home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks

Wywiad z Jean-Luc Ponty ze strony Radio RAM( tutaj )

_____________________________________________________________________________

„Zacząłem grać jazz, by spotykać się z różnymi dziewczynami w klubach” – Jean-Luc Ponty - wywiad z niezwykłym skrzypkiem jazzowym (posłuchaj)
W marcu wystąpił we Wrocławiu na festiwalu Jazz Nad Odrą. Zaprezentował się słuchaczom w wysmakowanym repertuarze ze swoich solowych płyt. Członek zespołu Franka Zappy, genialny improwizator i innowator skrzypiec w muzyce jazzowej Jean-Luc Ponty był gościem Radia RAM w niedzielę, 6 kwietnia. Oto nasza rozmowa z tym artystą.



Michał Sierlecki: Twój ostatni album nagrałeś w 2007 r. Ta niezwykła dawka muzyki ma tytuł „Tha Atacama Experience”. Czy możesz wytłumaczyć, skąd wzięła się nazwa wydawnictwa?

Jean-Luc Ponty: - Wymyśliłem tytuł „The Atacama Experience”, ponieważ Atacama to pustynia w północnej części Chile. I kiedy zaczęliśmy nagrywać album, nad którym tak naprawdę praca rozpoczęła się w 2006 r., podróżowałem ze swoim bandem grając koncerty każdego miesiąca w róznych częściach świata. I pierwszy koncert, jaki zagraliśmy, zanim zaczęliśmy nagrywać ten album, był w Chile. Pojechałem na urlop na pustynię po koncercie w Santiago i byłem tak urzeczony scenerią i widokami, że zdecydowałem się tak zatytułować płytę. Muzyka powstawała w różnych zakątkach, ostatnie dwa utwory także w Indiach. Nie powiedziałbym, że zaczerpnąłem ją bezpośrednio z tych krajów, ale podróżowanie ma duży wpływ na moją wyobraźnię.

W wieku 11 lat zacząłeś grać na klarnecie, grałeś także na saksofonie tenorowym, z racji Twojej fascynacji muzyką Milesa Davisa i Johna Coltrane’a. Czy pamiętasz, dlaczego zdecydowałeś w końcu, że będziesz skrzypkiem, co okazało się w efekcie świetnym wyborem?

- Dla mnie to też był dobry wybór (śmiech). Skrzypce stały się moim głównym instrumentem. Miałem więcej możliwości technicznych jako skrzypek. Uczyłem się grać na instrumentach odkąd skończyłem pięć lat. Chciałem zostać zawodowym muzykiem w Paryżu. Jazz był dla mnie na początku zwykłym hobby, robiłem to dla zabawy. I szczerze mówiąc grałem jazz, by spotykać się z różnymi dziewczynami w klubach. Potem odkryłem pasję do muzyki, zacząłem grać na saksofonie i dostrzegłem jego ograniczenia. Doszedłem do wniosku, że na skrzypcach mogę pokazać dużo więcej technicznie. Na początku instrument ten okazał się przeszkodą, ponieważ w jazzie, zwłaszcza tym współczesnym, skrzypce nie są postrzegane jako nadające się do improwizowania i grania współczesnej muzyki. Ale udowodniłem, że na skrzypcach potrafię zagrać współczesny jazz, rock. Problem ten okazał się więc dla mnie korzystny.

Zatem wszystko zaczęło się z powodu kobiet.

- Tak. Dlatego grałem jazz. Moje życie jest pełne niespodzianek.

Możemy powiedzieć, że masz też większe możliwości ekspresji używając skrzypiec.

- To prawda. Skrzypce dają najwięcej możliwości ekspresji dźwięku zaraz po głosie ludzkim. Jeśli masz wyczucie dla pewnego typu muzyki, możesz zagrać na nich każdy gatunek i styl. Byłbym bardziej ograniczony używając saksofonu.


