home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks


artykuł ukazał się w styczniowym numerze magazynu Gentleman w 2001 roku,

Idol preparowany

Marek Skolarski

Często spotykam się z pytaniem – jak tworzy się moda na określony styl w muzyce rozrywkowej, a konkretnie, co wywołało modę na muzykę latynoską? Odpowiedź jest pozornie prosta: jak jest moda, to musi być jej dyktator.

W ostatnim trzydziestoleciu o obliczu muzyki w większym stopniu decydowali – mimo że pośrednio – inżynierowie (rozwój elektroniki), niż muzycy. Ewolucji uległ także wizerunek idola – kreatora określonej mody. Dziś już nie ma w show-biznesie tak wielkich indywidualności, których produkcje wyznaczały obowiązujący inny standard, takich jak Ellington, Miles Davis, Sinatra, Presley, The Beatles, Stevie Wonder, czy Quincy Jones. Ich miejsce zajęli idole preparowani. Żaden dzisiejszy idol nie wytrzyma porównania z takim na przykład Frankiem Zappą – muzykiem niesłychanie wszechstronnym i wielkim oryginałem, odznaczającym się dużą erudycją – nie tylko muzyczną. Potrafił łączyć jazz z muzyką klasyczną i rockiem, i robił to z właściwym sobie poczuciem humoru. Często słyszy się: po Zappie nie da się wymyślić nic nowego. (Zappa, to taki trochę Salvadore Dali rocka.)

Dominował nie tylko jako guru pośród muzyków. Odznaczał się wielką charyzmą i niepospolitą inteligencją. Skandal, jaki kiedyś wywołał, jest dziś wzorcowym przykładem podczas szkolenia dziennikarzy telewizyjnych w zakresie techniki komunikacji.

Długowłosy Zappa zaproszony został do udziału w telewizyjnym talk-show, prowadzonym przez dziennikarza słynącego z inteligencji, nonszalanckiego traktowania rozmówców i bardzo kąśliwego języka. Nie spodziewając się, że muzyk może być tak błyskotliwie inteligentnym, polemicznym zabijaką, dziennikarz ów (mający protezę jednej z nóg), po przywitaniu zaatakował na oślep Zappę tymi słowy: „Rzekłbym, że pańskie długie włosy czynią z pana kobietę”.

Zappa bez chwili zwłoki wystrzelił ripostę: „Rzekłbym, że moje długie włosy czynią mnie kobietą w takim samym stopniu, w jakim pańska drewniana noga czyni z pana stół”. Ta scena wystarczająco określa kaliber kapelusza Zappy.

Dziś skandalizujące zachowania wymyślają idolom nierzadko różni „suflerzy”. Zachowanie Zappy było reakcją ad hoc.

Porównajmy tę scenę z wybrykami Madonny, która biorąc kiedyś udział w telewizyjnym talk-show, nagle zmieniła temat, przybrała poważną minę i zwracając się do kamery wygłosiła komunikat następującej treści: „Słuchajcie teraz uważnie, bo mam wam do przekazania coś bardzo istotnego. Kiedy bierzecie prysznic – nie siusiajcie, bo nabawicie się grzybicy stóp”. Ta mało wyrafinowana próba szokowania za wszelką cenę była zapewne starannie przygotowana i na przekór intencjom Madonny – zdeklasowała ją. Nikt nie wymaga od piosenkarki szczególnej urody intelektualnej, ale – jeśli przygotowuje się numer, mający zapowietrzyć cały świat, nie można serwować dowcipu sytuującego się w dolnej strefie stanów średnich. Charyzmy nie zastąpi się błazeństwem, ale nie musi o tym wiedzieć blondynka...

Zappę łączy z Madonną ta sama profesja, ale z pewnością nie łączy ich powinowactwo estetyczne.

