home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks

Są to fragmenty wywiadu, którego Mike Keneally udzielił Society Pages. Ukazał się w Society Pages w 1991, No 6. Dotyczą The Best Band. (tł. andrzej rogowski)

(...)

SP: Czy masz jakieś informacje o mającym się ukazać albumie MAKE A JAZZ NOISE HERE oraz o płycie z serii YCDTOSA?

Mike: No cóż, może w tym roku PHASE 3 się ukaże, a może nie. Naprawdę to wiem tylko tyle ile było wydrukowane w SOCIETY PAGES. Być może w tym roku ukaże się album z muzyką na Synclavier. A potem coś z BEAT THE BOOTS! Z wytwórni Rhino. To na pewno się pojawi. Mnóstwo nowych rzeczy ukaże się w tym roku, nie jak w zeszły, gdy wychodziły same wznowienia. Naprawdę dużo nowych rzeczy. Powiedziałbym, że nawet jeśli ukaże się tylko THE BEST BAND, STAGE VOLUME 4, MAKE A JAZZ NOISE HERE i dziesięć płyt z butlegami, to prawdopodobnie i tak za duży wydatek jak na jeden rok.

SP: Czy słyszałeś „When Yuppies Go to Hell”?

Mike: Słyszałem około sześciu wersji tego utworu i wszystkie one są fascynujące. Nie wiem jaka wersja ukaże się na płycie.

SP: Czy może to być ta instrumentalna wersja, którą graliście w Brighton?

Mike: Nie pamiętam co graliśmy w Brighton., ale...

SP: Myślę, że było to „The Desiccated Number.”

Mike: Och, „The Desiccated Number”. Myślę, że jest tam, ale nie całkiem taki sam. Jest o wiele dłuższy i łączy w sobie wiele improwizowanego materiału, wiesz, to ze środka „Pound For A Brown” czy „King Konga” gdzie wszystko może się zdarzyć. Jest to tego rodzaju kompilacja.

SP: Coś jak „The Eric Dolphy Memorial Barbecue”?

Mike: Cóż, coś podobnego, ale bardziej zorientowane na Synclavier. Powód dla którego tak to zostało nazwane jest taki, że jest tam sample „Yer goin’ to hell!”. Jest tam sporo tego. I będzie tam też prawdopodobnie kawałek, gdy Frank naciska guzik i pojawia się „Yer goin’ to hell,” a potem Bobby Martin odpowiada na to i przechodzi to w duet. Było to naprawdę świetne, i Frankowi też się bardzo podobało. Słyszałem kilkanaście wersji tego utworu.

(...)

SP: Co sądzisz o THE BEST BAND YOU NEVER HEARD IN YOUR LIFE?

Mike: Myślę, że jest znakomita. Jest to doskonały dokument. Usłyszenie tego na płycie było prawdziwą przyjemnością, bo słuchałem wcześniej nagrań z widowni, ale nie są one najlepsze, oraz słyszałem też gdy to graliśmy, ale wtedy trudno delektować się muzyką, nie tak jak w domu gdy siedzisz sobie w spokoju. Po paru latach, obiektywnie to oceniając, brzmi to jak świetny album Franka Zappy. Uważam, że jest naprawdę dobry.

SP: Jak oceniasz to, że w jednym utworze łączy kilkanaście wersji z różnych koncertów?

Mike: Inaczej nie da się tego dobrze zrobić. Są tam utwory nagrane w trakcie jednego koncertu, ale jest wiele wziętych z różnych miejscowości, są też pomyłki w przypisach. Interesujące wydało mi się to, że Frank wybrał „Bolero” i „Stairway To Heaven” na singiel, ponieważ z technicznej strony były to dwie najgorsze piosenki na całej płycie, rytmicznie nierówne i czasami grane nie tak jak trzeba. Wydawało mi się trochę dziwne to, że wybrał je na singiel, bo wielu ludzi usłyszało je i powiedziało sobie: „O kurwa! Czy cała płyta będzie tak brzmieć? Nie potrafią nawet zagrać w tempie.” Ale reszta albumu brzmi o wiele lepiej niż te dwa utwory, ale jest to właśnie przykład, że nawet po kompilacji nie są one doskonałe, więc prawdopodobieństwo uzyskania jednej doskonałej wersji z jednego koncertu jest dosłownie minimalne, i nie tylko dlatego, że jest to trudna muzyka, ale głównie dlatego, że jest dwunastu wykonawców i nawet jeżeli jedenastu zagra doskonale, to znajdzie się zawsze jeden, który zrobi błąd.

SP: Czy jest prawdą, że Robert Plant był na widowni w Londynie?

