home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks


to chyba najlepszy tekst jaki został napisany o Zappie po Polsku. A napisał go Filip Łobodziński dla magazynu Rock&Roll. Ukazał się w numerze 12 w 1990. Arcyciekawa podróż przez muzyczno-słowny świat Zappy, urozmaicona jest odniesieniami (jakże wciąż aktualnymi) do naszej polskiej rzeczywistości. (Skany - AFKA)

Zappatrzenia
Filip Łobodziński

Inaczej mogło wyglądać uczczenie przez R&R dwudziestopięciolecie istnienia nazwiska Franka Zappy w rockowym biznesie. Nasza wtyka dopadła interkontynentalnego absurdystę w barku hotelu Intercontinental w Pradze i zaklepała ekskluzywny wywiad. Gdy jednak do Zappy dotarło, że firma Rock&Roll jest inicjatywą polską, a nie czeską odmówił jakiejkolwiek dalszej konwersacji. Jest człowiekiem chorobliwie wymagającym. Ponoć parę lat temu, po uprzedniej wymianie korespondencji, wylądował na Okęciu przybywając w celu dogadania wspólnych nagrań z katowicką orkiestrą symfoniczną. W Warszawie nikt na niego nie czekał, zaś dwie kolejne panie w Pagarcie (dokąd dotarł dzięki łasce taksówkarza naciągacza) nie mogły mu w żaden sposób pomóc ze względu na zerową znajomość angielskiego. W końcu pojawiła się jakaś miłosierna dusza, która przesylabizowała Frankowi z kartki dobrą radę: „Lepiej niech pan pojedzie do Katowic, tam może ktoś coś wie.” Zappa z rady skorzystał a rebours: odwrotną poczta udał się do domu. A Pagart dalej żyje długo i szczęśliwie.

A potem Vaclav Havel zaproponował Zappie gitarę prowadzącą w ministerstwie kultury Czech i Słowacji. Jaki z tego morał? Że haskowska Partia Umiarkowanego Postępu (w granicach prawa) stoi dużo bliżej Europy (świata) niż nasz historiozoficzno histeryczny koktajl towiańszczyzny i tumiwisizmu.

nanook

Gdyby Frank Zappa przyszedł na świat nie w Baltimore, a gdzieś powiedzmy nad Bałtijskim Moriem, zmarnowałby sobie wszystko. Frank Zappa jest bowiem człowiekiem wymagającym. Na pierwszy rzut oka jest to związany zbiór molekuł, dający się uwiecznić dwuwymiarowo na fotografiach. A więc pozornie Frank Zappa to taki zabawnie wyglądający mężczyzna, z czarnymi kudełkami, wąsami i bródką, o pociągłej twarzy i charakterystycznym capim głosie. De facto, na Franka składa się jeszcze historia muzyki, summa technologii studyjnej, komedia dell’arte i teatr buffo, chorobliwa spostrzegawczość, paranoiczne poczucie humoru i żelazna dyscyplina. W kraju księżniczki Wandy i Wandy Wasilewskiej pozbawiony byłby dostępu do technologii i możliwości przestrzegania dyscypliny.

A zresztą – czyż tematy podejmowane przez Franka w jego wojnie z głupotą, ciemnogrodem i nietolerancją nie należą tylko i wyłącznie do pejzażu Ameryki? Przecież przerażenie antyrockową kampanią emanujące z płyt :Joe’s Garage” (1979) czy „Them or Us” (1984), w Polsce nie miałoby uzasadnienia. Przecież głupawy, prowincjonalny idealizm tropiony na „Absolutely Free” (1966), „We’re Only In It For The Money” (1967) czy „Sheik Yerbouti” (1979) u nas jest rzadszy niż białe niedźwiedzie. Przecież żyjemy w kraju bez uprzedzeń i kompleksów. Prawda?

bongo

Pewnego razu w sklepach pojawiła się płyta „Broadway The Hard Way”. Frank Zappa zadał w niej Amerykanom parę pytań. Oto niektóre z nich:

Jak długo religijni fanatycy będą u władzy? Dlaczego to właśnie my dopuściliśmy ich do koryta i legislacji? Czy to prawda, że seks analny jest wymysłem Szatana? Czy Micheal Jeckson jest wciąż jeszcze dzieckiem swojej matki, czy może raczej cyborgiem? Dlaczego zakazu przerywania ciąży domagają się ci sami ludzie, którzy linczują i wieszają kolorowych? Czy telewizyjni kaznodzieje nie są czasem hipokrytami?

Nie są to nowe pytania.