W 1969 r. nagrałeś doskonały album z Frankiem Zappą "Hot Rats"/"It Must Be A Camel" . Stałeś się członkiem formacji Mothers Of Invention, grałeś free-jazz , a Zappa był także producentem Twojej płyty „King-Kong”. Jak wspominasz ten okres?

- To odległy czas, ale Zappa był niezwykle profesjonalnym muzykiem, bardzo inteligentnym. W dzisiejszych czasach nie ma zbyt wielu ludzi takich, jak on, brakuje ich. Niezwykły kompozytor, bardzo wymagający, mający wizję tego, co robi i jeden z pierwszych twórców fuzji, łączenia stylów w muzyce. Budował mosty między jazzem i rockiem, a także innymi gatunkami. Myślę, że był takim sfrustrowanym klasycznym kompozytorem. Gdyby urodził się w Europie, wierzę, że studiowałby muzykę klasyczną. Ale przyszedł na świat na pustyni w Kalifornii. To już zupełnie inna historia. Twórczość Strawińskiego miała na niego wyraźny wpływ, także jazz. On otworzył mi umysł na pewne sprawy. Nauczyłem się przy nim jak być silnym liderem. Jeśli masz wizję tego, co robisz, powinieneś umiejętnie przekazać i narzucić ją innym członkom grupy. Nie zostałem długo w jego zespole, gdyż był trochę więźniem swego wizerunku, wariata rockandrollowca. I publiczność, dla której graliśmy na stadionach, także w dużych salach w Ameryce, była zagubiona w natłoku dźwięków. To było dla nich zbyt skomplikowane, bo przychodzili posłuchać tekstów. Coraz częściej zaczął usuwać fragmenty instrumentalne. Skończyło się na tym, że grałem tylko jedno solo w ciągu całej nocy, a reszta to było akompaniowanie, tworzenie tła do partii wokalnych. Nie było to moją ambicją, dlatego zrezygnowałem z grania w zespole i zacząłem współpracować z artystami, gdzie tworzyłem muzykę, którą chciałem i stworzyłem własny zespół. Mam jednak szacunek dla talentu Zappy, bez wątpienia.


Ameryka miała na Ciebie duży wpływ. Swego czasu przeprowadziłeś się tam z całą rodziną. To było na pewno ciekawe doświadczenie…

- Postanowiłem się przenieść, gdyż tam czekało na mnie mnóstwo wyzwań. Niewiele działo się wtedy we Francji. Oczywiście wówczas jazz i rock nie mogły być także odkryte jako jedna struktura , również w Europie. Był duży rozdźwięk w tamtych czasach między Ameryką i Europą. Zatem kiedy zacząłem grać z Zappą i „Mahavishnu Orchestra” , zacząłem otrzymywać mnóstwo propozycji od innych zespołów, by z nimi grać. I zdecydowałem sprowadzić tam także moja żonę i dwójkę dzieci. Musiałem zostać. A oni byli ze mną. W przeciwnym razie po prostu byśmy się nie widzieli. Przeprowadziliśmy się do Kalifornii. Nie było to łatwe, kiedy przenosisz się z całą rodziną. Mnóstwo moich przyjaciół z Francji nie odważyłoby się na taki ruch. Zwłaszcza wymagało to poświęcenia ze strony mojej żony, adaptacja w nowym kraju, bez znajomych i przyjaciół. Byliśmy samotni na początku. To także zabawny i ciekawy okres. Kontakt ze społecznością, tak zaawansowaną i bardzo otwartą. Oczywiście pogoda także dostarczała wrażeń, np. trzęsienia ziemi (śmiech)

Zwróciłem uwagę na bardzo ciekawą melodię na twym ostatnim albumie „The Atacama Experience”. To utwór „Premonition”. Czy pamiętasz , jak powstał? Czy na początku była to improwizacja?

