home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks


Moje Epitafium - wywiad dla Humo z grudnia 1993, jak i inne wywiady dla tego pisma zawiera same konkrety. Epitafium, podsumowanie, te słowa dobrze oddają jego treść. (tłumaczył: andrzej rogowski)

"Moje epitafium: Cokolwiek, kiedykolwiek, gdziekolwiek, bez żadnego uzasadnienia."

Humo, grudzień 1993

Zappa zdefiniował dziennikarzy muzycznych następująco: "Ludzie nie umiejący pisać przeprowadzający wywiady z ludźmi nie umiejącymi mówić aby pisać artykuły dla ludzi nie umiejących czytać." I kiedy spytano go czym zająłby się gdyby był już stary i artystycznie wypalony, to odpowiedział bez wahania: "Zostanę dziennikarzem."

HUMO: Czy twoje płyty są wciąż cenzurowane w Ameryce? Tu w Europie słyszymy od czasu do czasu pogłoski o Moralnej Większości, lecz nie bierzemy ich poważnie.

FZ: A powinniście. Moralna Większość to zbieranina skorumpowanych polityków, średniowiecznych krzyżowców, podejrzanych biznesmenów i hipnotycznych księży. Nie jest to jak dotąd wielki problem. Tylko że Moralna Większość nie jest ani moralna ani nie jest też większością. Stanowią małą lecz wpływową grupę ludzi lubiących palić książki, którzy chowając się pod sztandarami Czystych Wartości próbują wyrugować jakąkolwiek formę alternatywnej, anarchistycznej czy postępowej kultury młodzieżowej. Jednak ci fanatycy robią dużo hałasu. Działają wedle starej zasady, że głośno skrzypiące koło ktoś w końcu naoliwi, jeśli jest się dostatecznie głośnym, to w końcu zwraca się na siebie uwagę.
Jeśli to, co mówią ci prorocy cenzury jest prawdą, czyli że słuchanie pewnych rodzajów muzyki może prowadzić do niewłaściwych zachowań, albo nawet do samobójstwa, to w takim razie każdy kto kiedykolwiek słuchał Beatlesów i Beach Boys jest potencjalnym zabójcą, po
nieważ były to ulubione zespoły masowego mordercy Charles'a Mansona.
A jaki rodzaj piosenki jest najbardziej powszechny? Piosenki o miłości. Gdyby więc piosenki miały jakikolwiek wpływ na nasze zachowanie, to wszyscy byśmy się kochali. Niepokojącą rzeczą jest to, że fanatycy ci otrzymują duże poparcie finansowe od konserwatywnych biznesmenów. System komercyjnej telewizji w Stanach jest taki, że ludziom dysponującym dużą gotówką bardzo łatwo jest uzyskać dostęp do programów i następnie wpływać na stacje by
odmawiały dostępu innym. Taki tele-ewangielista jak Jim Baker, ten który potępiał niemoralność wśród społeczeństwa, i którego potem przyłapano z prostytutką, może po prostu pójść do jakiejś stacji telewizyjnej i powiedzieć: "Chcę wynająć godzinę czasu na antenie tygodniowo." Za 25 tysięcy za godzinę stacja będzie na pewno zainteresowana. Podpisują kontrakt. A wtedy Baker mówi: Ten i ten z waszych programów prezentuje ludzi, artystów, pisarzy, którzy mi się nie podobają. Albo przestaniecie udostępniać im czas antenowy, albo ja wycofuję swoje pieniądze." Stacja telewizyjna jest postawiona pod ścianą, i tak oto następnej osobie głos publiczny zostaje odebrany.
A jeśli presja Bakera jest niewystarczająca, to wciąga on w to reklamo-dawców: głowa koncernu produkującego proszki do prania to zazwyczaj jakiś prawicowy konserwatysta, dzwoni więc taki facet do telewizji i grozi wycofaniem swych reklam. To przeważnie wystarcza by stacja zmieniła zdanie. Nie jest przypadkiem to, że taka zramolała marionetka jak Ronald Reaga
n zdołała zostać prezydentem z pomocą tych religijnych maniaków. Jimmiego Swaggarta także przyłapano z prostytutką. A Roberts twierdził, że widział trzymetrowej wysokości Jezusa, który nakazał mu zebrać pięć milionów dolarów w ciągu roku, bo w przeciwnym wypadku Ameryka przestanie istnieć... Takimi to ludźmi otoczony był Reagan. Moją opinię o tych osobistych przyjaciołach Boga możesz znaleźć w piosence :"Jezus myśli, że jesteś palantem", którą zadedykowałem tele-ewangielistom.
Co więcej, miałem nadzieję, że inni artyści, tacy jak Prince, przyłączą się do mojej krytyki PMRC. Ale nie, nawet on bał się, że jego muzyka zniknie z anteny.
I ten z artystów, którego teksty oraz postać są najbardziej atakowane! Lecz z drugiej strony jest jeszcze siła pieniądza: jeśli badania marketingowe pokazują, że "Cop Killer" zarobi dużo pieniędzy, to "Cop Killer" będzie wydany. Tak właśnie jest.
(...)
Cenzura jest zawsze złem. Myślenie, że można zwalczać przemoc seksualną czy jakąś inną poprzez zabranianie słuchania muzyki jest równie głupie jak zwalczanie łupieżu poprzez ścięcie głowy. W każdym bądź razie nie można zapominać, że cenzura jest tylko poc
zątkiem. Najpierw nałożono kajdany na hardrock. Potem na zwykły rock. Potem przyjdzie kolej na literaturę. Potem czarna lista się wydłuża, i wprowadza się obowiązkowe czytanie Biblii w szkołach ... i zanim się połapiemy ziemia znowu jest płaska, "czarownice" pali się na stosach i pojawia się wśród nas nowy Hitler. Po tych wszystkich latach moja rodzicielska rada jest wciąż ta sama: trzymaj swoje dzieci tak daleko jak tylko można od kościoła.

