home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks

Polityka 10.09.2013

BARTEK CHACIŃSKI

Prawie 250 lat temu Zappa grał w Polsce. Wiemy, że wystąpił w Gdańsku, jego trasa koncertowa mogła też - według niektórych doniesień-objąć Warszawę. Nazywał się Francesco Zappa, był włoskim wirtuozem wiolonczeli i kompozytorem muzyki baroku. Nikt by go dziś nie pamiętał, gdyby nie Frank Zappa, który dwa wieki później - zafascynowany zbieżnością nazwisk - dokonał nagrań jego muzyki. Francesco był szanowanym kompozytorem, lecz nie zajął w swojej epoce szczególnie ważnego miejsca. Inaczej Frank -    wielki, ciągle nie do końca zrozumiany geniusz XX-wiecznej muzyki - który 20 lat po śmierci (rocznica przypada w grudniu) doczekał się prawdziwego renesansu.

Na rynek trafia znów cała jego dyskografia, w przygotowaniu jest sceniczna wersja jednego z jego najambitniejszych utworów „200 Motels", a podczas nadchodzącego festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie muzyka Franka Zappy - po raz pierwszy w tak dużej prezentacji - dotrze na polską scenę. I każe się zastanawiać, co było u niego poważne, a co tylko zgrywą. Bo to jego główny problem - wszystko, włącznie z tym nagraniem Francesca Zappy, wydawało się żartem. I tylko ambicje Zappy, żeby dotrzeć ze swoją muzyką na salony, układają się w historię tragiczną.

Muzyczny biseksualista

Każdy miłośnik rocka zna anegdotę o tym, jak Zappa, wówczas nastolatek z Baltimore, kupił płytę z awangardowymi utworami Edgara Varese'a. Tylko dlatego, że - jak wyczytał w prasie - była za trudna do słuchania dla ludzi o zdrowych zmysłach. A potem nie tylko nauczył się na pamięć całego słownika muzycznego, ale i zapisu nutowego, przy okazji - podstaw kompozycji. Od początku działał zgodnie z ogłoszoną później dewizą: „Umysł jest jak spadochron. Nie działa, jeśli nie jest otwarty".

Równo 50 lat temu, już jako 22-latek, pomaszerował więc do amerykańskiej telewizji na zaproszenie „Steve Allen Show", by grać na rowerze. Z zapamiętaniem uderzał pałeczkami w różne części ustawionego w studiu rekwizytu, a gospodarz programu - sławny komik - starał się to obśmiać na różne sposoby, ku uciesze publiczności.

Gdyby w podobnym okresie Zappa pojawił się z tym performance'em na dowolnym festiwalu muzyki współczesnej, przyjęto by go z powagą. W telewizji stał się komikiem. „Czy należy pan do związku zawodowego muzyków?" - usłyszał pytanie. „Nie". „A poza rowerem gra pan jeszcze na jakimś innym instrumencie?". „Tak, na gitarze, perkusji, basie, wibrafonie...". „Co robi pan ostatnio poza graniem na rowerze?". „Piszę muzykę do niezależnych filmów, pracuję z dużą, 55-osobo-wą orkiestrą".

To fakt, Zappa w tym czasie porzucił już uniwersytet i zarabiał na życie, pisząc ścieżki do filmów klasy C i pracując za konsoletą. Wiecznie miał problemy finansowe i wykonywał zlecenia każdego rodzaju, o czym przekonał się w 1963 r. pewien młody sprzedawca samochodów, który przyszedł do niego z zamówieniem na film porno na wieczór kawalerski. Oferował 100 doi. Zappa uznał, że filmu - szczególnie przy tym budżecie - nie nakręci, ale słuchowisko owszem. Zaangażował przyjaciółkę i nagrali w studiu trochę udawanych niedwuznacznych dźwięków i odgłosów, większą część nocy spędził potem na wycinaniu śmiechów. Niestety, klient okazał się policjantem, zamówienie - prowokacją, a Zappa spędził 10 dni w więzieniu, z perspektywą nawet kilkuletniej odsiadki. Na szczęście sędzia w trakcie rozprawy kazał sobie odtworzyć taśmę, co - jak twierdzą świadkowie - poprawiło mu humor.

Na nagrywanych później płytach (choćby „Uncle Meat") Zappa z lubością łączył techniki rodem ze studiów eksperymentalnych i strzępki erotycznych odgłosów, absurdalnych żartów, często balansujących na granicy dobrego smaku. Dlaczego tak doskonały muzyk trywializuje swój talent za sprawą pornograficznych żartów? - pytano. Odpowiedzią był właśnie ten kontakt z systemem penitencjarnym z przeszłości. Zappa był liberalnym konserwatystą. W zasadzie przywiązanym do tradycyjnych wartości (kilka lat po wyżej opisanych zajściach ożenił się i ustatkował, nie brał nigdy narkotyków, dbał o bezpieczeństwo i wychowanie dzieci), z drugiej - nie mógł się oprzeć żadnej okazji do świntuszenia, opowiadania skatologicznych żartów i prowokowania stróżów moralności.

