home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks


J
est to fragment tekstu Destination Unknown pochodzący z Austin Chronicle (13-19 listopad 1998), autorem jest Ken Lieck. Początki kariery Terry'ego Bozzio aż do jego współpracy z Frankiem Zappą. tł.andrzejrogowski

Bozzio, O'Hearn, Zappa, Jobson

Na co słowa, gdy nikt już nie słucha? W 1982, gdy jego zespół Missing Persons okupował listy przebojów piosenką „Words”, Terry Bozzio zadawał to muzyczne pytanie. Prawie dwadzieścia lat później, ten sesyjny muzyk z Los Angeles, który dwa lata temu przeniósł się do Austin, zaczął zadawać inne pytanie: „Do czego służy perkusja?” Jeżeli odpowiedź na takie pytanie w formie perkusyjnego sola wydaje ci się nieco monotonna, to nie słyszałeś jeszcze Terry’ego Bozzio. (...)

Urodzony w 1950 w chłodnym słońcu San Francisco, sześcioletni Terry odnalazł swoje powołanie w rozbłyskach czarno-białego telewizora rodziców.

„Zobaczyłem Małego Ricky’ego grającego na bębnach w programie I Love Lucy”, wspomina. „Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem jak dziecko gra muzykę dla dorosłych i od tamtej pory zapragnąłem grać na perkusji. To samo było przy Mickey Mouse Club i Cubby O”Brien. Myślę też, że mój tata miał parę płyt Tito Puente.”

Uzbrojony w zestaw bongosów, początkujący bębniarz był dobrze przygotowany na ten decydujący moment doświadczany przez tak wielu amerykańskich młodych ludzi chcących zostać muzykami i fanami muzyki – pojawienie się Beatlesów w programie Ed’a Sullivan’a. Zaraz po tym nadeszły lekcje gry na bębnach oraz podstawy czytania zapisu muzycznego, po których Bozzio zaczął grywać w garażowych zespołach rockowych w czasie gdy chodził jeszcze do szkoły średniej w późnych latach sześćdziesiątych.

Żaden z tamtych zespołów nie stał się następnymi Beatlesami ani też nie wstrząsnął za bardzo Terry’m. Po skończeniu szkoły wziął się poważnie za perkusję, pobierając lekcje u nauczycieli, których wciąż ceni za wpojenie mu zasad artyzmu. Chuck Brown, absolwent Berklee, którego nauczycielem był George L. Stone, słynny perkusista Boston Philharmonic.

Podobnie ja wielu przyszłych mistrzów, Bozzio po grze w zespołach szkolnych, przeniósł się do colledgu gdzie uzyskał dyplom z muzyki. Tam studiował teorię, słuch oraz fortepian, grywając w różnych klasycznych zespołach, orkiestrach, zespołach kameralnych, grę w których bardzo sobie ceni i mile wspomina – nietypowa to postawa dla typowego muzyka rockowej grupy. Ale nie wszystko było usłane różami.

Poza wolną miłością oraz muzyczną ekspresją, lata sześćdziesiąte przyniosły tragedię wojny wietnamskiej, i nagle zdawało się, że dobry los opuszcza Terry’ego, stracił studenckie odroczenie i powołanie do wojska wydawało się nieuniknione. Sprawy wyglądały nieciekawie, ale w ostatniej chwili los uśmiechnął się do Bozzio; Richard Nixon zakończył pobór do wojska. Terry zdecydował się wziąć rok wolnego i poświęcić go na ćwiczenia. W czasie tego roku został zawodowym muzykiem.

„Dostałem pracę w Godspell i trwało to przez 13 miesięcy,” wspomina. „Była to doskonała okazja by zebrać trochę szmalu i wyprowadzić się od rodziców, kupić samochód i przejść na zawodowstwo. Będąc w San Francisco każdego wieczora zacząłem spotykać i wspólnie grywać z wieloma różnymi muzykami. W tym okresie przed Zappą, zdobyłem najbardziej eklektyczne, cudownie zróżnicowane muzyczne doświadczenia w moim życiu.”

Niemal każdy dzień przynosił nowe muzyczne doznania; praca sesyjna i w reklamach, awangardowy jazz z Markiem Isham’em i Art’em Lande , progresywny jazz rock (fusion) z Patrykiem O’Hearn’em i Pete Marnhue, jam z jazzmanami takimi jak Eddie Henderson, Julian Priester i Woody Show. Bozzio mówi, że właśnie wtedy nauczył się ogromnie wiele od muzyków scenicznych na początku lat siedemdziesiątych, jednym z najlepiej zapamiętanych był Luis Gasca z grupy rocka latynoskiego Azteca, w której występowali byli członkowie grup Santany i Malo (Pete Escovedo, ojciec Sheila E. i brat Alejandro, był głównym perkusistą i jednym z liderów tej grupy).