Mike: Był (18 Kwiecień 1988) ale niestety wyszedł w czasie przerwy, a „Stairway To Heaven” graliśmy w drugiej części, więc przegapił to. Kiedy więc Frank powiedział, „Dzięki, Robert,” Roberta już nie było (śmieje się). Moja żona siedziała obok niego na widowni i w pewnym momencie zapytał ją, „Czy słyszysz bas?”, bo Wembley ma taką beznadziejną akustykę, w Londynie gorsza jest chyba tylko w Marquee. Moja żona odpowiedziała, że nie słyszy, a on na to, „Brzmi trochę dziwnie, nieprawdaż?” Oczywiście żona cała się trzęsła gdy Robert Plant zadawał jej te wszystkie pytania. No, nie wiem. Może dlatego, że dźwięk nie był najlepszy. Wyszedł zanim zagraliśmy „Stairway To Heaven”, ale było to miłe z jego strony, że przyszedł, nawet na godzinę. Na szczęście będzie inna wersja „Stairway” na płycie YCDTOSA, „Stairway To Starwars”, „Stairway To Cornhole”, czy coś takiego, a Frank wypuszcza coraz to nowe wersje „The Totrure Never Stops”, mamy wersję z Adrianem Belew, mamy naszą wersję, i będziemy niedługo mieli wersję „Why Doesn’t Somebody Get Him A Pepsi?” (wersja z YCDTOSA4), ale jest jeszcze jedna wersja „The Torture Never Stops” z 1988, z ostatniego koncertu tournee, wersja „Jellyfish/Pizza”, która jest kurewsko zabawna! Podobała mi się wersja „Swaggert”, ale ta jest naprawdę zadziwiająca a Frank przyrzeka, że w końcu się ukaże, tak więc klient będzie miał wiele wersji „The Torture Never Stops” do wyboru. (śmieje się)

SP: Chce dodać jeszcze jedną do LIVE IN NEW YORK.

Mike: Och, LIVE IN NEW YORK? I tam będzie “Torture”?

SP: Tak, i „Cruising For Burgers”, taka sama aranżacja jak ta grana w 1988. (wersja 1988 jest z wokalem).

Mike: Tak, nigdy nie słyszałem tej wersji sprzed 1988. Nie słyszałem wersji „Cruising For Burgers” z LIVE IN NEW YORK. Prawdę mówiąc była to moja ulubiona piosenka a trakcie tournee. Nie mogę się już doczekać by usłyszeć ją na JAZZ NOISE.

SP: Słyszałem, że była grana na próbach, wokale. Słyszałem też, że graliście „Dumb All Over” na próbach.

Mike: Czy kiedykolwiek graliśmy „Dumb All Over” na koncercie?

SP: Nie, tylko na próbach.

Mike: Wiele z tego co dzieje się na próbach nigdy nie jest grane potem na koncertach.

SP: Tak jak „Purple Haze”.

Mike: Nie. Zrobiliśmy jedną wersję na żywo „Purple Haze” (26 Maj 1988, Furth, Niemcy), ale nigdy na przykład nie zagraliśmy na żywo „Sunshine Of Your Love”.

SP: A co z „Rhapsody In Blue”?

Mike: To jedna z tych rzeczy, które wiem że graliśmy tylko dlatego, że jest tak zapisane w programie, ale zupełnie nie pamiętam bym to grał. Prawdopodobnie odbyło się to tak: Frank wziął nuty i powiedział, „Paul, weź saksofon i zagraj to”. Grasz wtedy ze 30 sekund, i gdy utwór jest zaaranżowany a zespół nie wie jak go zagrać, to wszystko się rozpada. Brzmi to jak katastrofa kolejowa. Więc kiedy Frank mówi, „Zobaczmy jak to zabrzmi”, a potem brzmi to jak gówno, to on mówi, „No dobra, zagrajmy „Zombie Woof”. Ale nawet najmniejszy kawałek, którego się nauczyłem, który zapisałem, szybko staje się elementem folkloru grupy.

SP: Czy wszystkie próby były nagrywane?

Mike: Nie, nie wszystkie. Z rozmysłem nagrał te z „Purple Haze” i „Sunshine Of Your Love”, bo wiedział, że chce mień dobre wersje tych piosenek na płytę, i domyślam się, że sceptycznie myślał o naszych możliwościach zagrania ich na żywo, i także dlatego, że aranżacje były zrobione tuż przed nagraniem, a on chciał by było to zrobione na gorąco. Jest na przykład około dziewięciogodzinne wideo z prób piosenki „Jesus Thinks You’re A Jerk”, ciekawa rzecz, ale trzeba by zrobić sobie przerwę przy oglądaniu.

SP: Jedno pytanie, na pewno coś co fani chcieliby wiedzieć, o zakończenie tournee? Z twojego punktu widzenia. Mógłbyś p tym opowiedzieć?

