home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks

Płyta "Imaginary Diseases", Petit Wazoo. (tl. andrzej rogowski)

Sprawowanie pieczy nad skarbcem to funkcja zastrzeżona dla Joe Travers’a a jej wykonywanie odbywa się na ograniczonym obszarze UMRK. Na szczęście dla nas wszystkich, chcących doświadczać piękna tam ukrytego, Joe wciąż znajduje w skarbcu muzykę inspirującą jego poświęcenie. Poniższe utwory pochodzą z dwóch koncertów (1972) i zostały wybrane oraz zmiksowane przez FZ pomiędzy 1972 a 1977. Tak, to prawda. Każdy z tych kawałków został wyprodukowany przez FZ. Wszystkie one są nagraniami na żywo. Żadnych overdubbów. Całą edycje wykonał FZ. Tak dla ścisłości, w tym samym czasie Zappa wyprodukował Over-nite Sensation, Apostrphe(‘), Roxy and Elsewhere, One Size Fits All, Bongo Fury, Zoot Allures, Zappa in New York i napisał też wiele jeszcze innych rzeczy w trakcie wielokrotnych tournee po Europie, Japonii, Australii, USA i Kanadzie.
Joe (Zarządca Skarbca) poszukiwał nagrań właśnie a tego okresu, gdyż wielu ludzi pamiętających tamte koncerty nie miało okazji usłyszeć ich nagrań w dobrej jakości. Należy wskazać zwłaszcza na Charles’a Urlich’a, którego upór i wytrwałość w domaganiu się nagrań Petit Wazoo zasługują na naszą wdzięczność. A Joe, który żyje dla Skarbca i dla uwalniania zamkniętej tam muzyki, odnalazł je zapisane na kilku rolkach dwuścieżkowej taśmy ¼ cala. Przegrał je wszystkie w UMRK, zebrał do kupy i oto jest!
Ale to dopiero początek! I to jaki!
Gra je 10 osobowy zespół kierowany przez FZ, nazywany przez niego też Mothers of Invention, choć wtedy był to zabieg już tylko marketingowy a także przejaw konceptualnej ciągłości. Dla wszystkich słuchających tej muzyki jest to po prostu Petit Wazoo.

FRANK ZAPPA Dyrygent, Gitara, Wokale
MALCOLM MCNABB Trąbka
GARY BARONE  Trąbka / Flugelhorn
TOM MALONE Tuba / Saksofony / Trąbka Piccolo / Trąbka
EARL DUMLER Instrumenty Dęte
GLENN FERRIS Puzon
BRUCE FOWLER Puzon
TONY DURAN Gitara
DAVE PARLATO Bas
JIM GORDON Perkusja  

1. Oddients 1:13
2. Rollo 3:21
3. Been To Kansas City in A Minor 10:15
4. Father O'Blivion 16:02
5. D.C. Boogie 13:27
6. Imaginary Diseases 9:45
7. Montreal 9:11

Steve Vai
Imaginary Diseases

Wielu starało się określić na czym polega twórczość Franka, lecz wszystko co pisał, grał, śpiewał albo mówił zaprzeczało wszelkim próbom kwalifikacji. Imaginary Diseases to kolejny klejnot Zappy niemożliwy do wtłoczenia w żadną kategorię, nie pasujący do żadnej etykiety. I takim go właśnie lubimy.

Niektóre kawałki z Imaginary Diseases pozwalają nam wejrzeć głębiej w istotę twórczego podejścia Franka do własnego dzieła. Czasami pracował nad fragmentem muzyki, wydawał go a następnie wracał do niego i ponownie go rozwijał. Pamiętam, że kiedyś pokazał mi 10 różnych wersji rozwoju akordów dla „Twenty Small Cigars” – i jeszcze więcej dla „Village of the Sun”.