Wyrazistą i charyzmatyczną osobowością odznacza się w ostatnim dwudziestoleciu jedynie Prince – w jakimś sensie kontynuator muzycznych eksperymentów Zappy. Intelektualnie może nie wytrzymuje porównania z Zappą, ale od strony warsztatowej traktowany jest przez świat muzyków tak, jak postrzegany był Quincy Jones. Jest jednak istotna różnica. O ile Quincy Jonesa dało się naśladować w sposobie aranżowania, o tyle w przypadku Prince’a jest to prawie niemożliwe, bo jego muzyka ma zbyt silny indywidualny wyraz. Muzycy mogą jego nagrań słuchać z podziwem i przemycić do swojej produkcji jakiś efektowny element, ale nie da się jego stylu spopularyzować, bo będąc niesłychanie sprawnym multiinstrumentalistą, kompozytorem i aranżerem – bawi się Prince muzyką z tak dużym wspomaganiem talentu i wyobraźni, że dzieje się to w sferze usytuowanej powyżej progu percepcji masowego odbiorcy. Zresztą, nie sprostaliby temu zadaniu muzycy...

Sting również ma pozycję wyjątkową, ale jego muzyczna oferta jest nazbyt wysublimowana, jako ewentualny wzorzec do naśladowania w wydaniu komercyjnym, choćby taki wzorzec, jaki „ustanowili” kiedyś Beatlesi, czy Quincy Jones. Pozostaje zejść piętro niżej, w rejony produkcji masowej. A tu w ostatnim dziesięcioleciu widoczny był głęboki kryzys. Jedną z przyczyn jest rozwój elektroniki (to ciekawy temat na osobne potraktowanie), która niedouczonym pseudomuzykom stworzyła szansę zaistnienia na rynku.

Obecnie, jak nigdy dotąd świat zalewany jest muzycznym śmieciem. Dziennie wydaje się na świecie wiele tysięcy premierowych płyt, produkowanych przez ludzi mało sprawnych warsztatowo i niekoniecznie obdarzonych talentami. Wspaniałe studyjne gadżety (urządzenia elektroniczne) tuszują ułomność tych muzyków, będąc w jakimś sensie protezą ich muzycznego warsztatu. Nie mogą być jednak protezą talentu, niezbędnego do „wysmażenia” hitu.

Kibice muzyki rozrywkowej nie muszą wiedzieć, jak znaczący wpływ na zmieniające się trendy w światowej muzyce ma trwająca wiele dziesięcioleci rywalizacja (zakulisowo bezpardonowa) białych i czarnoskórych artystów na rynku amerykańskim. Odbywając podróż w czasie na wstecznym biegu, można uznać (w dużym uproszczeniu), że lata 50., to walka o tron między Presley’em a The Platters. Lata 60. – między The Beatles i The Supremes. Dekada lat 70. – rywalizacja o supremację między Eltonem Johnem i Stevie Wonderem. W latach 80. – Georgea Michaela (także Phila Collinsa) z Michaelem Jacksonem. Ostatnia dekada upłynęła na rywalizacji Madonny (także Celine Dion) z Whitney Houston, oraz Stinga z Princem. Nie zawsze był to stan równowagi sił.

Przeciętny odbiorca, nie znający kulis show-biznesu i przyczyn tej nigdy (oficjalnie) nie wypowiedzianej wojny, nie ma potrzeby oceniania rynku z takiej perspektywy. Ale wypada podkreślić, że wspomniana rywalizacja nie ma podłoża wyłącznie biznesowego. Ścierają się na gruncie muzycznym dwie odmienne estetyki, czego skutkiem jest wzajemne oddziaływanie. W dekadzie lat 90. show-biznes cierpiał na przypadłość typową dla fin de siecle (dekadencji), objawiającą się już nie tylko eklektyzmem, ale wręcz zaawansowaną twórczą impotencją. Nastąpiło „przegięcie pały” w kierunku rapu i hip-hopu. Estetyka czarnoskórych wykonawców zdominowała rynek, co spowodowało spadek nakładów płyt, bo nie jest to muzyka melodyjna, której oczekują miliardy ludzi.

Utwór hip-hopowy, techno, albo rapowy może wyprodukować nie tylko przeciętny muzyk, ale także realizator dźwięku, a nawet dyskotekowy DJ. Nie jest konieczny udział kompozytora w tym procesie. Do produkcji bylejakości wystarczy chciejstwo. A w niezbyt odległych czasach, kiedy rolę guru pełnił tak świetny majster, jakim był Quincy Jones – chciejstwo nie wystarczało, bo obowiązywał profesjonalizm i... talent.