Wiatach 80. stał się jednym z bohaterów afery wokół PMRC - amerykańskiego stowarzyszenia rodziców pod wodzą Tipper Gore (żony Ala Gore'a, przyszłego wiceprezydenta), które przeforsowało system oznaczeń wulgarnych i „niebezpiecznych" treści w tekstach piosenek. Zappa okazał się dla nich niebezpieczny do tego stopnia, że w paru stanach okleili mu tymi ostrzeżeniami płytę instrumentalną. Nie znosił poza tym religii, telewizyjnych kaznodziejów i amerykańskich polityków, których uważał za gorszą część show-biznesu.

„Wspaniała kombinacja obcesowe- go humoru i poważnych ambicji muzycznych zawsze wprawiała wiele osób w zakłopotanie - pisał autor rockowych encyklopedii Colin Larkin we wstępie do biografii Zappy. - Ten rodzaj muzycznego biseksualizmu powodował, że jako artysta był źle rozumiany i bardzo trudny do sprzedania".

Praca zarabia na pracę

Sam Zappa oceniał sytuację trzeźwo: „Świat zna mnie z pewnością lepiej jako faceta siedzącego na kiblu niż z jakichkolwiek innych powodów". Istotnie, słynne zdjęcie Zappy w toalecie obiegło świat znacznie szybciej niż jego muzyka. A wielkie rockowe encyklopedie przypominają do tej pory, jak to Beatlesi czy The Velvet Underground w latach 60. mocno inspirowali się światem muzyki współczesnej, mniej miejsca poświęcając Zappie.

Problem w tym, że tamci podchwyty-wali najprostsze i najbardziej ogólne idee nowej muzyki. Zappa ten etap wtajemniczenia zaliczył jeszcze w okolicach swojego „rowerowego" show. Potem przebijał się przez harmonię i melodykę utworów Igora Strawińskiego, jednocześnie parodiując Beatlesów, naśmiewając się z hipisów- to słychać na pierwszych płytach, które wydawał wiatach 60. ze swoim zespołem The Mothers of Invention.

W ramach swojego ograniczonego budżetu Zappa potrafił świetnie dobierać muzyków. Arthur Dyer Tripp III włączony do składu The Mothers był na przykład członkiem Cincinnati Symphony Orchestra i wykonywał wcześniej repertuar Cage'a i Stockhausena. Również kolejny perkusista, Terry Bozzio, miał za sobą pracę w orkiestrach, Ian Underwood, wieloletni współpracownik Zappy, skończył studia kompozytorskie. Podobnie zmarły niedawno George Duke, jeden z lepszych pianistów naszych czasów. Steve Vai, dzisiejszy nauczyciel całej generacji gitarzystów, zgłosił się do Zappy jako 20-latek, bo największym marzeniem tak biegłego technicznie muzyka było terminować w jego zespole.

Muzyka The Mothers odnosiła się do rock'n'rolla i rhythm'n'bluesa, ale stopniowo szła w kierunku jazz-rocka i kolaży dźwiękowych. A Zappa, mimo mnóstwa nagrań cenionych w świecie jazzu i paru przebojów, powoli tracił zainteresowanie działaniem w zespole. Coraz mocniej interesowało go budowanie kompozycji, których metrum, tempo, stopień komplikacji harmonicznej i rytmicznej pozwalały je wykonać tylko najlepszym technicznie muzykom. A zarazem lekkich, przejrzystych, tryskających energią. Przykładem jest kompozycja „The Black Page", którą do dziś wykonuje się w konkursach dla perkusistów.

Braki w wykształceniu Zappa nadrabiał zaangażowaniem. Zawstydzał nim większość współczesnych mu muzyków: pracował we własnym studiu po 14 godzin na dobę, a w przerwach między przygotowywaniem kolejnych płyt - wydawanych w tempie po kilka rocznie - koncertował żeby na swoje ambitne działania zarobić. Granie rocka czy później koncerty ze świetnym technicznie jazzowym big-bandem bywały dla niego coraz częściej specyficzną formą dorabiania po godzinach. Za to kiedy musiał wydać ćwierć miliona dolarów na nowoczesny sprzęt, a potem spędzić osiem miesięcy, programując muzykę zawartą na przedziwnej płycie „Jazz From Heli" - prawie w całości wykonywaną z pomocą drogiego pionierskiego systemu komputerowego Synclavier - nie musiał prosić żadnego prywatnego ani publicznego mecenasa.

