home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks


Wywiad ze Stefanem Kisielewskim, Jazz Rytm i Piosenka, grudzień 1972, czyli "jazz jeszcze nie umarł, ale jakoś dziwnie pachnie."


SPOTKANIE ZE STEFANEM KISIELEWSKIM

Czy umiera epoka jazzu?

—           Czy nadal uważa pan, tak jak w artykule drukowanym w 1956 r. w „Jazzie", że „jazz jest najbardziej zdumiewającym zjawiskiem w całej historii muzyki światowej"?

—           Oczywiście. Nota bene wówczas powołałem się na słowa Leopolda Stokowskiego na ten temat. Rozwój muzyki współczesnej całkowicie potwierdził taką ocenę. Jazz pierwszy zrezygnował z tradycyjnego zapisu nutowego, wprowadził intuicyjność, improwizację, nowe zestawy instrumentów, pomieszał gatunki. Inne dziedziny muzyki przejęły to wszystko z jazzu. O tej jego pionierskiej roli już się nawet dziś często nie pamięta.

—           Czy nadal uważa pan, że „epoka jazzu jeszcze nie umiera?"

—           Dzisiaj myślę, że już umiera. Dzieje się tak z kilku powodów. Przede wszystkim jazz sam sobie zawinił, gdyż zapragnął w pewnym momencie być wszystkim: nawet mieć swój modernizm, awangardę. Odszedł od swej istoty — ludowego i swobodnie rozrywkowego charakteru. Skończyła się era jazzu szlachetnego z tonalną harmoniką, jazzu spontanicznego. Tą łatwą, już za łatwą, żywiołową muzyką stał się, w miejsce jazzu, beat i jego odmiany. Współczesny jazz, tracąc swój charakter masowy, zamknął się w małych klubach, a muzykę jazzową do tańca zastąpił beat. Jedną z przyczyn umierania jazzu stał się jego snobizm na rozwijanie się. A jazz wcale nie musi się rozwijać! Muzyka góralska, na przykład, wcale się nie rozwija, ma swoje stałe, hieratyczne formy, swoje chorusy, ustalone wariacje i nic jej to nie szkodzi. Przeciwnie, utrwala ją ponad wiekami. Jazz to folklor eksterytorialny, jak twierdził Bartok, i folklorem powinien zostać!

—           A co pan myśli o jazzie dnia dzisiejszego?

—           Mówiąc prawdę, to przestałem go śledzić w takim stopniu, jak czyniłem to w okresie, gdy musiał u nas kryć się w katakumbach, gdy w ciężkim okresie duchowym był manifestacją swobody. Interesował mnie wówczas także, jako zjawisko socjalne. Ale i dziś, gdy słyszę dobrą, spontaniczną improwizację, to się wzruszam. Kto wie, czy dziś nie bardziej interesują mnie losy najwybitniejszych polskich jazzmenów, którzy właściwie przestali już uprawiać jazz: Dudusia Matuszkiewicza, Andrzeja Trzaskowskiego, Andrzeja Kurylewicza, Witolda Sobocińskiego. Oczywiście, jest cała plejada młodych jazzmenów, których — niestety — słabiej znam. Wysoko cenię takie indywidualności, jak np. Nahorny czy Stańko. Ale tak naprawdę, to jestem chyba staromodny, gdyż lubiłem: Melomanów, Matuszkiewicza, wczesnego Komedę. Lubiłem ich jazz, gdy był „konserwatywny", bliższy tradycji.

—           Czy, zdaniem pana, jazz przygotowuje masowego słuchacza do współczesnej muzyki?

—           Kiedyś tak twierdziłem. Ale już wówczas Jan Kamyczek z „Przekroju" mówił, że jazz przygotowuje tylko do słuchania jazzu i chyba miał rację. Jest to zagadnienie, zwłaszcza dziś, znacznie szersze i bardziej złożone. Żyjemy przecież w epoce szalenie rozwiniętych środków masowego przekazu: radia, telewizji, płyt, kaset w olbrzymich nakładach. Muzyka wdziera się do mieszkań prywatnych w skali, jaka nie śniła się najgorliwszym popularyzatorom. Muzyka poważna prze-stała być monopolem garstki bywalców koncertów filharmonicznych. Frekwencja w tych zmurszałych instytucjach nie ma nic wspólnego z rzeczywistym stanem zainteresowań muzyką poważną. Do jej popularyzacji — siłą rzeczy — przyczyniła się i muzyka rozrywkowa tysiącami parafraz i przeróbek. Muzyka tonalna stała się już dawno własnością mas.

—           Jaką rolą będzie odgrywać muzyka rozrywkowa, jazz, gdy ludzie będą mieli coraz więcej wolnego czasu?

—           Tam gdzie już mają więcej wolnego czasu —istnieje szlachetny snobizm na muzykę. I to nie tylko rozrywkową. Muzyka poważna „idzie" tam niewiele gorzej, niż rozrywkowa.  Setki  tysięcy płyt i   nagrań, dokonywanych na własnych magnetofonach przez miliony miłośników muzyki — to ważny fakt w sprawie, o której mówimy. Jestem przekonany, że w ogóle muzyka w istotny ilościowo sposób, wypełniać będzie ten coraz obszerniejszy zakres wolnego czasu człowieka współczesnego.

—           Co, jako juror I festiwalu opolskiego, myśli pan obecnie o tej imprezie i w ogóle o polskiej piosence i polskich piosenkarzach?

—           Z tego pierwszego festiwalu mam cudowne wspomnienia. Była to rzeczywiście wspaniała impreza pod względem artystycznym i jako festyn ludowy, jako niespodzianka, wręcz improwizacja. Gdy z biegiem lat owładnęła festiwalem machina organizacyjna — stracił on wiele ze swego uroku i w pewnym stopniu zmienił swój sens. Ale jeszcze obecnie cenię go znacznie wyżej od festiwalu sopockiego, którego profil artystyczny jest dla mnie niezrozumiały.

Rozmawiał:  Aleksander  Rowiński