Muzyka na „Broadway The Hard Way” to w większości ewokacje broadwayowskiego stylu musicalowego wymieszanego ze skalami wprowadzonymi do świadomego użytku przez dwudziestowiecznych kompozytorów w rodzaju Strawińskiego, Stockhausena i Cage’a. Pojawia się nieco groteskowy rap („Promiscuous”), gdzie typowe dla tej muzyki zgrzyty rytmiczne cofanej i popychanej przez DJ’a płyty są zgrane – jak można sądzić – na gitarze przez Zappę. Pojawia się temat muzyczny z filmu „Nietykalni”, na tle którego występujący od wielu lat w zespole Franka Ike Willis odgrywa patetyczny monolog wzywający przez oblicze publiczności (jest to bowiem koncert) słynnych mafiosi: Rico, Youngblood’a, ... admirała Pointdexter’a, Georga Busha i Ronalda Reagana. Pojawia się jazzowy standard Oliviera Nelsona „Stolen Moments”. Pojawia się wreszcie „Murder by Numbers” w autorskim wykonaniu zaproszonego na scenę Stinga, przy okazji rozprawiającego się w bezceremonialny, a mało parlamentarny, sposób z facetem, który kiedyś oświadczył, że piosenkę tę napisał Lucyfer.

Motto do płyty „Broadway The Hard Way” brzmi: Fakty to bzdury (Historyczna postać Ameryki) Ronald Reagan do zebranych podczas Konwencji Partii Republikańskiej w 1988.

wazoo

Od swej pierwszej płyty „Freak Out!” (1966) Zappa stawia pytania i zarzuty. Nie oszczędza nikogo, siebie samego wliczając (naśmiewa się z mitu Zappy w filmie „200 Motels”). Amerykańskiej klasie średniej – „białym kołnierzykom” – mówi, że są jak Greggery Peccary, mała świnka spotykana zazwyczaj między Teksasem a Paragwajem („Greggery Peccary”, płyta „Studio Tan”, 1978). Młodzieży – tej ze wspólnot hippisowskich i colledge’ów – śpiewa: Która część twojego ciała jest najbrzydsza? Mówią, że twój nos, mówią, że palce u nóg, ale ja sądzę, że to twój umysł („What’s The Ugliest Part Of Your Body?” z „We’re Only In It...”). Zaś hippisom poprawia jeszcze z lewej: „Te fleju, dokąd to idziesz z kwiatkiem w dłoni? Idę do Frisco wstąpić do grupy psychodelicznej. Te fleju, dokąd to idziesz w tej koszuli z guziolami? Idę na święto miłości powalić sobie w bongo w syfie i brudzie. Te fleju, dokąd idziesz z tymi kudłami na głowie? Idę potańczyć, to się trochę poruszam, a potem do wyra. Te fleju, dokąd to idziesz z paciorkami na szyi? Idę do świrołapa, może da mi żółte papiery”... („Flower Punk” z tej samej płyty). Wszystkim Amerykanom zwraca uwagę na podły los tonącej wiedźmy: „Na dnie obrzyganych amerykańskich rzek, mogłaby tam wpaść w strefę promieniowania, mogłaby tam ulec wariackiej mutacji... mogłaby tam uróść do 15 stóp i straszyć na autostradzie. („Drowning Witch” z „The Ship Arriving Too Late To Save The Drowning Witch”, 1982).

Amerykański system społecznego modus vivendi jest może tylko nieco mniej, ale jednak mniej niedoskonały od naszego, w związku z czym pewne tabu i uprzedzenia, do których my jako społeczeństwo nie dorośliśmy jeszcze, tam są już z tyłu za nimi. A zatem słowna kpina z homoseksualisty czy Żyda wciąż budzi w Polsce sensacje żołądkowe i inne stany lękowe – jest to całkowicie uzasadnione ponieważ i homo i Żyd to dla polskiego kołtuna oblicza zwyrodnienia, czyli tak zwane podręczne kozły ofiarne. Tymczasem Zappa może swobodnie pozwolić sobie na satyrę na jednego i na drugiego, wie bowiem, że nikomu nie czyni tym żadnej krzywdy. Dewizą wyrytą w godle i mózgu amerykańskim jest „Jedność w wielości”, co pozwala wszystkim rdzennym i napływowym jankesom w piękny sposób różnić się między sobą, a jednocześnie każdej odmiennej grupie wykształcić takie mechanizmy obronne, że nic jej nie grozi. Jeśli więc Zappa śpiewa w piosence „Bobby Brown” („Sheik Yerbouti”) o rozterkach młodego pedała, a w „Jewish Princess” (jw.) o przyzwyczajeniach jakiejś Salcie, to jeszcze nie oznacza, że jest, na przykład, antysemitą. Sam pochodzi z krzyżówki włosko-czeskiej i dobrze wie, jak cudowną może być pożywką dla podobnych diatryb.

