnego planu czy zapisanej muzyki, nikt nawet nie powiedział, że gramy to czy tamto, włączyliśmy po prostu magnetofon i zaczęliśmy grać.
Nagraliśmy wszystkie możliwe kombinacje instrumentów od siódmej wieczorem do siódmej rano; i nie mogę tego wydać ponieważ przygotowywane jest już wydanie innej płyty, za trzy tygodnie w Stanach, a potem robimy naganie na żywo i nie dam rady tego wydać aż do ... A kiedy wydaję płytę, to ludzie myślą, że jest to coś czemu się właśnie teraz całkowicie poświęcam, że pokazuje ona kierunek w jakim obecnie podążam, czy coś takiego.
Jestem w stanie robić nawet jedenaście różnych rzeczy jednocześnie w czasie gdy przygotowywana jest płyta, ale ludzie mogą dowiedzieć się o tym dopiero gdy zostanie to wydane."

"Czy po wypadku w Rainbow chciałeś utrzymać tamtych Mothers razem, czy też zamierzałeś ich mimo wszystko rozwiązać?"

"Nie miałem zbyt wielkiego wyboru. Nie mogłem pracować i nie mogłem ich zatrudniać. Co miałem im do zaoferowania jeśli nie mogliśmy pojechać w trasę? Ale nawet przed ostatnim tourne zawiązaliśmy pewnego rodzaju umowę nagraniową z Markiem i Howardem tak by umożliwić im przygotowanie własnej płyty, oni jednakże woleli nie wspominać o tym, że my (Zappa i menadżer Herb Cohen) staraliśmy się uwolnić ich od ich poprzedniej umowy z firmą nagraniową ... "

"Naprawdę? A potem zmieszali cię z błotem w swoich wywiadach prasowych."

"Wydaje mi się, że to dopiero początek, że tego gówna prawdopodobnie wypłynie jeszcze więcej. Uważam to za wysoce nieetyczne ponieważ zaraz po powrocie do Los Angeles zacząłem szukać sposobów by zapewnić im jakieś pieniądze, nasze tourne zostało skrócone, nie wykonaliśmy około sześciu koncertów, sprawa pieniędzy z odszkodowania za nasz sprzęt, który spłonął w Montreux została sfinalizowana dopiero w zeszłym tygodniu – nie dali nam jeszcze czeku ale uzgodniliśmy kwotę wypłaty.
Będąc w Los Angeles starałem się zapewnić im jakieś źródło dochodu, miałem nagrany jeden z koncertów jakie zagraliśmy przed wyjazdem do Europy, postanowiłem więc to wydać na płycie i załatwiłem, że każdy z członków zespołu otrzymał tytułem zaliczki 2000 dolarów, co znacznie przekraczało sumę jaką zarobiliby gdybym podszedł do tej sprawy tak jak się to zwyczajowo robi w tym biznesie.
O tym nie wspomnieli ani słowem w swoich wypowiedziach dla prasy. I jeszcze jedno, opowiadają w wywiadach dla gazet w Los Angeles, że nie zadzwoniłem do nich, albo że ich nie odwiedziłem. Cholera, siedzę w domu na wózku z podwieszoną nogą a oni nawet nie pofatygowali się by przyjść i zobaczyć się ze mną.
Widzę, że ich dotychczasowe zachowanie jest podyktowane czysto komercyjnymi pobudkami."

"Wydaje się, że to już norma, że ludzie, z którymi pracowałeś w końcu wyżywają się na tobie w gazetach."

"Tak. Wiele osób automatycznie zakłada, że skoro ktoś opowiada takie rzeczy, to są one na pewno prawdziwe i jeszcze nie zdarzyło się by po którymkolwiek takim artykule ktoś zadzwonił do mnie lub mojego biura by potwierdzić cokolwiek z tego, co im powiedziano.
Sądzę, że gdybyś wziął te wszystkie wywiady, w których takie rzeczy są rozpowszechniane i zestawił je ze wszystkimi rachunkami i umowami, to przekonałbyś się, że wszyscy ci ludzie są kłamcami. Jedynym powodem dla którego opowiadają te historie jest reklama, bo jak sprzedaje się takie sensacje to zwiększa się przez to zainteresowanie prasy.
Tak więc jakiś gość mówi takie brednie, potem inny to czyta i mówi sobie, oni to zrobili i dobrze na tym wyszli, robi więc to samo, a po nim kolejny i kolejny. I tak to działa."

"Spędziłem trochę czasu z Captain Beefheartem kiedy tu przyjechał, mogę powiedzieć, że w ich wypowiedziach więcej było ogólnikowych anty-Zappowskich komentarzy niż jakiś konkretów."