Występ gonił występ, grupy powstawały jak grzyby po deszczu a Bozzio grywał z wieloma doskonałymi muzykami, między innymi z Richard’em Waters’em, wynalazca Waterphone’u, używanego w wielu nagraniach kung-fu. A potem nadeszły lata Zappy.

Jest wiele legend narosłych wokół Franka Zappy i jego muzyki, z których niemała część dotyczy o poziomie profesjonalizmu, którego wymagał od swoich muzyków; historie o tych, którzy pragnęli z nim grać i którym się nie powiodło, albo którym się powiodło ale tylko na chwilę, bo zaraz bywali zwolnieni za palenie skrętów. Gdy Bozzio przyjechał na przesłuchania u Zappy dobrze znał te wszystkie historie. To czego nie znał zupełnie, no prawie, były to dzieła Zappy.

„Poleciałem do Los Angeles nigdy przedtem nie słyszawszy jego muzyki,” mówi Bozzio. „Kupiłem trzy jego płyty na trzy dni przed przesłuchaniem i nie spałem ze strachu! Przesłuchanie składało się z najtrudniejszej muzyki, jaką kiedykolwiek widziałem na oczy, wszystko na arkuszach papieru porozrzucanych po całej scenie. Należało przeczytać niektóre z nich i zapamiętać te naprawdę trudne części, klasyczne kawałki napisane w naprawdę dziwnych tempach.

Miał na scenie dwa ogromniaste zestawy Ludwig Octoplex, i pod srogim wzrokiem Franka Zappy, George’a Duke’a i Toma Fowlera, jeden z przesłuchiwanych perkusistów ustawiał sobie w ciszy perkusję podczas gdy drugi grał, i tak przechodzili jeden za drugim i odpadali jak muchy od ściany.

Widziałem jak padło dziesięciu i wszedłem, ‘Chłopie, powiedziałem sobie, nigdy nie dostaniesz tej roboty.’ Zacząłem rozpytywać miejscowych perkusistów o przesłuchania w Weather Report bo słyszałem, że szukają perkusisty, ale odpowiedź jaka uzyskałem była jeszcze bardziej przerażająca: dawny perkusista Franka Chester odszedł właśnie by grać w Weather Report! Z tego wszystkiego jeszcze bardziej się zdenerwowałem, lecz w końcu jakoś przebrnąłem przez przesłuchanie a on powiedział, „Chcę jeszcze raz cię usłyszeć po tym jak reszta skończy’, ale żaden z pozostałych nie chciał już grać. Tak więc szef przesłuchania powiedział, ‘To wszystko. Nikt nie chce grać po Terrym,’ a Zappa odwrócił się i mówi, ‘Wygląda na to, że dostałeś te pracę, jeśli jej chcesz’.”

Nie trzeba mówić, że grając u Zappy Bozzio nauczył się więcej niż u kogokolwiek innego.

„Pracowałem z nim przez trzy lata, pojechałem na cztery światowe tournee, grałem na około dziesięciu płytach i rozwinąłem się jako muzyk. Doświadczałem jego geniuszu na wielu różnych poziomach. Robiliśmy wiele muzyki orkiestrowej, bardzo wymagającej, programy telewizyjne, koncerty w ogromnych salach gdzie nauczyłem się jak grać dla ludzi oddalonych od ciebie na ćwierć mili, nauczyłem się jak przetrwać w trasie.

Jedyna rzecz, której żałuję, to, to że nie zadawałem mu więcej pytań o rzeczy o których mówił. Próbowałem po prostu dobrze grać i zachowywałem się tak jakbym wiedział o co dokładnie mu chodzi nawet wtedy gdy nie wiedziałem. Był dziesięć lat starszy ode mnie i był prawdziwym geniuszem. Miałem szczęście, że przebywałem w jego obecności.”

Mimo że minęło już dziesięć lat od kiedy pracował z Zappą, to jego wpływ na Bozzio wciąż pozostaje bardzo głęboki.

„Wciąż staram się dotrzeć do punktu, w którym on się znajdował: być kompozytorem, posiadać własną firmę nagraniową.”

Podczas krótkiej przerwy we współpracy z Zappą, Bozzio grywał w różnych zespołach, koncertował i nagrywał z braćmi Brecker, razem nagrali klasyczny jazzowy album Heavy Metal Bebop. Zaraz po tym otrzymał propozycję nagraniową i tak, po czterech latach, jego czas z Zappą skończył się tak nagle jak się rozpoczął.

„[Zappa] wyczuł, że jestem gotowy by odejść, tak mi się wydaje, choć wtedy nie byłem tego świadomy i nie zamierzałem wcale rezygnować z gry u niego,” mówi Bozzio. „Powiedział, ‘Już czas żebyś robił swoje’. I jak dobry ojciec, wyprowadził mnie z gniazda, postawił na nogi i podniósł do lotu – cokolwiek to jest.”