Stworzył biznes, który przetwarzał wzorce przejęte z muzyki pop w wymyślne kompozycje utrzymane w obłędnych tempach i z niemożliwymi do zagrania figurami rytmicznymi, a jednocześnie ażurowe, melodyjne i zabawne. Jednocześnie karmił prasę muzyczną błyskotliwymi złotymi myślami. To jemu przypisuje się maksymę „Pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze".

To wszystko często dramatycznie rozmijało się jednakże oczekiwaniami publiczności, która widziała w nim wąsatego skandalistę. W swojej autobiografii „Takiego mnie nie znacie" Zappa przypomina, jak kiedyś przyjechał do Europy i trafił do londyńskiego klubu, gdzie podszedł do niego muzyk jazzrockowej grupy Flock i powiedział: „Jesteś fantastyczny. Kiedy usłyszałem, że zjadłeś to gówno na scenie, pomyślałem: no, ten facet to naprawdę odjazd". Zappa na to: „Nigdy nie zjadłem gówna na scenie". I zanotował w autobiografii: „Gość wyglądał na załamanego, jakby pękło mu serce".

Sacrum z profana

Kiedy już doczekał się takiego uznania, że orkiestry proponowały mu przygotowanie koncertów z jego repertuarem, poczuł to, co - jego zdaniem - musiało się stać udziałem każdego współczesnego kompozytora. Muzykom pot lał się z czół, a mimo to nic nie brzmiało dokładnie tak, jak to zapisał w partyturze. Prób zawsze było za mało, dyrygent nie starał się wystarczająco mocno, a publiczność nie mogła się skupić na muzyce. „W dodatku prawykonanie bardzo często oznaczało zarazem ostatnie wykonanie" - zapisał w swojej autobiografii.

W projektach orkiestrowych utopił setki tysięcy dolarów i wciąż narzekał. Prowadzona przez Kenta Nagano słynna London Symphony Orchestra zgotowała Zappie owację na stojąco. Tymczasem on punktował bezlitośnie błędy w grze muzyków i poprawiał je w studiu. Nieco lepiej układało się z Ensemble Inter Contemporain pod dyrekcją Pierre'a Bouleza. Francuz zachwycał się charakterystycznym dla muzyków ze świata pop brakiem obciążeń wynikających z klasycznej edukacji.

Zappa wspaniałomyślnie uznał, że pracuje się z tym zespołem lepiej, bo jest... mniejszy. W podtekście: tańszy. Bo - jak to konserwatywny biznesmen - był również skąpy. Pracę z orkiestrą uważał za nieefektywną: na 45 sekund muzyki orkiestrowej trzeba było przez 16 godzin kreślić nuty, a potem jeszcze opłacić kopistę. Orkiestra była gigantyczną skarbonką - każdy żądał pieniędzy.

Z tamtymi zespołami nagrał nieźle oceniane albumy, ale przełom nastąpił na początku łat 90. Zappa jeździł właśnie po Europie Wschodniej, do swoich przyjaciół w Czechach (słynna była jego przyjaźń z Vaclavem Havlem) i na Węgrzech, gdzie wspierał nową demokrację. Zmagał się też z rakiem prostaty, szybko sklasyfikowanym jako stadium terminalne, gorączkowo porządkował stary dorobek i kończył utwór, o którym sam wspominał jako ostatnim: „Civlization, Phase III", wydany na płycie już pośmiertnie.

Na dwa lata przed śmiercią przyszło zaproszenie z Frankfurtu: miał być gościem specjalnym miejscowego festiwalu, obok Johna Cage'a i Karlheinza Stockhausena. Przy okazji nawiązał współpracę z zespołem specjalizującym się w wykonaniach nowej muzyki, Ensemble Modern. Idealnym dla Zappy, bo składającym się z muzyków, którzy sprawdzali się w rolach solistów, nie bali się nieszablonowych rozwiązań ani improwizacji. Po koncertach we wrześniu 1992 r. dostali od kom-pozytora największy komplement: „Całe doświadczenie byłoby wspaniałe, gdyby nie to, że czułem się jak kupa złomu, nie mogłem usiąść ani wstać. Trudno się cieszyć z dobrego przyjęcia utworu, kiedy jesteś chory". Zmarł rok później w wieku 52 lat, przyciągając uwagę kampanii społecznych na rzecz wczesnego wykrywania raka prostaty. Nawet Tipper Gore zdążyła mu przesłać pojednawczy liścik.

Na Sacrum Profanum j ego utwory zagra Ensemble Modern. Sam krakowski festiwal wydaje się dowodem na to, że do zderzeń muzyki popularnej i poważnej dochodzi dziś częściej. W myśl zasady sformułowanej przez Zappę: „Najpierw tę głupią rzecz zrobię ja, a potem wy, nieśmiali, powtórzycie to po mnie".

BARTEK CHACIŃSKI