"No tak, cóż, zapoznałem się z tymi skargami i nie widzę żadnych podstaw dla tego co mówią ani tym bardziej dla tego co robią. Ciekawe jest to, że zapominają o tym wszystkim, co nasza firma dla nich zrobiła, jak ułatwiła im start. Mamy te wszystkie rachunki za, powiedzmy, przepompowanie kanalizacji, przycięcie drzewek w jego domu ... te wszystkie drobne sprawy, które im nie szły, a oni do nas zadzwonili i my je dla nich załatwiliśmy. Mają bardzo dziwne podejście do życia.
Gdybyśmy stosowali się do reguł obowiązujących w przemyśle nagraniowym, to nic z tego co robimy nigdy by się nie udało, bo jeśli podpisujesz umowę z firmą, to od razu stajesz się więźniem tych wszystkich regulacji związanych z menadżerstwem a wszystko to jest kontrolowane przez firmę.
Taki sposób postępowania mi nie odpowiada, jedynym artystą, z którym mieliśmy umowę producencką był Wild Man Fischer, powód tego był taki, że nikt nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Mieliśmy nadzieję znalezienia dla niego jakiejś pracy, tak aby wypromować jego płytę a kiedy chciał byśmy zwrócili mu jego kontrakt, to Herbie po prostu mu go oddał."

"Czy czujesz się bardzo pokrzywdzony gdy pojawiają się takie problemy?"

"Zależy to od relacji jakie miałem z danym artystą zanim postanowił ogłosić swoje rewelacje w prasie. Było mi bardzo przykro, powiem nawet, że było to dla mnie bardzo bolesne w przypadku Beefhearta i Marka i Howarda. Czułem, że ich zachowanie było po prostu bardzo niskie.
Jeśli chodzi o Beefhearta to najzwyczajniej nie jestem w stanie zrozumieć o co mu chodzi, jest taki niestabilny, raz mówi jedno a następnego dnia całkiem coś przeciwnego, niestety teraz, jak na razie, trzyma się tej historii.
Może zobaczył, że dzięki temu prasa się nim bardziej interesuje."

"Chciałbym na chwilę zmienić temat, mogę spytać jak długo musiałeś leżeć w łóżku po Rainbow?"

"Spędziłem miesiąc w Harley Street Clinic, potem kolejne trzy miesiące w Los Angeles, cały czas w dość poważnym stanie, po tym czasie zaczęło się polepszać. Od dwóch miesięcy noszę tę szynę, przedtem noga była w gipsie i siedziałem na wózku. Noga goi się powoli, ale przynajmniej teraz zaczęła się naprawdę goić.
Doznałem bardzo rozmaitych obrażeń i trochę mnie wkurzało to w jaki sposób komentowała to prasa, jakby było to coś zabawnego, tutaj i w Stanach. Yo ho ho, wpadł do fosy dla orkiestry."

"Jestem pewny, że nie było to zamierzone."

"Może, może trochę mi odbijało i byłem przewrażliwiony w tym szpitalu. Miałem złamane żebro, złamany piszczel, goleń, z tyłu głowy miałem wielką dziurę, jedna strona mojej twarzy była zmasakrowana i przez pierwsze dwa i pół, trzy tygodnie w szpitalu nie mogłem poruszać rękami i nie byłem pewien czy nie doznałem jakiegoś uszkodzenia mózgu czy czegoś podobnego. Po wyjściu ze szpitala nie byłem w stanie nawet utrzymać gitary. Była dla mnie zbyt ciężka."

"Ale teraz to już tylko noga?"

"Tak, tylko noga."

"Czy zacząłeś pisać muzykę jak tylko wróciłeś do LA?"

"Och tak, jak tylko zdołałem usiąść przy stole napisałem całą masę różnych rzeczy."

"Wciąż planujesz zrobienie filmu "Billy the Mountain"?"

"Cóż, zamierzałem to zrobić z Markiem i Howardem, teraz będę musiał odłożyć to na półkę aż wymyślę jakiś inny sposób realizacji. I raczej nie będę o tym mówił aż wszystko będzie dopięte. Będzie to film fabularny, nie kreskówka."

"Czy robienie filmów jest dla ciebie tak samo ważne jak muzyka?"

"Jest to po prostu kolejna rzecz, jaką mogę się zajmować. Na pewno lubię to robić. Ma to swoje dobre strony, na przykład, można stosować zbliżenia, czego nie da się zrobić grając koncert, nadawać całości więcej charakteru. Sądzę, że kolejny mój film nie będzie w niczym przypominał typowego filmu rockowego opierającego się na dokonaniach jednego konkretnego zespołu. Prawdopodobnie będzie to coś z udziałem profesjonalnych aktorów, oparte na nieco innej koncepcji.
Nie zamierzam już inwestować zbyt wiele czasu w rozwój innych ludzi, będą mogli więc udzielać jeszcze więcej wywiadów i swobodnie mieszać mnie z błotem."

"To jest ta niewiarygodność muzyków, sądzisz, że aktorzy okażą się lepsi?"

"Pewnie nie, ale jak do tej pory jeszcze żadni aktorzy nie wypowiadali się na mój temat w prasie, z chęcią zobaczę jak to jest. A jeśli będzie z nimi za wiele problemów, to zawsze mogę zrobić film w całości animowany."

