home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks


Autorem recenzji jest Robert Żurawski a ukazała się ona na stronach serwisu Diapazon, gdzie zawsze warto zaglądać w poszukiwaniu informacji o dobrej muzyce.

_____________________________________________

Frank Zappa - Hot Rats

Frank Zappa w Diapazonie to chyba pomyłka... A jednak nie, jeżeli bierzemy pod uwagę, że jest to serwis poświęcony jazzowi i okolicom. Jeżeli tak, to również dla tego wykonawcy i chociażby paru płyt z jego bardzo bogatej dyskografii powinno się znaleźć miejsce.

Nie chciałbym nikogo przekonywać jak dalece oryginalnym i nieszablonowym twórcą był Frank Zappa. Dla mnie był jednym z największych kompozytorów (sic!) i gitarzystów XX wieku. Nie jest to miejsce na opisywanie, dlaczego tak sądzę, chodzi przecież o recenzję jednej jego płyty, a nagrał ich blisko setkę.

Dlaczego akurat ta płyta - spytacie, skoro w jego dorobku były przynajmniej dwa inne nagrania, które mogłyby bardziej kojarzyć się z jazzem ("Waka-Jawaka", "Grand Wazoo"). Otóż dlatego, że - przynajmniej dla mnie - jest to najlepsza płyta Franka Zappy, a jej związki z jazzem zauważył już dawno, dawno temu choćby Joachim Berendt, którego książką "Od raga do rocka. Wszystko o jazzie" kiedyś się zaczytywałem. O niezwykłości tej płyty świadczy fakt, że zawarta na niej muzyka mimo upływu prawie 40 lat (nagrana w 1969 r.) nie trąci myszką i nie zestarzała się, jak stało się to w przypadku całej masy muzyki z tamtego okresu.

Ta płyta jest też niezwykła z innego powodu. Otóż nigdy, ani przedtem ani potem, Frank Zappa nie nagrał płyty, która byłaby tak zdyscyplinowana i jednorodna. Ci, którzy znają twórczość Zappy wiedzą, co mam na myśli. Tym, którzy mniej go znają, wyjaśniam. W tym nagraniu nie ma stałego elementu muzycznego krajobrazu znanego nam z innych jego płyt - to jest pastiszu, kolażowości, pstrokacizny i kontrolowanego, a czasem i nie, chaosu. Tym razem Zappa częstuje nas pozycją na wskroś dojrzałą, przemyślaną. Nie znaczy to, iż jest to płyta na zimno wykalkulowana, a wręcz przeciwnie.

W nagraniu albumu Zappie nie towarzyszył jego stały zespół Mothers of Invention, lecz ekipa świetnych muzyków jazzowych i bluesowych, takich jak: Jean-Luc Ponty, Sugar Cane Harris (obaj na skrzypcach), basiści Max Bennett, Shuggy Otis, perkusiści Jon Guerin, Ron Selico, John Humphrey oraz gitarzysta Lowell George i wokalista Captain Beefheart. Dla porządku muszę zaznaczyć, że w nagraniu tej płyty uczestniczył człowiek z Mothers, klawiszowiec i saksofonista Ian Underwood.

Ach, byłbym zapomniał. "Hot Rats" jest również niezwykła jeszcze z innego powodu. Jest jedną z nielicznych płyt studyjnych Zappy. Cała masa innych też teoretycznie była studyjna, ale większość utworów była poskładana przez Zappę z różnych fragmentów koncertowych, tak więc na dobrą sprawę, trudno byłoby je traktować jako nagrania studyjne.