HUMO: Mówiąc o dzieciach: dlaczego nadałeś im takie dziwne imiona? Dweezil. Ahmet, Diva, Moon Unit ...?

FZ: Są to oryginalne imiona. To wszystko. A tak poza tym, jeśli coś może im tu sprawiać kłopoty, to raczej ich nazwisko niż imiona. Ono czasem jest problemem.

HUMO: Dlaczego?

FZ: Z powodu mojej reputacji, cóż jeszcze. W oczach porządnych obywateli wciąż jestem dziwakiem podkopującym autorytet władzy. I mają rację! Takim przynajmniej staram się być w mojej sztuce. Ale w rzeczywistości jestem o wiele bardziej normalny niż większość ludzi mogłaby pomyśleć. Nigdy nie byłem jednym z tych pokręconych hipisów. W 1967, "We're Only In It For The Money" była jedyną płytą, która ośmieliła się krytycznie komentować ruch hipisowski i flower power. My - mój zespół The Mothers of Invention - nie byliśmy hipisami, byliśmy dziwakami. Różnica była taka, że hipisi, podobnie jak porządni obywatele, nosili pewien rodzaj uniformu, używali zuniformalizowanego języka i kierowali się mentalnością stada. Podczas gdy dziwacy byli bardziej indywidualistyczni. Tak czy owak, burżuje uważali nas za na tyle dziwacznych by traktować nas jak wyrzutków. Doszło do tego, że podczas nagrywania naszej pierwszej płyty dla MGM wyrzucono nas z kafeterii z powodu naszych długich włosów. Byliśmy też śledzeni przez agentów FBI albo CIA, którzy filmowali nas dyskretnie i także przeszukiwali mój dom.
Pamiętam jak krytykowano mnie za to co powiedziałem na koncercie w Londynie, że studenci powinni się lepiej skoncentrować na swoich studiach zamiast marnować czas na marsze protestacyjne i strajki. Z tej prostej przyczyny, że gdy już zostaną prawnikami, lekarzami czy politykami, to będą mogli o wiele skuteczniej walczyć o zmiany w świecie, niż teraz, będą długowłosymi studentami. Dwadzieścia lat później nadal myślę niekonwencjonalnie, lecz mimo to pracuję o wiele bardziej wydajnie niż wielu z tych biznesmenów w ich garniturach z salonów mody: nie biorę narkotyków, wstaję wcześnie rano, jestem pracoholikiem, prowadzę własną firmę... Fałszywym założeniem jest, że trzeba wieść szalone życie by mieć oryginalne pomysły, i także fałszywe jest założenie, że prowadzenie normalnego życia oznacza dostosowanie się do większości. Na przykład, ja jestem człowiekiem rodzinnym. Kocham moją rodzinę. Moja rodzina to podstawa mojego społeczeństwa. Mówi się, że jestem dziwakiem, odmieńcem, ale żadne z moich dzieci nie bierze narkotyków, żadne nie było aresztowane przez policję, żadne nie popełniało samobójstwa, czy uciekało z domu... Ilu z tych konserwatywnych rodziców może tak powiedzieć o swoich dzieciach?

