home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks

Zappa Plays Zappa. Jak zwykle doskonały, powtarzam się, ale to prawda, tekst Filipa Łobodzińskiego z Newsweeka.

___________________________________________________________________________________

Testament Franka Zappy
Filip Łobodziński
02 czerwca 2009

Dweezil Zappa idzie śladami ojca, ale czy można dorównać geniuszowi?
To, że Dweezil Zappa, który zagra 3 czerwca w Warszawie wskrzesza ducha swego genialnego ojca Franka, jeszcze dwieście lat temu nikogo by nie zdziwiło. Dziś dziwi, że nie robi tego nikt inny.

A może nie powinno? Czy każdy artysta musi doczekać się naśladowców i uczniów? Może tak właśnie powinno być, że sztuka jest niepowtarzalna, oryginalna i trwa w dziełach, a nie w kopiach?

A przecież są wielcy twórcy, którzy założyli szkoły, zapoczątkowali style, dochowali się uczniów, często nie mniej wybitnych. Wielki Joseph Haydn uczył Ludwiga van Beethovena, Steve Vai pobierał nauki u Joe Satrianiego, a Suzanne Vega uważa się za artystyczne dziecko Leonarda Cohena. O „dzieciach” Johna Mayalla czy Milesa Davisa można mówić długo. Bruce Springsteen nie byłby sobą, gdyby nie było wcześniej Boba Dylana, Paweł Mykietyn sam mówi, że jest zadłużony u Witolda Lutosławskiego i Pawła Szymańskiego.

To, że muzykę Franka Zappy gra dziś jego syn Dweezil (czasami we współpracy z młodszym bratem Ahmetem), w czasach Bacha byłoby wręcz oczywiste. Fach przechodził z pokolenia na pokolenie, ponieważ artyści byli traktowani po trosze jak zatrudnieni przez bogatych mecenasów utalentowani rzemieślnicy. Takie muzyczne przekazanie pałeczki miewa miejsce i dziś – choć dzieci najczęściej nie są już tak sławne jak ich rodzice. Wyjątki to bracia Marsalisowie i jeszcze może Whitney Houston. Ani Jakob Dylan, ani Sean Lennon, ani Ravi Coltrane nie zdetronizowali swych rodziców.

Dweezil zresztą też nie ma tej możliwości. W tym roku kończy czterdziestkę. W jego wieku Frank miał za sobą nie tylko olśniewający debiut, czyli album „Freak Out!”, ale mnóstwo innych arcydzieł, z których wymienić wypada tak różnorodne, jak awangardowo-prześmiewcze „Lumpy Gravy”, pastisz ckliwych piosenek „Cruising with Ruben and the Jest”, arcydzieła jazz-rocka „The Grand Wazoo” i „Hot Rats”, klasyczne „Over-Nite Sensation” i „Apostrophe (‘)”, na wielkich, kontrowersyjnych hitowych albumach „Sheik Yerbouti” i „Joe’s Garage” skończywszy. Dweezil zasłynął dotąd pracą jako VJ w MTV, kilkoma rolami filmowymi i kilkoma interesującymi albumami. Ale rewolucji nie zrobi.

Byłoby zresztą trudno, bo czasy są takie, że już mało czym można zbulwersować. Frank to ostatnie umiał i lubił robić. Ale byłby tylko muzycznym Palikotem, gdyby jego bezczelnego i cholernie inteligentnego humoru, na miarę krzyżówki Lennyego Bruce’a z Monty Pythonem, nie wsparł galaktyczny talent muzyczny.

Może dlatego Frank Zappa właściwie nie znalazł naśladowców. Jak można by się spodziewać, że jeden człowiek będzie potrafił napisać rzetelny rockowy kawałek, suitę orkiestrową, kameralne dzieło awangardowe, pure-nonsensowe kolaże, arcyjazzowe utwory, kabaretową piosenkę, ładny szlagier pop – i to wszystko jeszcze na poziomie wykonawstwa i wirtuozerii dostępnych bogom? Frank Zappa robił to wszystko. I jeszcze projektował okładki płyt. I jeszcze reżyserował filmy. I prowadził kampanie polityczne. I pisał książki. Ktoś się spróbuje?

Ludzie tak wszechstronnie wybitni nie mogą mieć naśladowców, bo wyklucza to zwykły rachunek prawdopodobieństwa. Tacy rodzą się raz na kilka pokoleń. Gdyby zrobić sondę wśród oczytanych zjadaczy muzyki, na dźwięk nazwiska Zappy pewnie często pojawiałby się uśmiech i słowo: „A, ten wariat”. Frank ma do dziś najczęściej opinię satyryka, prześmiewcy, błazna rockowego. Znacznie mniej ludzi wie, że był jednym z najbardziej zdyscyplinowanych twórców muzyki XX-wiecznego rocka i jazzu, który zdołał utrzymać żonę i czwórkę dzieci mimo teoretycznego „braku potencjału komercyjnego” (tak zareagowali na jego debiutancki fenomenalny album działacze firmy Columbia). Pozostaje najwszechstronniejszym kompozytorem w dziejach muzyki na wyrost zwanej rozrywkową – bo to muzyka trudna. Nie sposób mu dorównać.
Owszem, wielu się na niego powołuje. Na jego wpływ powołują się muzycy grup Primus i System Of A Down, „Weird Al” Jankovic czy John Frusciante. Do różnych aspektów twórczości Franka Zappy odwołują się mistrz funku George Clinton, new-age’owy pianista George Winston i gitarzysta jazzowy Bill Frisell. Są zespoły, które wykonują jego muzykę, w tym amerykański Meridian Arts Ensemble (sekcja dęta i perkusyjna).

I być może tylko jeden artysta może się z nim równać rozmachem i rozpiętością zainteresowań, wirtuozerią i szaleństwem – to amerykański saksofonista i kompozytor John Zorn. Też nie do ogarnięcia jednym zdaniem, cholernie błyskotliwy i niezwykły. Ale nawet on sam przyznaje, że nie mógłby równać się z Zappą – nie ma jego wiedzy, oczytania, nie ma pojęcia o tym, co się dzieje na świecie. Pochłonięty jest totalnie muzyką. Dla Franka muzyka była perfekcyjnie opanowanym narzędziem do walki o swobodę jednostki.

Był oczywiście wariatem. W pozytywnym znaczeniu. I dlatego, gdy spojrzeć na jego starszego syna Dweezila, który 3 czerwca gra w stołecznej Stodole muzykę ojca, jest pewna nadzieja, że ta choroba przeszła także w genach. Od kilkunastu lat Dweezil pracuje nad 75-minutową kompozycją „What the Hell Was I Thinking?” (Co sobie, u diabła, myślałem?), na który mają się składać solówki największych gitarzystów. Dzieło wciąż powstaje.