- Tak. Większość moich kompozycji rodzi się z improwizacji. Czasem przechowuję w głowie pewne tematy. Rodzą się , kiedy spaceruję po ulicy. Może to jakieś tajemne fale z kosmosu, kto wie? Często gram na skrzypcach i syntezatorze w domowym studiu, improwizuję i tak rodzą się pomysły. „Premonition” jest takim przykładem.


Na tym ostatnim albumie zgromadziłeś znakomitych gości. W utworze „Point of no return” na gitarze gra Alan Holdsworth, Philip Catherine pojawia się z kolei na tym instrumencie w „Parisian Thoroughfare” i nagraniu „Still In love” . Jak poznałeś tych muzyków?

- Coż, zacząłem od współpracy z Phillipem. Poznałem go , gdy zdecydowałem się mieć własny zespół, a w nim gitarę. To było jeszcze zanim przerpowadziłem się do Stanów. Potem stracilismy kontakt, chociaż cały czas korespondowaliśmy. W tamtych czasach media nie były tak rozwinięte , a połączenia lotnicze tak tanie , jak dziś. Byliśmy odcięci. Naprawdę, znajdowaliśmy się na innym skrawku planety. Nie mieliśmy faksu , ani internetu. Dziesięć lat temu jednak podjąłem próbę założenia biura w Paryżu i teraz żyję pomiędzy Stanami , a Francją. Odnowiłem kontakt z Phillipem. Gramy razem koncerty. Na przykład w trio ubiegłego roku, czy dwa lata temu. W 2006 roku zdecydowałem także , by zaprosić go do nagrania na albumie. Jeśli chodzi o Alana Holdswortha, byłem naprawdę pod wrażeniem jego talentu. Myślę, że jest geniuszem, zarówno jako gitarzysta i kompozytor. Jego styl gry jest niewiarygodny. Słyszałem o nim jeszcze w latach siedemdziesiątych, kiedy byłem w Kalifornii. Myślę tu o albumie nagranym wspólnie z perkusistą Tonym Williamsem, który z kolei wynajął Alana i on przeniósł się z Anglii do Nowego Jorku. Zaskoczyło mnie brzmienie tej gitary, prezentował bowiem wówczas rzadko spotykany liryczny styl gry. Zaprosiłem go do współpracy przy okazji mojego projektu „Enigmatic Ocean” w 1977 roku i jest to do dziś płyta ciesząca się największym uznaniem wśród słuchaczy. Wrócił potem do Anglii i trudno było nam razem koncertować. Lecz wezwałem go ponownie do nagrania kolejnego krążka w 1983 roku i kiedy napisałem na ostatni album „Point of no return” usłyszałem brzmienie jego gitary w tym nagraniu i miałem rację, bo to prawdopodobnie najwspanialsze solo , jakie zagrał.


W 1974 roku nagrałeś fantastyczną muzykę z Johnem McLaughlinem "Visions Of The Emerald Beyond" . To był jazz fusion z „Mahavishnu Orchestra” . Jak pracowało się z tymi muzykami?

- McLaughlin ma zupełnie inną osobowość, niż Zappa , ale także jest to silny charakter, ktoś, kto ma silne przekonania do swoich muzycznych pomysłów. Jest oryginalny i wie, jak przewodzić w zespole. Dla mnie było to niezwykle stymulujące móc grać z nim na scenie prawie każdego dnia, gdyż w tamtym okresie naprawdę wiele koncertowaliśmy. Dziś po latach , gdy słucham tych nagrań na żywo, stwierdzam , że byliśmy naprawdę szalonymi facetami. Ale nagrania studyjne brzmią pieknie i grałem w swoim świecie, gdzie dominowała muzyka instrumentalna bez wokalu. Ważna stała się improwizacja.

Zdecydowałeś się używać elektrycznego brzmienia skrzypiec i stałeś się wirtuozem melodii i artykulacji w muzyce jazzowej. Grasz free-jazz, bop, rock. Wydaje się , że nie istnieją dla ciebie granice gatunków. Co tak cię zafascynowało w elektrycznym brzmieniu tego instrumentu?