HUMO: Sprzeciwiasz się także wpływowi polityki na media i vice versa, wpływowi, który według ciebie, ma bezpośredni wpływ na muzykę popularną. Czy stan Amerykańskich mediów jest aż tak zły?

FZ: To bardzo proste. Słyszymy muzykę w radiu i oglądamy w telewizji. Zawsze jest jakiś właściciel stacji. Na przykład General Electric jest właścicielem NBS. General Electric jest również producentem broni. Czy sądzisz, że NBC będzie kiedykolwiek krytykowana za interesy z bronią? Albo że kiedykolwiek usłyszysz w ich rozgłośniach radiowych piosenki, których słowa będą zawierały jakieś negatywne sądy w tej sprawie? Zapomnij o tym. Popatrzmy na CCN, której właścicielem jest prawicowy magnat Ted Turner prezentujący Hitlera jako lewicującego hipisa. Albo Capitol Cities, właścicieli ABC, ale także The Word, domu wydawniczego prowadzącego nietolerancyjne, sekciarskie religijne nauczanie. Albo CBS, kontrolowane przez Lawrence'a Tish'a, który w czasie trwania kampanii wyborczej zapewnił pro Reaganowskim kaznodziejom takim jak Pat Robertson czas antenowy w talk showach aby mogli chwalić Reagana. Dla takich facetów, kultura młodzieżowa, a z pewnością bluźniercza muzyka pop, są dziełem szatana. I teraz gdy komunizm przestał być wrogiem czy straszakiem, koncentrują swoją energię na innych pseudo zagrożeniach mających odwracać uwagę ludzi od prawdziwych społeczno-ekonomicznych problemów.

HUMO: W 1988 mówiło się przez jakiś czas o twoim kandydowaniu na prezydenta. Dlaczego nie doszło do tego?

FZ: Zachorowałem. Inne sprawy mnie zajęły. Jednak to wielka szkoda, bo tysiące wolontariuszy zaoferowało swą pomoc. Było to jednak bardziej oświadczenie niż plan. Już wcześniej Amerykańska Partia Wolności zaproponowała by umieścić mnie na ich liście, lecz odmówiłem gdyż popierają oni swobodny dostęp do broni co jest szaleństwem. Jest to gwóźdź do trumny dla Ameryki. 30 tysięcy ludzi ginie rocznie w Stanach zabitych kulami innych obywateli. W Anglii, która nie ma takiego prawa, jest to tylko 20 osób. Lecz jeśli uważasz, że może być jakiś związek między tymi 30 tysiącami a prawem do noszenia broni, i 20 zabitymi a brakiem takiego prawa, to jesteś, według niektórych, wrednym komuchem (śmieje się). To absurd.
Cały czas staram się jak mogę by przebudzić młodych ludzi. W Ameryce nie ma obowiązku głosowania, i jedynym powodem dla którego taki idiota jak Reagan zdobywa władzę jest ten, że większość młodych ludzi nie głosuje. Tak więc podczas tournee "Broadway The Hardway" stawiałem punkty do głosowania w każdej
sali koncertowej, tak że młodzi ludzie mogli zarejestrować swój głos. Oczywiście trudno ich zmotywować do wzięcia udziału w wyborach jeśli ma się wybór pomiędzy dwoma półgłówkami. Wybór w amerykańskim dwupartyjnym systemie to wybieranie Tweedledee albo Tweedledum, wybierasz albo smar z ucha albo z palucha, nie chciałbyś tak naprawdę by którykolwiek z nich rządził twoim krajem. A jeśli chodzi o moje aspiracje polityczne, to nie widzę siebie jako członka jakiejś partii. Nadal popieram Groucho Marxa, który powiedział: "Nie chcę być członkiem klubu, który miałby takiego członka jak ja."

