home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks


Artykuł z magazynu Lizard, nr 6 z wiosny 2012, ukazał się w cyklu Magnus Opus i dotyczy płyt wymienionych w tytule.


Waka/ Jawaka & The Grand Wazoo

Choć w cyklu poświęconym wielkim płytom zawsze opisujemy jeden krążek, tym razem musimy się wyłamać z tego schematu. Kiedy chodzi o muzykę Franka Zappy, wszystkie schematy okazują się niedoskonałe...

Michał WILCZYŃSKI

Grudzień 1971 r. nie był dla Zappy i ówczesnego wcielenia Mothers of Invention najszczęśliwszym czasem. Najpierw podczas koncertu w Montreux, pożar strawił sprzęt zespołu (i przy okazji budynek kasyna, w którym grali), co uwiecznili Deep Purple w „Smoke on the Water". Sześć dni później Mothers pojawili się w londyńskim Rainbow Theatre, gdzie Frank został zepchnięty ze sceny do orkiestrowej fosy. Myśleli, że nie żyję - pisał później w swojej autobiografii. Spadłem na betonową podłogę fosy z wysokości ponad czterech i pół metra. Miałem rozwalona brodę, rozbitą z tyłu głowę, złamane żebro i skręconą nogę. Zappa spędził ponad miesiąc w szpitalu, kilka miesięcy jeździł na wózku inwalidzkim, a potem poruszał się o lasce.

Nie byłby jednak sobą, gdyby nie pracował przez ten czas. Przygotował koncertowy album Motners, „Just Another Band from LA." i rozpoczął pracę nad dwoma projektami scenicznymi. Choć określał je mianem musicali, to zarówno „Huchentoot", jak i „The Adrentures of Greggery Peccery" jawiły się raczej jako złożone, niecodzienne formy podlane typowym dla Zappy humorem.

Wiosną 1972 roku Frank skompletował nowy skład, zapraszając do współpracy m.in. muzyków znanych już z The Mothers (Ian Underwood, Ansley Dunbar), Alexa Dmochowskiego (wcześniejsze projekty Dunbara) i Tonyego Durana (prowadzącego równolegle zespół o zapożyczonej z płyty Franka nazwie - Ruben & The Jets). Rozbudował typowo rockowe instrumentarium o sekcję dętą i - odkładając musicale w kąt - przygotował nowy materiał. Kontynuował kierunek zapoczątkowany na „Hot Rats", choć w bardziej jazzowych barwach. Po szeregu prób muzycy weszli do Paramount Studios, rejestrując na przełomie kwietnia i maja materiał, który wypełnił nie jeden, a dwa wyśmienite albumy.

Waka/Jawaka

Pierwszy z nich, „Waka/Jawaka", ukazał się 5 lipca. To relatywnie krótka (36 minut) płyta, na której jednak jest mnóstwo bardzo konkretnego, gęstego grania - z otwierającym całość „Big Swifty'" na czele. Zappa proponuje tutaj swoje spojrzenie na fusion, odbiegające od wzorców gatunku, pełne nietypowych harmonii oraz asymetrycznych, intrygujących melodii (w aranżacjach słychać m.in. wpływy Dona Ellisa i elektrycznych projektów Milesa Davisa).

Wiodący temat „Big Swifty" pojawił się jeszcze w grudniu 1971 roku podczas nieszczęsnego występu w Londynie jako fragment gitarowej solówki w „King-Kongu" (można ją usłyszeć na „You Can't Do It On Stage Anymore Vol. 3"). Z tej ulotnej, delikatnej frazy Frank rozwinął bardzo rozbudowaną, brawurowo zaaranżowaną całość, prowadzoną przez krótkie, wzajemnie ścierające się ze sobą tematy. Większą część utworu wypełniają jednak partie solowe i liczne dialogi instrumentalne, w których udział biorą George Duke (na elektrycznym pianie), Sal Marąuez (nerwowo wędrująca po skalach chromatycznych trąbka), Zappa (gitara) oraz Tony Duran (gitara hawajska). W podobnej konwencji utrzymano utwór tytułowy, jeszcze pełniejszy pod względem brzmieniowym - poszczególne partie solowe (w tym wyśmienity popis Dona Prestona na Minimoogu) - przeplatają krótkie, aranżowane tematy, w których dominuje bogata sekcja dęta.

Zupełnie inne brzmienie przynoszą dwa pozostałe, znacznie krótsze utwory: bluesowe „Your Mouth" oraz „It Just Might Be a One-Shot Deal" z piękną partią gitary hawajskiej (gra „Sneaky" Pete Kleinow). Oba nie wnoszą jednak wiele nowego i stanowią jedynie miły dodatek do całości.