- To była konieczność, gdyż moja wizja grania muzyki jazzowej na skrzypcach różniła się zupełnie od Stephana Grappelli ,czy Joe Venuttiego lub innych skrzypków, którzy grają w stylu swingującym. To, czego dokonali to dostosowanie pozostałych instrumentów do słodkiego brzmienia skrzypiec, dlatego nie występuje tam perkusja, tylko łagodne brzmienie z akustycznymi instrumentami. I kiedy odkryłem jazz we wczesnych latach sześćdziesiątych wciągnął mnie bebop, słuchałem Milesa Davise’a Johna Coltrane’a , jak już wcześniej wspomniałeś i chciałem grać tak, jakbym grał na saksofonie, czyli z perkusją, sekcją rytmiczną. To z kolei wiązało się ze zwiększeniem głośności skrzypiec, bo brzmiały one zbyt cicho w zestawieniu z trąbką, czy saksofonem. Oczywiście sa głośniejsze od gitary, ale zwróć uwagę , jaką drogę musiała przejść gitara, zanim stała się elektryczna. Potrzebuje ona środowiska perkusji i więcej przestrzeni. I tak zacząłem używać różnych przystawek i przetworników. Był to jednak początek eksperymentowania, gdyż zdałem sobie sprawę, że nie będę mógł wykorzystać tradycyjnego brzmienia skrzypiec dzięki przystawce. Więc zamiast starać się odtworzyć brzmienie , które nigdy nie mogło być tak piękne lub podobne, poszedłem w innym kierunku. Zdecydowałem wynaleźć nowe brzmienie, bardziej doniosłe, pozwalające mi tworzyć moją muzykę. Postanowiłem dostosować skrzypce do muzyki, co dotychczas robili inni artyści. Ale w czasie pracy z Zappą i McLaughlinem, czyli w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w Kalifornii wynajdowano właśnie różne urządzenia elektroniczne i ci młodzi zwariowani inżynierowie przychodzili do nas i mówili: Spróbujcie tego lub tego. Używaliśmy zatem różnych efektów , jak echo-delay. Miałem zatem elektryczny instrument sprawny tak samo jak gitara czy keyboard i zacząłem eksperymentować z tymi różnymi typami brzmień. Niektóre dobrze komponowały się ze skrzypcami, inne nie, ale przebrnąłem przez cały ten elektroniczny okres, gdyż był zupełnie nowy i ekscytujący.


Świetnym przykładem muzyki celtyckiej jest utwór „Celtic steps” na ostatnim albumie. Czy to nie przykład twojej fascynacji kulturą Irlandii?

- Tak. W Irlandii skrzypce są podstawowym instrumentem w muzyce. Żyjąc w Ameryce uświadomiłem sobie, że muzyka irlandzka jest częścią korzeni jazzu. Ewoluowała w różnych kierunkach, na przykład zmieniła się w muzykę country. Byłem w Nashville i spotkałem tam skrzypków grających country. Doszedłem do wniosku, iż rytm współgra z głosem w sposób aspirujący do jazzu i Dizzy Gillespie, znakomity amerykański trębacz, gdy byłem bardzo młody, a on słyszał mnie po raz pierwszy, powiedział : „Jesteś bardzo dobry, ale powinieneś grać muzykę country”. Myślałem, że on żartuje. Ponieważ w tamtym okresie w ogóle nie widziałem związków między tymi gatunkami. Jednak , gdy wyjechałem ze Stanów, zdałem sobie sprawę z ich istnienia. Stąd mój pomysł na „Celtic Steps” ponieważ ten utwór wykorzystuje takie zależności, choć jest to oczywiście mój sposób postrzegania. Jest tam wiecej jazzu.

Przy okazji warto wspomnieć o doskonałym solo Williama Lecomte na instrumentach klawiszowych.