HUMO: Byłeś kiedyś korespondentem finansowym dla Amerykańskiej stacji telewizyjnej FNN (Finacial News Network) w Związku Radzieckim. Zappa jako doradca finasowy??

FZ: Było dla nich dobrym rozwiązaniem mieć dobrze znaną, kontrowersyjna osobę jako korespondenta, a ja w końcu miałem jakieś forum i trochę władzy. Nie w tym rzecz, że jestem głodny władzy, ale trudno komuś takiemu jak ja zdobyć miejsce na antenie, a miałem to robiąc "Frank Zappa's Wild Wild East." Kraje wschodniej Europy bardzo mnie fascynowały, lecz po upadku Gorbaczowa zaczął się chaos i robienie czegokolwiek sensownego okazało się niemożliwe. Wszystko tam ewoluowało bardzo szybko. Miałem spotkanie z Michałem Kocabem, pianistą w grupie rockowej, który także komponował muzykę klasyczną. Chciał wykonać kilka moich kompozycji w Pradze i poprosił czy mógłbym przysłać mu partytury. Tak też zrobiłem. Kiedy dojechali do Pragi okazało się, że Kocab został wybrany do parlamentu! Niedługo potem spotkałem samego Vaclava Havla, zrobił ze mnie przedstawiciela kulturalnego swojego kraju w Ameryce. Lecz także i to było sabotowane: Havel znalazł się pod presją ze strony administracji Bush'a i powiedziano mu bez ogródek: Albo zdystansujesz się od tego Zappy, albo my zbojkotujemy Czechosłowację...

HUMO: Czy sądzisz, że stan przemysłu muzycznego poprawił się na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat?