Mike: Tak. Wszystko zaczęło się jako konflikt personalny pomiędzy dwoma członkami zespołu. Jeden z nich miał dar przekonywania i przy końcu tournee zdołał zdobyć sympatię innych członów zespołu. Problem stał się widoczny już na początku, w Stanach, i w Europie podział już był wyraźny. Było „tych dziewięciu facetów” oraz ja, Frank i Scott. Coś jakby pozytywne charaktery i chcący ich zlinczować tłum. Ktokolwiek spotkał Scotta, wie, że nie jest to jakiś przeciętny gość. To wyjątkowa indywidualność. Bardzo rygorystyczny. Bardzo uczciwy. Brutalny i szczery. I kiedy prowadził próby pod nieobecność Franka,  to wszystkie te jego cechy się ujawniały, ale wszystko to służyło dobru zespołu, by robota była dobrze wykonana. To że zespół tak świetnie grał , to w dużej mierze zasługa Scotta i jego poświęcenia. ALE! W grupie było wielu weteranów, i szczególnie jeden facet, ten który miał ten problem ze Scottem, w czasie poprzednie tournee prowadził próby. Potem odszedł na jakiś czas a gdy wrócił, to nagle okazało się, że to Scott odpowiada za prowadzenie prób. Pewnie poczuł, że jego autorytet na tym ucierpiał. Pewnie był to dla niego problem. Głównie jednak był to problem dwóch różnych osobowości, a Scott nie próbował się bronić, nie próbował też się zmieniać. Po prostu trzymał się tego co wyraził słowami: „Powinienem mieć możność bycia takim jakim jestem, i każdy w grupie powinien to zaakceptować, bo to niedojrzałe oczekiwać od kogoś by się zmienił tylko dlatego, że ktoś go nie akceptuje.” Ja sam mówiłem wiele razy: Zespoły Franka Zappy to raj dla nonkonformistów ... popatrzmy na lata 60. czy którykolwiek z tamtych facetów był jakimś grzecznym przyjemniaczkiem? Jestem pewien, że wszyscy byli zdrowo walnięci. Musieli być świrami. A Scott jest walnięty, ale jest też geniuszem, najlepszym basistą na świecie. Dlaczego więc nie tolerować jego ekscentryczności, gdy widzi się co daje w zamian? Potem jednak pojawiły się problemy z muzyką, bo styl gry Scotta jest bardzo unikalny, nie jest to jazz, i goście od „jazzu” w zespole zaczęli mieć obiekcje do jego gry, nie podobały im się nuty które wybierał. Zawsze mówiłem, że w zespole powinna być jedna osoba, która decyduje czy nuty, które się gra są do przyjęcia, a jest to osoba, która nam płaci. To jest Frank Zappa. Więc jeżeli Frankowi podoba się to co gra Scott, to zamknijcie się. To wszystko! Ale oni widzieli to inaczej. No więc przy końcu europejskiego tournee Frank podszedł do wszystkich i powiedział, „Mamy zarezerwowane terminy na całym Zachodnim Wybrzeżu (i w innych częściach Stanów) na kilka miesięcy. Mamy grać jeszcze dziesięć miesięcy. Czy zrobicie to jeżeli Scott zostanie z nami?” Za wyjątkiem mnie wszyscy powiedzieli nie, co jest przykładem najgłupszej niedojrzałości z jaką się spotkałem, a której każdy z nich potem żałował. Dwa miesiące później mówili ... teraz uogólniam, ale każdy z kim rozmawiałem żałował tej decyzji, mówili że chcieliby znowu grać. THE BEST BAND jest dobrym albumem, zespół też był dobry, ale nie miał okazji pokazać swojego pełnego potencjału.

SP: Czy sprawa ta miała wpływ na muzykę?

Mike: Z pewnością. Jeżeli słuchałeś nagrań z ostatniego okresu, zwłaszcza z Włoch. Mam żal do Włochów. Na koncertach we Włoszech były „złe wibracje”. Podobało mi się w THE BEST BAND to że zespół brzmiał jak prawdziwa orkiestra.

SP: Czy utrzymujesz kontakt z niektórymi muzykami zespołu?

Mike: Widuje wszystkich od czasu do czasu. Wszyscy są bardzo zajęci. Regularnie widuje się tylko ze Scottem i oczywiście z Frankiem. Nie dlatego bym miał cokolwiek przeciwko nim. Utrzymujemy dobre stosunki. Niektórzy to naprawdę bardzo zabawni ludzie. Uwielbiam braci Fowler. Bruce i Walt są cudowni. Spędzałbym z nimi więcej czasu, ale zazwyczaj są bardzo zapracowani.

(...)