Jednak ulubionym workiem treningowym Zappy, obok plastikowego społeczeństwa USA, jest jego polityczna elita, szczególnie republikanie. Gdy w 1985 właśnie za republikańskich rządów i głównie w republikańskich kręgach narodził się miecz boży na obleśnych i zbrodniczych rockowców, noszący imię PMRC, Franka trafił szlag. Fragment jego wystąpienia sądowego cytowaliśmy w R&R 4/90 („Sex is violent”), teraz dodajmy, że kilkadziesiąt tysięcy dolców z własnej kabzy FZ zużył przez następny rok na wysyłanie i promowanie materiałów informacyjno-publicystycznych przeciwko tej swoistej postaci cenzury, jaką promowały waszyngtońskie pustuły.

Tu warto jeszcze przypomnieć film Milosa Formana „Hair”, a zwłaszcza scenę w koszarach gdy z głośników radiosupła jednostki dobywa się charcząca godzilla muzyki Hendrixa. Bez słów. O kolosalnej potędze muzyki nie trzeba nikogo tu przekonywać, najmniej zaś Zappę, który na kopercie albumu zawierającego wyłącznie jego sola gitarowe („Guitar”, 1988) umieszcza ironiczną adnotację: Muzyka z tej płyty nie jest wskazana dla dzieci i republikanów.

Wszelako (od kilku miesięcy się szykowałem, żeby użyć tego słowa) jad, ironia, sarkazm i troska Zappy nigdy nie byłyby tak dobitne, gdyby nie cyrkowa niemal zręczność FZ w posługiwaniu się muzyką, stylami, gatunkami. Taka zdolność małpowania niekoniecznie musi budzić zaufanie – facet będący mistrzem we wszystkim raczej w niczym nie jest wiarygodny. Frankowi nie grozi jednak zostanie klasykiem punk rocka, pomimo numeru „I’m So Cute” („Sheik Yerbouti”) ani legendą reggae  mimo „Lucille Has Messed My Mind Up” („Joe’s Garage”)... Style muzyczne są tu tylko maskaradą, kostiumem, puszczonym okiem. Na serio Zappa pozostaje najwierniejszy chyba dwóm estetykom. Musicalowa papka radiowa z lat pięćdziesiątych to muzyka, na której się wychował. Stanowi ona bazę wydanego w 1967 albumu „Cruising With Ruben And The Jets”. Słychać ja niemal na każdej nieinstrumentalnej płycie gitarzysty od „Freak Out!” po „Broadway The Hard Way”. Mógłbym napisać setki piosenek w tym stylu – zeznawał nieraz, a choć nietrudne to zadanie, Frankowi wychodzi z niebywałym wdziękiem. Często poprzez kryminalną dosłowność nabija się on z miałkości i pustki staromodnych chórków i płaczliwych wyznań podmiotów lirycznych. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że Zappa ujawnia tu szczególną słabość do epoki swego dojrzewania.

Drugi ukochany przezeń kierunek poszukiwań to muzyka współczesna, ta spod znaku Strawińskiego, Stockhausena i – przede wszystkim Edgara Varese’a, z którego motto Dzisiejszy kompozytor nie zgadza się umierać! krzyczy z kilku pierwszych płyt. By w pełni docenić rolę Varese’a, należałoby skończyć studia jakich niżej podpisany nie odbywał, z przygodnych lektur i seansów niewprawnego ucha wynika jednak, że ten zmarły mniej więcej w okresie debiutu The Mothers Of Invention kompozytor uprawomocnił w muzyce wszystkie dźwięki, czyli zerwał z tradycyjnymi regułami rozwoju kompozycji, harmonii, dynamiki, a poprzez eksperymenty z prymitywnymi instrumentami elektronicznymi (thereminovox) i z dźwiękami naturalnymi przygotował grunt także pod całkiem współczesną awangardę.

-    Już na płycie „Freak Out!” pojawia się dwunastotonowa kompozycja Zappy „The Return Of The Son Of The Monster Magnet (Unfinished Ballet In Two Tableaux)” będąca kolażem dźwiękonaśladowczych wygłupów, hałasów, fragmentów rozmów, śmiechów, instrumentów perkusyjnych i fortepianu. Dalej poszedł Frank na drugiej płycie „Absolutely Free” (1966), budując siedmiominutówkę „Brown Shoes Don't Make It" ze skrawków różnych stylów muzycznych od The Beach Boys po Schonberga. Pierwszym rzeczywiście rozmaszystym opus była solowa płyta Zappy „Lumpy Gravy" (1967), na której wystąpił on jako autor i dyrygent - kierował 50-osobową The Abnuceals Emuukha Electric Symphony Orchestra i chórem. Z czasem Zappa przyzwyczaił swych kibiców do tego, że obok albumów zawierających bardziej „popularne" (czytaj: strawne dla mas) brzmienia piosenkowe co kilka lat pojawia się płyta w całości bądź prawie w całości instrumentalna („Hot Rats" 1969, „Burnt Weeny Sandwtch" 1969, „Waka/Jawaka - Hot Rats" 1972, „Studio Tan" 1978, „Sleep Dirt" 1979, „Orchestral Favorites" 1979, „The Perfect Stranger" 1984, „Jazz From Hell" 1986...). W filmie „Video From Hell" jest fragment, w którym Zappa w sposób popularyzatorski prezentuje w australijskiej TV swoją metodę kompozytorsko-dyrygencką. Za pomocą umówionych wcześniej gestów każe orkiestrze wydobywać określone rodzaje dźwięków (np. glissando po całej skali lub też najniższy możliwy na danym instrumencie), a publiczności klaskać na komendę i również bzykać, pierdzieć (ustami!) czy chrząkać. Pouczające i przy tym cholernie śmieszne.