Koncerty po raz pierwszy

We wrześniu Zappa powrócił na scenę. Ten zespół w skrócie nazywa się Mothers of lnvention / Hot Rats / Grand Wazoo - ironizował w rozmowie z Steve'em Peacockiem. To dwudziestoosobowa, elektryczna orkiestra, która zagra tylko osiem koncertów. Jeśli okaże się, że to inauguracyjne tournee będzie czymkolwiek innym niż finansową katastrofą, Wazoo powróci na kolejne koncerty latem przyszłego roku. W innym wypadku występ w Bostonie będzie ostatnim koncertem tego projektu. To jedyna grupa w historii, która nie tylko wie od początku, że nie osiągnie sukcesu na miarę Beatlesów, ale jest także świadoma, że rozpadnie się 24 września w garderobie bostońskiej Musie Hall. (...) Wazoo nie może być porównywane do żadnego innego zespołu rockandrollowego. Składa się z dwudziestu muzyków, z których większość siedzi i czyta muzykę z nut ułożonych na pięknych, drewnianych stojakach. Żaden z nich nie śpiewa. Żaden z nich nie tańczy. Oni tylko grają muzykę. Spośród muzyków grających na „Waka/Jawaka" Zappa wziął Tonyego Durana, Sala Marąueza i Kenny'ego Shroyera, który zajął się poszukiwaniem reszty składu. W projekcie udział wziął także Ian Underwood i jego żona Ruth, mająca od 1973 roku stanowić jedną ze stałych części Mothers of Invention.

Choć Frank deklarował, że każdy koncert będzie - wzorem świata muzyki poważnej -złożony z tych samych utworów - granych w stałej kolejności, to już po pierwszym występie setlista zaczęła być modyfikowana. Wśród utworów prezentowanych przez Grand Wazoo znalazły się zarówno kompozycje z kwietniowych sesji w Paramount („Big Swifty", „For Calvin" czy „Grand Wazoo"), te, które wciąż czekały na swoją płytową premierę (okrojona wersja „The Adventures of Greggery Peccary", „Approximate" czy „Variant Processional March", później znany jako „Regyptian Strut"), a także kilka zaaranżowanych na nowo tematów z bogatego już wówczas dorobku Zappy („Chungas Revenge", „Dog Breath" połączone z głównym tematem „Uncle Meat").

Recenzje występów byty różne. Wiele osób było rozczarowanych, że Zappa odsunął się daleko od muzyki rockowej. Dla odmiany brytyjska prasa, uznająca przede wszystkim Zappę z „Hot Rats" rozpływała się nad nowymi propozycjami artysty. Mieliśmy możliwość spojrzenia na poważną stronę Zappy, szczególnie słyszalną w jego gitarowych pasażach - pisał „International Times". Tajemniczy recenzent (niejaki Mac.) dodawał, że nowy projekt brzmi jak rozpędzony ekspres. Ira Mayer w „Village Voice" odnotowała, że podczas nowojorskich koncertów fani domagali się głośno utworów typu „Hungry Freaks Daddy". Zamiast tego otrzymali.. mini-dramę z czytaniem komiksów na scenie. Wreszcie Don Heckman na łamach „New York Times" zauważył, że Zappie odpowiada rola Leonarda Bernsteina muzyki rockowej. Osiągnął najwyższy poziom w jednej muzycznej dyscyplinie i stara się połączyć go z elementami z innej. Rezultat jest często zaskakująco podobny do osiągnięć Bernsteina - ni to pies, ni wydra. Heckman dodawał, że Zappa może skomponować naprawdę mocną, ciekawą muzykę, jeśli tylko przejdzie mu fascynacja tymi przestarzałymi, klasycznymi instrumentami. Cztery dekady później saksofon czy trąbka wciąż nie wydają się przestarzałe...

Zappa był zadowolony z tej krótkiej trasy. Kilka miesięcy później stwierdził, że było warto. Kosztowało mnie to jedynie 2000 dolarów - tyle straciłem na tournee. Grupa takiej wielkości, zarabiająca taką ilość pieniędzy, wożąca tyle sprzętu, jadąca do Europy i wykonująca tylko kilka koncertów nie może zarobić pieniędzy. To po prostu nie działa. Jeśli masz czteroosobowy zespół, to możesz zarobić pieniądze. Wystarczy zagrać bluesa.