No, a teraz do rzeczy, czego możemy spodziewać się po tym albumie.
Już początek brzmi zachęcająco. To instrumentalny "Peaches En Regalia" - nieziemsko brzmiący utwór, zachwycający energią i jakby taką bajkową atmosferą. Duża niespodzianka dla znających muzykę Zappy z wcześniejszego okresu. Ale to dopiero wstęp, następny utwór "Willie The Pimp" podnosi jeszcze wyżej poprzeczkę. Jest to jedyny na tej płycie utwór wokalno-instrumentalny. Oczywiście swojego głosu użycza Captain Beefheart. Robi to w dobrze znanym swoim stylu, ale w takiej formie jeszcze go nie słyszałem. Cudowna gra basu i zachwycająca energią długa solówka Zappy dopełnia obrazu tego świetnego utworu. Ta kompozycja to pokaz niezwykłych umiejętności Zappy jako gitarzysty.

"Son Of Mr. Green Genes" przynosi pozornie trochę uspokojenia i znowu ładnych (to brzmi dziwnie w przypadku Zappy, ale..) melodii, podobnych do tego co już mogliśmy usłyszeć na "Peaches En Regalia". Z czym tu nie mamy do czynienia: i z fanfarami instrumentów dętych, świetną pracą sekcji rytmicznej, nieszablonowo brzmiącymi instrumentami klawiszowymi i improwizującą stale gitarą lidera. Ten utwór, podobnie jak poprzedni, jest na tyle długi (około 9 minut), że pozwala na pokazanie się wszystkim uczestniczącym w nim muzykom. Fantastyczne, energetyczne, trudno usiedzieć przy tej kompozycji w spokoju.

"Little Umbrellas" to taki krótki utwór, który - jak by temu nie zaprzeczał Zappa - wyraźnie świadczy o jego związkach z jazzem. Piękna kompozycja ze świetnymi partiami fletu i saksofonu, oddająca atmosferę jakiegoś zamyślenia i nostalgii. Zaraz po nim następuje opus magnum tego albumu - "The Gumbo Variations".

Kompozycja ta mogłaby się spokojnie zmierzyć z innymi szczytami twórczości Zappy, takimi jak: "King Kong", "Pound For A Brown", "Big Swifty". Prawdę mówiąc nie wiem, dlaczego tej kompozycji Zappa nigdy nie zagrał na żywo i dlaczego nie weszła ona do jego repertuaru koncertowego. Jest to kompozycja - monstrum. 17 minut wspaniałej improwizacji, niesamowitej energii i czadu, zaczynające się od długiego sola Iana Underwooda na saksofonie, a następnie kontynuowanego na skrzypcach przez Sugar Cane'a Harrisa. Powiem szczerze, że nigdy później nie słyszałem tak ekscytującego sola na skrzypcach. Prawdziwe mistrzostwo świata. To jednak nie koniec, bo dla mnie prawdziwym finałem jest krótka, ale jakże efektowna partia basu. Coś niesamowitego. Nawet jeżeli Max Bennett miałby już niczego nie zagrać, to to co zrobił w ciągu jednej minuty pod koniec tej kompozycji zasługuje na Oskara. Dla mnie "The Gumbo Variations" jest najlepszym utworem, jaki kiedykolwiek nagrał (zagrał), chociaż wiem, że pewnie fani Franka Zappy z tym się nie zgodzą.

Cóż jeszcze można zagrać po takiej kompozycji. Otóż coś spokojnego. Tym czymś jest "It Must Be A Camel". Kolejny utwór, który może kojarzyć się z jazzem, nie tylko dlatego, że bierze w nim udział Jean-Luc Ponty na skrzypcach. Również przez to, jak brzmi w nim rozedrgany fortepian i zwariowana gitara Zappy, który jeszcze raz raczy nas swoimi patentami. Spokojne dźwięki fortepianu... i to już koniec płyty.

Płyty, którą obowiązkowo powinien mieć w swojej kolekcji każdy, bez względu na to, jakiej muzyki jest fanem. Dla mnie jest to jeden z kamieni milowych muzyki XX wieku i naprawdę traktuję "Hot Rats" na równi z takimi arcydziełami, jak "Kind Of Blue" Milesa Davisa czy "A Love Supreme" Johna Coltrane'a.

Robert Żurawski

Data wstawienia: 2005-05-21