- Dziękuję w jego imieniu, rzeczywiście sprawdził się tu znakomicie.

Jesteś członkiem wspaniałego tria jazzowego z Al di Meolą i Stanleyem Clarkiem. Wasz album „The Right of Strings” został wydany w 1995 roku. Okazał się wielkim sukcesem. Czy to był dla ciebie szczęśliwy czas? Jaką rolę odegrali wówczas w twoim życiu Al i Stanley?

- To odmienna sytuacja, gdy jesteś ze swoim zespołem i grasz własną muzykę. W przypadku takich czołowych artystów, jak Al i Stanley każdego wieczoru zmuszasz się niejako do przekraczania swoich możliwości i umiejętności. Musisz być bardzo dobry przez cały czas. Ćwiczyłem zatem na skrzypcach bardzo dużo i to było miłe. Także akustyczny kontekst tego projektu jest interesujący. I nie używamy perkusji. Byliśmy chyba nawet lepsi, gdy powróciliśmy w tym składzie w 2004 roku i w ubiegłym także. Ponieważ za każdym razem znamy się już lepiej. Muzyka w nas rośnie i jest coraz bardziej ekscytująco. Czasem także się kłócimy. Wszyscy mamy silne osobowości. I gdy czasem nie zgadzamy się w kwestii muzycznej, tak jak w polityce, musimy decydować się na kompromis. To sprawia, że ciągle dojrzewasz i musisz być też czasem dyplomatą.


Kilka razy koncertowałeś w Polsce. Reakcje publiczności można usłyszec na albumie „In Concert” z 2004 roku, wydany również w formie DVD. Pamiętam twój występ z Johnem Scofieldem przed dwoma laty. To był utwór „Cantaloop Island”. Jak wspominasz Polske? Czy podobało Ci się tutaj?

- Tak. Ponieważ pierwszy raz przybyłem do tego kraju jeszcze w latach sześćdziesiątych. Był to jeden z pierwszych jazzowych festiwali w Warszawie. I zawsze się cieszę , gdy mogę tam wracać. Polska ma bogatą kulturę i tradycję , także jeśli chodzi o muzykę. Ponadto wyróźnia się jeśli chodzi o zabudowę, architekturę miast. Lubię także występy przed waszą publicznością.

Album „My spanish heart” ukazał się w 1976 roku. Współpracowałeś wówczas z Chickiem Coreą, prawda?

- Chick był przyjacielem Johna McLaughlina, a ja stałem się przyjacielem Chicka. Razem z Mahavishnu Orchestra przebywaliśmy wtedy w Nowym Jorku. Przyjeżdżał często na próby i poprosił mnie, bym uczestniczył w jego nagraniu, co było frajdą, bo nie wiedziałem tak naprawdę, co będziemy grać. Odkrywaliśmy muzykę dopiero w studiu i ponownie obcując z tak znakomitymi muzykami jak Chick ,czy Stanley, nie potrzebowaliśmy perkusji i nie mieliśmy problemów z utrzymaniem rytmu. Często prezentuje się te nagrania także młodym muzykom.


Zdecydowałeś się nagrać utwór „Desert Crossing” bez użycia przystawki elektrycznej. Pozostało akustyczne brzmienie skrzypiec, czyli czasem starasz się również w ten sposób rejestrować swoje nagrania?

- Muszę przyznać , że przez te wszystkie lata zawsze ćwiczę w domu stosując akustyczne brzmienie dla podstawowej formy. Nigdy nie tracę z tym kontaktu. Jednak nigdy nie odważyłem się nagrać swojego solowego utworu z brzmieniem akustycznym. Bałem się,że może przypominać muzyke klasyczną. To także wyzwanie, bowiem jest tylu wyśmienitych skrzypków grających klasykę. Co innego, gdy mogę ich zaskoczyć jazzem. Dlatego w końcu postanowiłem to zrobić na tym albumie, ale zdobycie się na taką odwagę zajęło mi wiele lat.
I stąd ten utwór nazywa się „Desert crossing”, gdyż jest dla mnie wyzwaniem podobnym do pokonania pustyni.