FZ: Nie. Większość rozgłośni radiowych, zwłaszcza tych amerykańskich, jest bardzo reakcyjna, słyszy się tam prawie wyłącznie ostatnie przeboje oraz evergreeny. A także nowe hity będące coverami starych. Lecz wszystko inne ponad tym albo pomiędzy już nie łapie się na antenę. Wszystko zrobiło się zbyt wielkie, a ten rodzaj wielkości jest zawsze szkodliwy. Sklepy z płytami stały się supermarketami, gdzie znaleźć można tylko więcej tego samego. Sklepy z jakąś wizją i różnorodną ofertą stały się rzadkością. Dziś jest prawie niemożliwe posłuchanie płyt przed ich zakupem, zapakowane są w plastikowe zafoliowane pudełka.
Także i sama muzyka się nie poprawiła. Kiedy ja zaczynałem, nie było żadnych reguł: robiliśmy to, co brzmiało dobrze, co działało. Teraz jest wiele zasad, a także wiele zostało zatracone. Bardzo mi się
to nie podoba i żałuję, że improwizacja w muzyce popularnej, nawet podczas koncertów na żywo, niemal całkowicie zanikła. "Na żywo" stało się przez to terminem względnym: podczas niektórych koncertów połowa z tego co się słyszy jest nagrana na taśmie, albo jest wygrywana z sekwencerów lub wprost z playbacku. Obecne koncerty nie stanowią dla wykonawców żadnego ryzyka, i dlatego też tak bardzo przeciwstawiają się oni tej formie w jakiej ja dawałem swoje koncerty. Zasadniczą ich częścią była improwizacja a gdy zdarzyło się coś nieprzewidzianego, zostawało to po prostu włączane do przedstawienia. Na jednej z płyt YCDIOSA jest wersja "St-Alphonzo's Pancake Breakfast" oraz "Don't Eat the Yellow Snow." Był tam na widowni jakiś pijany facet, który cały czas wrzeszczał; nakłoniliśmy go by wyrecytował na scenie całkiem zwariowany wiersz, co zrobił z ochotą. Ale wszystko to perfekcyjnie pasowało do śpiewanej przez nas piosenki i rezultat był fantastyczny.
Prawie nie słucham już rocka. Słucham Bułgarskiej, Indyjskiej i Arabskiej muzyki ludowej, klasycznej muzyki renesansowej, wczesnego rhythm&bluesa, współczesnych kompozytorów z początku 20 wieku: Bartoka, Strawińskiego... Być może dlatego moja muzyka rockowa brzmi tak oryginalnie. Jeśli słucha się tylko innych rockowych muzyków, to w końcu nasz
a muzyka zaczyna być sterylna i zapożyczona.
Bardzo ograniczająca jest ta mentalność szufladkowania. W Ameryce stacje radiowe zawsze chcą wiedzieć czy gram rock, jazz, avant-garde czy coś tam. Ja robię muzykę Zappy, która zahacza o każdą z tych sfer, a także klasyczną, na orkiestrę, tak jak w The Grand Wazoo.
I jeszcze jedna z tych rzeczy: wszystko co wychodzi poza normę już na samym starcie skazane jest na porażkę. Jestem przekonany, że ktoś taki jak ja nie zdołałby zdobyć kontraktu nagraniowego gdybym miał dziś debiutować. Firmy nagraniowe są zarządzane przez umysłowych pigmejów gotowych oferować kontrakty coraz to nowym Milli Vanilli, ponieważ oni od razu przynoszą zysk, a jeśli po jakimś czasie okazuje się, że Milli Vanilli nie potrafią śpiewać, to jest całe mnóstwo nowych Milli Vanilli czekających za rogiem.
Teledyski! Kolejne z tych nieszczęść: teledyski i potęga MTV ... straszne! Budżet na teledysk jest dzisiaj niejednokrotnie wyższy niż budżet na nagranie całej płyty! A MTV ma monopolistyczną pozycję i jest w stanie tworzyć i niszczyć kariery. Ja zrobiłem tylko jeden wideoklip, dla piosenki "Yua Are What You Is". M
ało gdzie go pokazywano... Może miało to jakiś związek z tym, że pojawiał się w nim Reagan ... na krześle elektrycznym (śmieje się). Inną rzeczą, która mnie uderza jest to, że telewizyjne programy o popie prowadzone są przez starszych ludzi, albo przez wynajętych modeli lub modelki, którzy gówno wiedzą o muzyce. Jest dla mnie tajemnica dlaczego młodzi ludzie to akceptują. Mój syn Dweezil przez jakiś czas prowadził taki program, lecz on przynajmniej jest młody oraz zna osobiście grupy, które prezentuje, jest też dobrym muzykiem i może improwizować jeśli trzeba; wie o czym mówi, i kiedy opowiada anegdotę, to jest to prawdziwa anegdota, nie jakaś napisana przez kogoś innego.

HUMO: Dlaczego przez lata twoje płyty były dostępne tylko przez zamówienia pocztowe?

FZ: Ponieważ przez lata byłem oszukiwany przez mojego menadżera oraz przez Warner Brother Studio. Założyłem im sprawę w 1983 i od tamtej pory jestem właścicielem moich piosenek - tego nie może powiedziećo sobie Paul McCartney - i wystartowałem z własną firmą Barkin Pumpkin Records, oraz Munchkin Music, moim własnym studiem. Trochę to trwało nim znalazłem godnego zaufania dystrybutora. Był to również sposób by chociaż w jakimś zakresie kontrolować bootlegi. W pierwszych dwudziestu latach mojej kariery nagrałem czterdzieści płyt, lecz w tym samym czasie pojawiło się na rynku coś koło pięciuset bootlegów Zappy!
(...)

HUMO: A co sądzisz o samplingu?