"Wydajesz się tym wszystkim bardzo wzburzony i trochę zawiedziony."

"Jestem zmęczony, szczerze mówiąc to mam lekki jet lag. Ale coś takiego na pewno zmienia podejście do ludzi w ogóle, a do muzyków w szczególności, do publiczności też, przy okazji.
Musisz na nich spojrzeć nowym okiem, widzisz ich jako jakiś całkowicie inny fonemem, i jak powiedziałem jednemu dziennikarzowi na konferencji prasowej, takie doświadczenie pokazuje ci kim naprawdę są twoi przyjaciele, jeśli jakichkolwiek miałeś."

"Wszystko co teraz będziesz robił będziesz robił wyłącznie dla siebie."

"Cóż, mówiąc dokładniej, nie będę robił pewnych rzeczy, których do tej pory ode mnie oczekiwano."

"Mówisz o patronowaniu innym artystom, promowaniu ich."

"Tak. Mam tego powyżej uszu, albo jeszcze wyżej."

"Będziesz kontynuował działalność Straight/Bizarre?"

"Tak, nadal będziemy to robili. Ale sam nie będę już zajmował się produkcja płyt dla innych artystów, mam już dość tych pełnych złości reakcji. Mój udział ograniczy się zatwierdzania i odrzucania propozycji materiału do nagrań a produkcją zajmą się inni ludzie.
Teraz właśnie poszukuję kompetentnych producentów, którzy wiedzą jak zajmować się ludźmi posiadającymi niezwykłe umiejętności. Jest wielu takich, którzy potrafią nagrać dobrą płytę ale co jeśli będą musieli współpracować z kimś takim jak Alice Cooper w początkach jego kariery?"
[trzy pierwsze płyty Alice Coopera wydała firma nagraniowa Zappy]

"Wracając do sprawy z Beefheartem: ich konkretny zarzut jest taki, że nie tworzyłeś tylko zbierałeś to co stworzyli inni i składałeś w całość."

"Taaak. Czy ma to oznaczać, że muzyka Beefhearta jest w 100 procentach czysta i wzięła się z powietrza, albo może sugerują oni, że ludzie słuchający muzyki Beefhearta są na tyle głupi, że nie potrafią wskazać skąd ona pochodzi? Bo ja dokładnie wiem skąd ona pochodzi, ale nie rozpowiadam o tym na lewo i prawo by nie zawstydzać drogiego Kapitana.
Nie wiem co można powiedzieć o braniu od innych i przekształcaniu tego w coś własnego, ale powiem ci co dokładnie biorę od innych ludzi. I wcale nie jest tak, że biorę od nich coś konkretnego, we wszystkich zespołach, które miałem zawsze zwracałem uwagę na osobowości poszczególnych muzyków, zawsze uważałem, że są ważne na tyle by wbudować je w utwory, które oni wykonywali.
Kiedy muzycy pracują w trasie przez kilka miesięcy w roku, kiedy muszą grać ustalony repertuar, aby dotrzymać wymagań programu i zapewnić odpowiednią jakość występów, które mają przecież każdego wieczora, to lepiej jest, jeśli mają przy tym możliwość by się z tym co robią identyfikować. To wydaje się chyba logiczne, zawsze mi się takie wydawało, dlatego kiedy pisałem dla zespołu brałem to co można by nazwać jego folklorem i przekształcałem go na muzykę tak by ci, którzy ją wykonywali mogli zagrać coś co reprezentowało nie tylko mnie ale także i ich.
Niestety, niektórym nie podobało się to jak ich postrzegam, albo też to co uznałem za ich wkład w folklor zespołu, innym nie podobało się to, że za często jeździmy w trasy, innym zaś to, że robimy to za rzadko, bo jak się nie koncertuje, to się nie zarabia.
Jeśli chodzi o starych Mothers, to w momencie ich rozwiązania byłem w bardzo niezręcznej sytuacji, bo aby powiedzieć całą prawdę dlaczego to zrobiłem, musiałbym powiedzieć parę przykrych rzeczy o nich samych – o ich umiejętnościach muzycznych, ich podejściu, ich wiarygodności. Wiedziałem wtedy, że musieli znaleźć pracę, zebrać swoje własne zespoły i nie chciałem robić im złej prasy, co mogłoby im utrudnić rozpoczęcie ich nowych karier, jakiekolwiek by one nie były.
Teraz mogę ci powiedzieć co nieco o ich podejściu: dostawali po 250 dolarów tygodniowo, zawsze, bez względu na to czy pracowali czy nie, tak było przez kilka lat. Było to obciążenie, na które nie było mnie stać, pieniądze z koncertów nie wystarczały. W okresie gdy zespół się rozpadł widziałem w czasie prób, że grali niechlujnie, nie byli zainteresowani doskonaleniem swojej techniki ani poszerzaniem swoich muzycznych horyzontów."