Gdy słucha się albumu w całości, jest to naprawdę miła odmiana.

Kolejnym doskonałym wątkiem tej muzycznej opowieści jest temat „Last Memories of Her” z pięknym brzmieniem fortepianu i skrzypiec. To bardzo nastrojowy utwór. Natomiast zdecydowanie przykuwa uwagę nagranie „On my Way To Bombay”. Czy to rzeczywiście twoja podróż do Bombayu , historia autobiograficzna?

- Tak. Graliśmy kilkukrotnie w Indiach. Za każdym razem , gdy o nich myślę , przywołują wspomnienia. Oczywiście sama kultura jest ciekawa, słyszałem o niej wcześniej, gdy mieszkałem we Francji. Potem spotkałem w Ameryce ludzi , którzy stamtąd pochodzili. To specyficzne jedzenie, filozofia, muzyka. Ale pojechać tam kilka razy i móc dowiedzieć się o tym kraju troche więcej było dla mnie bardzo interesujące. Nigdy w życiu nie widziałem takiego kontrastu między bogatymi i biednymi, jak w Indiach. Czasem ciężko to znieść, zwłaszcza w Bombayu. Panuje tam niewiarygodna bieda na ulicach. Zatem tak narodził się ten utwór, z obserwacji.

Czy planujesz w przyszłości współpracę z Eltonem Johnem , czy praca z nim przy albumie „Honky Chateau” to tylko epizod i pewien okres w życiu?

- Nie. W tym czasie po prostu nagrywał we Francji, usłyszał ,ze jestem w pobliżu i nagrywam z Zappą i zaprosił mnie do współpracy przy tym projekcie. Widzieliśmy się ponownie w Kalifornii , ale nie mamy wspólnych planów artystycznych na przyszłość. Po prostu wtedy przecięły się nasze ścieżki.

Oprócz tego że jesteś muzykiem , masz na pewno jakieś hobby. Czy mam rację? Może na przykład uprawiasz jakiś sport?

- Uwielbiam jeździć na rowerze, ale teraz nie mam na to zbyt wiele czasu, ćwiczę jogę, kocham pejzaże i naturalne krajobrazy. Niestety im bardziej zagłębiam się w muzyke, tym bardziej jestem zajęty. Sądzę, ze internet jest fantastycznym narzędziem, które pozwala mi żyć w róznych miejscach na świecie, czego nie mogłem robić wcześniej bowiem musiałem być blisko mojego managementu i muzyków. W dzisiejszych czasach łączymy się , kiedy mamy wspólną trasę, ale każdy z nas może mieszkać w rozmaitych zakątkach świata. Lecz cena , jaką płacę jest taka, że dużo czasu poświęcam na komunikowanie się z ludźmi każdego dnia i angażuję się w dodatkowe projekty, na przykład duet z niemieckim pianistą, czy ostatnio zostałem poproszony na wspólne nagranie z orkiestrą symfoniczną w czerwcu we Francji. Mam bardziej zróżnicowane projekty, niż wówczas, gdy byłem młodszy. Ale nie jestem już młody. Dopóki będę mógł grać, przyjmę wyzwanie , lecz nie wiem, ile jeszcze lat będę w formie. Koniec może być bliski, dlatego chcę wykorzystać czas. Nigdy tego nie wiesz. Mam teraz 65 lat, we wrześniu skończę 66. Energia, którą muszę poświęcić mojej muzyce może wkrótce się wyczerpać.

Wciąż jestes znakomity i grasz zachwycająco, mogę cię o tym zapewnić.

Bardzo dziekuję za wywiad i życzę wszystkiego dobrego.

-Również dziękuję.