FZ: Sampling jest, moim zdaniem, tym samym co kradzież... Jest to przetwarzanie. Tak samo jak rap. Na Boga, rap nie jest niczym nowym. Na "Freak Out!" (1966) był rapowy utwór: "Return of the son of monster magnet". I to przetwarzanie dawnych trendów... Wielu ludzi myśli, że taki świr na punkcie lat 60 jak ja pochwala obecne przetwarzanie piosenek z tamtych lat, a jest wręcz przeciwnie. Uważam, że jest to dowód anemii. Sponsorzy: następna zgubna moda! Nigdy nie pozwalałem by moja muzyka była używana do sprzedaży coli, piwa czy papierosów. Lecz dla dzisiejszych grup popowych taki oportunizm na koszt swoich fanów nie jest żadnym problemem. Tylko niewielu, między innymi Bob Dylan, odmawiają sposoringu ze względu na zasady.

HUMO: Czasami robisz sarkastyczne odniesienia do "Debbie". Kim ona jest?

FZ: Debbie jest fikcyjnym ucieleśnieniem twojego przeciętnego słuchacza. Dzisiejsza muzyka pop robiona jest dla Debbie. Debbie ma 14 lat. Jej rodzice to patrioci i Debbie została wychowana w atmosferze takich właśnie wartości. Debbie nie jest zbyt inteligentna. Marzy o całowaniu się z Amerykańskim Chłopcem. Uwielbia piosenki o słodkich chłopcach i dziewczynach spędzających czas na tańczeniu i chodzeniu na plażę. Piosenki te muszą być śpiewane przez skocznych, ładnych chłopaków, którzy wyglądają jak Mr Ken. Tak właśnie myśli Debbie i wszystkie przeboje współbrzmią z jej smakiem.

HUMO: Jeśli Debbie to Debbie, to kim ty jesteś?

FZ: Ja jestem tym brzydkim dzieciakiem z sąsiedztwa, który chce zaglądać pod sukienki, czyta książki po nocach i gra swoją muzykę w garażu. Jestem też tym małym chłopcem z bajki o nagim cesarzu, który jako jedyny widzi i krzyczy, że cesarz jest nagi.

HUMO: Trudno znaleźć dziś humor w muzyce pop.

FZ: Z pewnością. Postawa macho i humor nie pasują do siebie. A przeboje traktowane są jak świętość, więc satyra staje się tabu. Pamiętam jak moje parodie Boba Dylana, Peter'a Frampton'a i Beatlesów widziane były jako bluźnierstwo. Uwielbiam Dylana i Beatlesów, ale trzeba umieć śmiać się ze wszystkiego. "Jestem w tobie" Framptona zmieniliśmy na "Bywałem w tobie". Słowa "Lucy na niebie w diamentach" zmieniłem na "wyobraź sobie siebie na kurwie w Nowym Orleanie...", i tak dalej. Beatlesi potrafili się z tego śmiać, ale ich fani już nie. Niektóre utwory, takie jak Bolero stały się tak nadętymi sloganami, że lubię przekłuwać je swoimi niezwykłymi wersjami. Podobnie potraktowałem "Schody do nieba" Led Zeppelin, kolejny z tych pomników.

HUMO: Jesteś także mistrzem gry na gitarze, i jedynym gitarzystą, który wydał potrójny album złożony z solówek gitarowych: "Zamknij się i graj na swojej gitarze".

FZ: Przestałem grać na gitarze kilka lat temu. Teraz koncentruję się bardziej na Synklavierze. Myślę, że w większości gitarzyści grają w taki sam sposób jak mówią, a ponieważ ja mam raczej niski, impulsywny barytonowy głos, to bardziej niż inni mam skłonność do używania niższych strun na mojej gitarze. Nie należę do tych co przez długi czas wygrywają bardzo wysokie nuty.
O moich solówkach mogę powiedzieć tylko to, że zawsze wymyślałem je na poczekaniu. Myślę, że mam talent do melodyjnych improwizacji. Dzisiejsi 'wielcy' gitarzyści grają solówki, które mogą być nuta po nucie przećwiczone na próbach i są potem wiernie odtwarzane w czasie koncertu. Nawet jeśli brzmi to jak wersja studyjna, to nikogo już to nie razi. Ja uważam, że jest to nudne. Jeśli jednak gra jest bardzo szybka, to każdy myśli, że tak jest dobrze. I uważam, że to również jest nudne.