The Grand Wazoo

Na drugi album zarejestrowany podczas sesji w Paramount trzeba było poczekać aż do 27 listopada 1972 roku. Zbudowano go w sposób zbliżony do poprzednika - krótsze utwory z tekstem (lub wokalizą) skonfrontowano z dłuższymi, rozbudowanymi formami pełnymi partii solowych. Niezwykle okazale wypada utwór tytułowy, skomponowany z myślą o musicalu „Huchentoot" i zawierający w oryginale tekst. Na płytę trafiła jednak wersja instrumentalna, gdzie wszystkie wokalne tematy zostały podane przez sekcję dętą. Nie zabrakło oczywiście kilku partii solowych (gitara hawajska, puzon, trąbka, syntezator), splecionych z kolejnymi powrotami tematów. Warto też zwrócić uwagę na „Eat that Question", prowadzony przez majestatyczny temat gitary. Potem przychodzi czas na niezwykle soczyste partie solowe Georgea Duke'a na fortepianie elektrycznym i Zappy na gitarze, zmierzające ku kontrolowanemu chaosowi, z którego wyłania się powtórzenie tematu - tym razem zagranego ze wsparciem sekcji dętej. Właśnie takie drobne zabiegi aranżacyjne odróżniają około-jazzowego Zappę od jakiegokolwiek zespołu fusion z początku lat 70.

Oczywiście wielkość „The Grand Wazoo" nie kończy się na wymienionych utworach. „For Calvin (And His Next Two Hitch-Hikers)" to piosenka w psychodelicznej aurze, zupełnie odmienna od przerywników z „Waka/Jawaka". „Cletus Awreetus-Awrightus" to krótka forma, w której nie ma miejsca na improwizację i przypadek - jest za to kilka chwil na chóralne la, la, la w wykonaniu Duke'a, Zappy i Lauren Wood (podpisanej na płycie jako Chunky). I jeszcze „Blessed Relief" z delikatnym, ulotnym tematem, zamykający całość w sposób wręcz uroczy. Na okładce albumu wydrukowano absurdalny tekst Zappy opowiadający o Cleetusie Awreetusie-Awrightusie i jego wielkiej bitwie, sugerujący ilustracyjny charakter całego albumu. Przed jego przeczytaniem warto wiedzieć, że pierwotny tytuł „Eat that Question" brzmiał „Eat that Christian". Drobna zamiana słów potrafi nieco namieszać w znaczeniu całości...

Koncerty po raz drugi

Gdy ukazywało się „The Grand Wazoo", Zappa znowu był w trasie, jeszcze w październiku rozpoczął występy z nowym zespołem, zawierającym „zaledwie" dziesięciu muzyków. Podobnie jak Grand Wazoo nie otrzymał on oficjalnej, stałej nazwy, ale wśród fanów szybko rozpowszechniło się (poniekąd logiczne) określenie „Petit Wazoo". Ta formacja zadebiutowała 27 października w Montrealu i koncertowała -z przerwami - do połowy grudnia. Tym razem w repertuarze królowały utwory z przeszłości („America Drinks and Goes Home", „Duke of Prunes", „I'm Not Satisfied", „Son of Mr. Green Genes") oraz kilka premierowych kompozycji, wypromowanych potem przez kolejne składy Zappy („Cosmic Debris", „Montana"). Całkowicie pominięto nagrania z „Waka/ Jawaka" i „The Grand Wazoo" (z wyjątkiem jednorazowego wykonania tytułowego utworu z pierwszej z płyt).

Reakcje na występy znowu były zróżnicowane. „Washington Post" pisał, że kiedy Frank Zappa pojawił się na scenie, ktoś z widowni krzyknął: zagraj trochę rock'n'rolla! Odpowiedź Zappy była jasna: Nie będziemy grać dzisiaj żadnego rock'n'rolla. Ale to będzie na tyle bliskie rock'n'rolla, żebyś mógł to polubić. Recenzent pisał, że 90-minutowy koncert Zappy zawierał o wiele więcej inspiracji erą big-bandów, jazzem Milesa Davisa oraz nową muzyką Stockhausena, Ligetiego i Varese'ego niż Chucka Berry'ego, The Rolling Stones i Grateful Dead. Niektórzy podejrzewają, że chce być tranzystorowym Benny Goodmanem. To, co król swingu uczynił jazzowi, wprowadzając do składu Charłie'ego Christiana na gitarze elektrycznej, Zappa robi, prowadząc zespół używający zelektryfikowanych wiolonczel, fagotów i syntezatorów Mooga.

Projekt „Petit Wazoo" nie przetrwał jednak długo - na początku 1973 roku Frank rozpoczął kompletowanie nowego składu, z którym powracał do muzyki mocniej osadzonej w rockowej tradycji. Najbliższe big-bandowym eksperymentom z 1972 roku były koncerty zorganizowane trzy lata później, kiedy Zappa przygotował materiał dla skompletowanej jednorazowo orkiestry. Skorzystał wtedy z kilku pomysłów wykorzystywanych na koncertach w 1972 roku. Większość czasu poświęcał jednak na kolejne rockowe albumy, przeplatane coraz odważniejszym flirtem ze światem muzyki poważnej. I choć chciałoby się napisać, że to już temat na zupełnie inną opowieść - gwarantuję, że na jednej z pewnością by się nie skończyło. W wypadku Zappy sprawdzone porzekadła też okazują się mocno niedoskonałe...