Kryzysowy stan nie mógł trwać w nieskończoność. Lobby białych przygotowało ripostę w odpowiednim momencie i w odpowiedniej formie.

Błyskawicznie i bardzo skutecznie zaczęto lansować muzykę latynoską. Po wydaniu kilku takich płyt, wykonano spektakularny ruch. W Los Angeles, na rozdaniu Oscarów wystąpił Ricky Martin, prezentując efektowny show. Jeśli nie był przedtem uznaną gwiazdą, a wystąpił podczas oglądanej przez cały świat, najbardziej prestiżowej gali show-biznesu, organizowanej w krainie snu, gdzie słuchali go niemal wyłącznie właściciele co najmniej 8-cyfrowych kont – to oznacza, że wysłało go tam potężne lobby. A potężne lobby nie uaktywnia się bez ważnego powodu...

Potem, podczas innej gali (transmitowanej), Grammy Awards wręczono Carlosowi Santanie i na jakiś czas reguły gry zostały ustalone. Znamienne jest także i to, że gwiazda Whitney Houston wyszła ze wspomnianej imprezy na tarczy (już ma z górki?), bo zaszczytniejsze trofea stały się łupem białej małolaty – Britney Spears.

Strategia prosta, jak futerał cepa – mawiają intelektualiści. Postawiono na muzykę radosną i melodyjną, dającą się lansować na wszystkich polach eksploatacji. Do niedawna było z tym różnie. A pola eksploatacji – to pieniądze. O ile rap, hip-hop i techno-music można było do woli odtworzyć w dyskotekach (też nie we wszystkich, bo są to muzyczne manifesty określonych subkultur), to w radiu i telewizji wspomniane style były mało strawne i groziły utratą słuchacza.

Moda na muzykę latynoską ma także skutki uboczne. Wpływa choćby na intensywność życia nocnego w kurortach całego świata latem i w karnawale.

Wywołała także istotne i chyba zamierzone przewartościowanie. Zaczynają uaktywniać się odsuwani przez parę lat muzycy dysponujący rzetelnym warsztatem. Muzyki latynoskiej nie da się stylowo wyprodukować na komputerach. Ona wymaga brzmienia instrumentów „żywych”, a także uzyskiwanej na „żywych” instrumentach artykulacji. Ba! Trzeba tę muzykę umieć stylowo skomponować i stylowo zagrać. A to już przerasta możliwości komputerowych pseudomuzyków i pseudokompozytorów.

Jedno wydaje się pewne – o ile dekada lat 90. upłynęła pod znakiem kłócącej się ze zdrowym rozsądkiem dominacji muzyki preparowanej na komputerach, o tyle obecny trend jest zapowiedzią powrotu do stanu równowagi. Bossowie światowego show--biznesu wyciągnęli wnioski z przyczyn uwiądu jazzu. Dopóki był on muzyką radosną, spontaniczną i bez przesady wyrafinowaną – dopóty był popularny. Na przełomie lat 70. i 80. jazzmani tak dalece tę muzykę poudziwniali (bardziej grali dla siebie, niż dla słuchaczy) i tak dalece rozminęli się z oczekiwaniami rynku, że wyprowadzili ten gatunek muzyki daleko na peryferie, skąd – mimo szczerych chęci – wydostać się nie mogą. Doszło do tego, że dziś świetni jazzmani w USA cieszą się, jak mogą zagrać w klubie za 200 dolarów.

Nagły zwrot w kierunku muzyki latynoskiej przywraca rynek do normy. Muzyka rozrywkowa ma relaksować, przynosić radość i ma być melodyjna (hity). Wybór latynoskiej gwarantował na wszystkich kontynentach dobry rezonans, na co zapracował kiedyś słynny turysta – Krzysztof Kolumb. Dziś hiszpańskojęzyczni artyści – Carlos Santana (Meksyk), Ricky Martin (Puerto Rico) i Jennifer Lopez (USA, kiedyś Kuba) mają swoje 5 minut na topie. A blednąca gwiazda Whitney Houston ma potrzebę nagrywać singiel i kręcić videoclip (tandetnie zmysłowy) z kiepskim wokalnie, ale popularnym i słodkim, jak landrynka Hiszpanem Enrico Iglesiasem, o czym jeszcze przed dwoma laty ten obiekt westchnień małolatek nie śmiałby marzyć.