redunzl

Jak się było napisało, Frank Zappa to nie tylko autor melodyjnych i skocznych pastiszy czy obszernych dzieł awangardowych lub jazzowych. To także maniak studyjnej obróbki. Zwalniane, puszczane od tyłu, siekane i przetwarzane taśmy stanowią trademark jego pracy realizatorskiej od zarania Mothers. Jednym z charakterystycznych przykładów pomysłowości montażowej FZ jest koncertowa płyta „Does Humor Belong In Music?" (1986), gdzie niemal każda z kompozycji to zlepek różnych fragmentów z różnych występów. I tak wstęp i zakończenie utworu „Let's Move To Cleveland" pochodzą z Los Angeles, solo fortepianowe z St. Petersburg (Floryda), solo na bębnach z Vancouveru w Kanadzie, a solo gitarowe z Lowell (Massachussetts). Chyba nie muszę dodawać, że cięć na dobrą sprawę wcale nie słychać. Inną ciekawostką jest kawałek „Rubber Shirt" z Lp „Sheik Yerbouti". W adnotacji Zappa pisze: Partia basu została wymontowana z czterościeżkowej matki nagrania zarejestrowanego w 1974 w Goteborgu. Poprosiłem Patricka O'Hearna (basista grupy Zappy), by nałożył tę partię na solo gitary zagrane w średnim tempie na 4/4. Podczas sesji ustaliliśmy mniej więcej nuty, nie była to zatem całkowicie improwizowana „solówka na basie". Półtora roku później ścieżka basu została zdjęta z matki szwedzkiej i przeniesiona na jeden kanał innej, 24-ścieżkowej tym razem, matki powolnej piosenki na 11/4. Rezultatem tej eksperymentalnej resynchronizacji jest utwór, którego słuchacie. Owa ciekawa, czuła współpraca między basem i perkusją nigdy w rzeczywistości nie miała miejsca... Wariat? Tak, ale sam się do wszystkiego przyznaje.

Frank Zappa to człowiek wymagający. Jeśli ktoś widział jego koncerty (lub na przykład film „Does Humor Belong In Music?"), ten wie, że grać u Zappy to znać na wylot swój instrument, reagować błyskawicznie zmiany tempa i harmonii, umieć tańczyć, grać aktorsko, śpiewać na głosy, robić to wszystko na luzie - i nie przefajnić.  Podczas trasy światowej 1988 zespół FZ wykonywał swoją wersję „Stairway To Heaven". Bardzo wierną. Łącznie z odegranym toczka w toczkę i szesnastka w szesnastkę solem Jimmy'ego Page'a - ino że w wykonaniu sekcji dętej. Na pewno mniej szkodliwy od Violetty V.

Ya hozna

W grudniu Frank Zappa kończy 50 lat. Mógłby już właściwie złożyć broń, skoro uszczęśliwił ludzkość pięćdziesięcioma płytami, wypromowaniem Captaina Beefhearta i Alice Coopera, zszarganiem chyba wszystkich świętości (Bóg czuwa nad Polakami, bo nas FZ jeszcze oszczędza... choć inspirującą moc Polski wyceniam spokojnie na ze dwadzieścia płyt), ujawnieniem międzykontynentalnego absurdu i zadumą biologa nad naszą planetą. Chyba jednak broni nie złoży - nie ma na to czasu. „Sympatyczny kpiarz.” Gdybyście kiedyś w ramach pracy domowej tłumaczyli Franka, nie pokazujcie swych próbek mamie, nauczycielowi, katechecie ani młodszej siostrze - mogliby zejść na złą drogę. Zapp-opera „Thing-Fish" (1984) czy jedna piosenka „Dinah-Moe Humm" („Over-Nite Sensation", 1973) poziomem obscenów wysadzają z siodła najwulgarniejsze (jakże niewinne) wyczyny metalowe i punkowe.

Wyjąwszy może G, G. Allina.

 

Filip Łobodziński