HUMO: Skąd ta obsesja Synklawierem? Co to za radość z robienia całej muzyki samemu mając za partnera jedynie maszynę?

FZ: Radość bierze się tu z efektywności. W końcu nie jestem zależny od zmiennych nastrojów, technicznych ograniczeń czy przerośniętego mniemania o sobie innych muzyków. Przez lata pracowałem z muzykami, którzy starali się o przyjęcie do grupy najpierw dlatego, że było to dla nich muzycznym wyzwaniem, potem, kiedy stawiałem wysokie wymagania, zaczynali narzekać, a następnie, kiedy ich zwolniłem, przechwalali się tym, że grali z The Mothers. To dlatego zrobiłem "Francesco Zappa", "Mothers of Prevention" oraz "Jazz From Hell" na Synklawierze, co bardzo mi się spodobało.
Drugi powód to taki, że w ostatnich latach zajmuję się głównie muzyką nie popową, a Synklawier idealnie nadaje się do tworzenia ścieżek dźwiękowych, muzyki baletowej, chóralnej i klasycznej. Doszedłem też powoli do wniosku, że nie ma większego znaczenia jacy muzycy grają moją muzykę. Tak na marginesie, to udowodniłem to
w "You Can't Do It On Stage Anymore": niektóre wersje na żywo z tych albumów są spójnymi połączeniami nagrań z różnych koncertów, z różnych tournee i zagranych z różnymi muzykami. I słuchając ich nie powiesz, że jesteś w stanie wyłapać jakieś różnice.
Zmęczył mnie też już trochę rock&roll, po dwudziestu pięciu latach wiem, że potrafię napisać melodię, którą będziesz mógł sobie nucić, i do tego słowa, które będą zabawne. Nie chcę się powtarzać. Nadszedł czas na coś innego.

HUMO: Wydałeś ponad 60 płyt. Które pięć powinien zdobyć 'laik' by nabyć jakieś wyobrażenie kim naprawdę jest Zappa?

FZ: "Freak Out!", ponieważ była to pierwsza płyta i ponieważ tak bardzo różniła się od innych nagrań w tamtym czasie. "Joe's Garage", z powodu piosenek i faktu, że przewidziałem pojawienie się cenzury dziesięć lat nim naprawdę zaistniała. "Thingfish", z uwagi na piosenki. "Broadway the hardway", gdyż jest to bardzo polityczna płyta, co jednak nie miało wpływu na jakość muzyki, i również dlatego gdyż uważam, że płyta ta daje wierny obraz lat osiemdziesiątych. Oraz kilka płyt z nagraniami na żywo" "Roxy & Elsewhere" i "Zappa In New York", jako świadectwa swoich czasów, a także jako pamięć tego do czego zdolna była moja grupa w tamtych dniach.

HUMO: Czy są jakieś projekty, których nie mogłeś a chciałbyś doprowadzić do końca.

FZ: Tak, tysiąc i jeden.
Utwory klasyczne, rock opera, tournee multimedialne, projekt z wykorzystaniem telewizji trójwymiarowej, moja własna stacja telewizyjna, mnóstwo własnych nagrań, projekty z Dweezilem i Ahmetem, jubileuszowy show z okazji moich pięćdziesiątych urodzin: "Zappa's Universe"...
Chciałbym także być producentem płyty Dylana. Kilka lat temu pojawił się nagle w moich drzwiach. Od lat go nie widziałem, nie byłem więc pewny czy ten zakurzony wagabunda, którego widzę na monitorze wideo, to rzeczywiście Dylan. Posłałem więc inżyniera dźwięku, który był bardziej na bieżąco z muzyką pop niż ja, by sprawdził czy to Dylan. I to był on. Zagrał parę piosenek na fortepianie, ja rzuciłem parę sugestii, ale nie przerodziło się to w nic większego. Szkoda, b
o Bob jest jedną z niewielu osób, które nazwałbym pokrewną mi duszą.

HUMO: Czy masz jakieś motto?

FZ: Moim mottem i epitafium zarazem jest: "Cokolwiek, kiedykolwiek, gdziekolwiek, bez żadnego uzasadnienia".