home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks

Nie znalazłem żadnych recenzji w prasie polskiej (czy są jakieś?), więc jedna ze Stanów. Wszelkie recenzje chętnie zamieszczę na stronie.

Link do występu w Wilnie z 4.06, http://tv.delfi.lt/video/z6fdIFGL/ , jest tam tez rodzina Zappy przed pomnikiem, jak widać na Litwie cywilizacja ma się lepiej niż u nas.

 

Zappa Plays Zappa @ Thebarton Theatre, Adelaide (17/04/09)

Gig Reviews by Boycebre, 23rd April, 2009

 

Przed koncertem męczyły mnie wątpliwości, nie mogłem pozbyć się wrażenia, pomijając oczywisty genetyczny związek pomiędzy Dweezilem Zappa a Frankiem Zappa, że usłyszę kolejny zespół coverowy. Tak, myślałem, że będzie to następny coverowy zespół grający udziwnioną i złożoną muzykę rockową (termin ten należy tu rozumieć bardzo luźno). Lęki te towarzyszyły mi jeszcze na początku występu w trakcie Purple Lagoon, wydała mi się pozbawiona głębi, ale szybko znikły rozproszone resztą koncertu, który okazał się być jednym z najmocniejszych rockowych koncertów jaki miałem okazję doświadczyć. Skoncentrowawszy się głównie na dziełach Zappy z lat 70, jazz-rock-fusion-funk, zespół dokonał wyboru utworów odpowiadających ich umiejętnościom i gustom.

Krótkie wyjaśnienie dla tych mniej zorientowanych w twórczości Zappy. W katalogu jego dzieł doszukać się można od 5 do 10 różnych oblicz Zappy kompozytora (w takiej sytuacji wybór utworów był arbitralny kierowany bardziej efektem muzycznym a nie jakąś techniczną analizą). Chodzi mi o to, że na swoich 40 może 50 płytach Zappa poruszał się po obszarach, które dla innych artystów nie mieszczą się nawet w ich definicji ‘muzyki’. Zappa wydawał muzykę tak różnorodną i oryginalną (pomijając nawet te najbardziej zwariowane kawałki), i skutek jest taki, że niektórzy fani akceptują tylko niektóre z tych wcieleń. Jedni lubią na przykład jakieś dwa, trzy typy muzyki nie zauważając innych a są tacy, którzy chłoną wszystko. Jest tego tak wiele, że każdy inteligentny nawet człowiek może się zagubić w kosmosie nieujarzmionej wartościowej muzyki Zappy. Wszystko to powoduje, że wybór utworów dla zespołu coverowego jest zadaniem nie byle jakim. Tutaj kryteriami były te wspomniane wyżej i był to klucz do sukcesu. Na marginesie, twórczość Zappy z lat 70 jest też moją ulubioną.

Zespołowi nie brakowało zaangażowania i odwagi. Solidna mieszanka weteranów wielkiego kalibru jak grający na instrumentach perkusyjnych Billy Hulting i gitarzysta Jamie Kime oraz młodzieży, grająca na instrumentach dętych i klawiszach Scheila Gonzales (boże, jest naprawdę świetna) i basista Pete Griffin. Wynikiem było dokładne odtworzenie muzyki Zappy ale okraszone entuzjazmem i ekscytacją przejawiającymi się w niewielkich rearanżacjach i naturalnością wykonania. Grali dobrze, poza dwoma momentami, raz gdy gitara Dweezila nie chciała grać i drugi raz gdy zgubił on rytm. Było też parę minimalnych zachwiań lecz poza tym całość robiła wrażenie tak pod względem technicznym jak i ogólnego wrażenia. Dotyczy to głównie Dweezila którego gra, dzięki wpływowi niesamowitego Steve Vaia znacząco się poprawiła.

Trochę nieudany początek z Purple Lagoon przysłoniło brawurowe wykonanie Pygmy Twylte z natury swej zabawnej i nieco pokręconej kompozycji. Scena rozpaliła się do czerwoności a każdy członek grupy miał możność zaprezentowania swoich umiejętności. Utwór ten nadał ton całemu występowi. Grane będą głównie utwory z lat siedemdziesiątych. Piosenki następowały jedna po drugiej przeplatane mniej znanymi kawałkami Zappy. Obok takich klasyków jak Village of The Sun, Echidna’s Arf (Of You), and Don’t You Ever Wash That Thing z  Roxy and Elsewhere pojawił się na przykład Tell Me You Love Me. Grano głównie materiał z Roxy a kombinacja ballad, funk-rocka i progresywnego cock rocka nie dawała ani chwili wytchnienia widowni i wszyscy, ci starsi oraz całkiem młodzi. poddali się rytmowi muzyki. Było kilka niespodziewanych rozwiązań wokalnych. Scheila Gonzales śpiewała Dirty Love i jej wykonanie, mimo że kobiecy głos nie jest w stanie oddać wszystkich niuansów tej piosenki (zabieg podyktowany z pewnością artystyczną ironią), było zabawne i inspirujące. Łagodna funkowa wersja My Guitar Wants To Eat Your Mama przeszła niemal niezauważona przez widownię siedzącą przed sceną lecz kolejny utwór Don’t Eat The Yellow Snow spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. Gitarowy kawałek Mammy’s Anthem rozwijał się stopniowo poczynając od Zappy, którego gitara przejęła kontrolę nad zasłuchaną widownią. Zespół ponownie miał okazję poimprowizować grając wciąż rozpoznawalny King Kong. FZ zwykł traktować ten utwór jako okazję do puszczenia wodzy fantazji i eksperymentowania. Dla Dweezila i zespołu była to okazja do solówek i zachwycenia słuchaczy muzycznymi popisami. Występ obfitował we wspaniałe muzyczne momenty ale trzeba też wspomnieć o bisach. Koncert zakończył się grundżowym I’m the Slime z Overnite Sensation i Willie The Pimp z Hot Rats. Zważywszy, że zespół nie dysponował zbyt szerokim zakresem instrumentów, wybór tego utworu był jak najbardziej słuszny. Jeszcze przez godzinę po koncercie Willy huczał mi w głowie.

Moje początkowe wątpliwości zostały szybko rozwiane. Doświadczyłem prawdziwego koncertu rockowego i ani przez chwilę nie pomyślałem już że słucha zespołu coverowego. Jako fan Zappy (nie fanatyk, większość fanów Zappy to fanatycy i kolekcjonerzy) mogę powiedzieć, że jeśli Dweezil przyjedzie raz jeszcze jak obiecał to ja na pewno przyjdę. Tak samo na pewno postąpi cała starsza część widowni a także i ci młodzi. Jeśli chodzi o granie muzyki Zappy, ZPZ to na pewno najlepsze co możemy dostać.