W czasach dla dzisiejszej młodzieży przedpotopowych, jego ojciec – Julio Iglesias wystąpił na Festiwalu Sopockim, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Po latach, kiedy w Europie i Ameryce Południowej był popularny – ruszył na podbój USA.

W kręgach amerykańskiego show-biznesu krążyła taka anegdota: podejmując próbę wejścia na ten rynek, Julio musiał uzyskać „namaszczenie” mafii. A to dlatego, że jego repertuar adresowany był do „targetu” (docelowej grupy odbiorców) Franka Sinatry – pupila mafii. Podobno podczas spotkania z bossami Julio usłyszał: „A śpiewaj sobie, tylko pamiętaj, że dopóki żyje Frank – możesz być co najwyżej drugi”. Julio nagrał w Stanach płytę, ale nie był nawet 22...

Wszystko wskazuje na to, że próba podboju Ameryki podejmowana tym razem przez Enrico, także będzie nieskuteczna. Mafia nie ma z tym nic wspólnego, ale Enrico musiałby przejąć target Ricky Martina i też być co najwyżej drugim, bo wokalnie jest mniej przekonujący. Nie tylko wokalnie. Ricky Martin, z którego na scenie kipi temperament, też ma miliony wielbicielek. W jednym z wywiadów biedak uskarżał się, że setkami pchają mu się do łóżka. Co się na tym świecie porobiło? Kiedyś niejaki Rasputin robił swoje (w mniej komfortowych warunkach) i przed nikim się nie użalał...

Ale wróćmy do rzeczy. Carlos Santana, uhonorowany w jednym roku aż 4 statuetkami Grammy Awards, teraz nagrywa pospiesznie następną płytę, bo po tylu latach w showbusinessie (debiutował 32 lata temu!) wie doskonale, jak należy konsumować sukces wynikający z okoliczności koniunkturalnych. On wie, że nie jest mu dane to, co otrzymali w prezencie od losu wiecznie żywi (istnieją 38 lat) The Rolling Stones; i wiecznie na topie – bez względu na dokonania. Ci średniego kalibru muzycy (wspomagani podczas koncertów przez muzyków doangażowanych) utrzymywani są na głównej orbicie wszelkimi możliwymi sposobami, nie wyłączając programowych skandali.

Gdyby Mick Jagger rzeczywiście tyle pił i ćpał, ile przypisuje mu się w różnych pismach brukowych – zapewne już dawno piastowałby w piekle zaszczytną funkcję majordomusa diabła. Ale The Rolling Stones są wiecznie żywi dlatego, że są w Ameryce potrzebni. Amerykanie, mający hopla na punkcie dbałości o swoje samopoczucie, codziennie dają nurka w głąb swego ego i kiedy po penetracji swego stanu ducha są nie w sosie – ustawiają się w kolejce do psychoanalityka. Dlatego specom od socjotechniki zależy, żeby aplikować społeczeństwu bodźce, czyniące ludzi zadowolonymi z permanentnego umierania, jakim jest życie. Temu służy w końcu show-biznes.

Rolling Stonesi dostarczają takiego bodźca, nazywanego w socjologii elementem identyfikacji. Siedzący w bamboszach przed telewizorem łysy i brzuchaty Amerykanin, widząc na ekranie brykającego, 57-letniego Jaggera myśli sobie: „to mój rówieśnik”. Czuje się wtedy lepiej i jest uśmiechnięty. Zupełnie, jak Bill Clinton, który uśmiecha się chyba nawet do dziurki od klucza. To na wypadek, gdyby ktoś go podglądał. Powinien wtedy widzieć prezydenta uśmiechniętego, bo inaczej przecież być nie może w tym ziemskim piekielnym raju, jakim jest Ameryka...