W utworze czwartym tej płyty, „Father Oblivion”, możemy usłyszeć elementy i fragmenty, które zostały później rozwinięte w „The Seno Pool” oraz w „Greggery Peccary”, Be-Bop Tango”, „Cucamonga”, jak również inne możliwe kombinacje, których pewnie nigdy już nie odkryjemy, a które w sumie wplatają się w „Konceptualną Ciągłość” muzycznego kosmosu Franka.

Frank jest obecnie uznawany za artystę o historycznym znaczeniu a przyszłość z pewnością jeszcze bardziej to znaczenie wyeksponuje. Udokumentowana historia muzyki pokazuje nam bowiem, że przyszłość nie jest określana przez muzyczne trendy przeszłości. I Bogu dzięki.

Jako gitarzysta, który pracował z Frankiem, mam to szczęście, że grałem w kilku jego zespołach. Zapisałem niezliczone godziny jego gry na gitarze i stałem metr od niego na scenie przez wiele miesięcy tournee patrząc jak każdego wieczora przez półtorej godziny gra swoje sola.

Słuchając gry Franka w tych nagraniach uzyskujemy kolejne potwierdzenie, że jego talent do improwizacji, do spontanicznej kompozycji na scenie nie był niczym ograniczony. Zdaje się nigdy nie powtarzać, jego gra zawsze brzmi perfekcyjnie i jest po prostu cholernie dobra.

Jeśli słuchasz muzyki Franka po raz pierwszy i trafiłeś właśnie na Imaginary Diseases, to pewnie skrobiesz się po głowie i myślisz sobie „Co to, nigdy jeszcze nie słuchałem niczego tak zróżnicowanego, tak pełnego muzyki i zabawnego zarazem.” Możesz nawet poczuć się nieco oszukany przez korporacyjne rozgłośnie radiowe, rzadko puszczające muzykę Franka, a które zamiast tego karmią cię codzienną porcją mdłej odgrzewanej muzycznej papki.

A jeśli jesteś oddanym fanem Franka, na pewno nie jesteś sam. Po wysłuchaniu tej płyty też pewnie skrobiesz się po głowie zastanawiając się z niedowierzaniem jak jest możliwe na tym Szarym Bożym Świecie, że jest taki facet, który umarł w kwiecie wieku 52 lat (młodo jak na kompozytora), którego śmiało można uważać za najbardziej płodnego artystę w historii i którego dzieło daje świadectwo twórczych możliwości istoty ludzkiej, i którego styl wymyka się wszelkim próbom klasyfikacji – a jest to tylko jeden z wielu czynników składających się na geniusz Franka Zappy.

A ty, miłośnik Zappy, po wysłuchaniu katalogu jego nagrań z 30 (a nawet chyba i 40) lat, po rozkoszowaniu się wszystkimi tymi błyszczącymi klejnocikami, którymi nas obdarzył, być może poznasz ich jeszcze więcej. Pomyśl sobie:

Przed swoim domem zbudował podziemny schron i złożył tam niezliczone skarby podobne temu jaki masz teraz przed sobą, i ta obfitość niewydanych nagrań jest tak przeogromna, że nawet przez resztę swego życia (bez względu na to jak stary już teraz jesteś) nie zdołasz wysłuchać ich wszystkich.

I nie zapominajmy też o około 400 pracach na Synclavier, które na różnym etapie ukończenia, spoczywają w cyfrowym błogim śnie.

Co jest kurwa, Frank?

Może muzyka Franka dotknęła cię tak głęboko, że chciałbyś chwycić go za ramię i powiedzieć, „Czy wiesz jak wiele dla mnie zrobiłeś i jak bardzo polepszyłeś moje życie? Jak to możliwe, że ktoś może posiadać taką ponadczasową i niezgłębioną wyobraźnię? Czy wiesz, że cię kocham?”

Ale wtedy rzeczywistość trzepie nas otrzeźwiająco po twarzy przypominając, że Frank miał na tyle czelności, by zostawić nas nim mieliśmy szansę mu to powiedzieć.

Co za tupet.

Jeszcze raz posłuchać proszę – tym razem trochę głośniej.

STEVE VAI