home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks


Läther - autor Simon Prentis

wyborny tekst doskonale dostosowujący się swym poziomem do muzyki, jeśli moje tłumaczenie nie oddaje jego całego bogactwa, to mea culpa (tł. andrzej rogowski)

Z geologicznego punktu widzenia, Läther jest niczym nieograniczonym wyborem, który w tym właśnie momencie czasów się ukazuje. Ale nie tylko, bo jest to też wydane po raz pierwszy arcydzieło (nawet jeśli nie stałeś tego pamiętnego grudniowego dnia roku 1977 z magnetofonem przy radioodbiorniku, to możliwe, że słyszałeś już te nagrania w jakiejś pół nieautoryzowanej wersji), jest to arcydzieło całym sobą. Bo Läther to nie tylko kwestia nostalgii starszego pokolenia: poza tym, że jest przykładem najlepszej i najbardziej zróżnicowanej twórczości Zappy, jest to też dla nas nie mająca precedensu okazja by obserwować Konceptualną Ciągłość w akcie samooczyszczania.

Jest to oczywiście również kwestia legendy. Obszerny zapis nagrań, ponad dwie i pół godziny, i nie ma chyba w tym nic za bardzo zaskakującego, że taka ‘szacowna’ firma płytowa, której szefom brakuje tolerancji dla wszelkich dziwności, mogła się wzbraniać przed wypuszczeniem tak wielkiej ilości nie poddającego się klasyfikacji materiału na rynek, którego skrajności wyznaczane były wtedy przez, z jednej strony, pedałkowate disco, a z drugiej przez wypuszczający pierwsze pędy punk. Uporczywa plotka od dawien dawna głosi, że wbrew wszelkim zobowiązaniom kontraktu, Läther została odrzucona w początkach roku 1977, by w końcu pojawić się w następnych dwóch latach – w atmosferze głośnych procesów – przeredagowana na kilka ‘bardziej gatunkowo spójnych’ płyt (są to Live In New Zork, Studio Tan, Sleep Dirt oraz Orchestral Favorites).

Byli też inni, którzy twierdzili, że nie, było całkiem odwrotnie; najpierw stworzono wersje oddzielne, a album Läther był tylko odważną próbą wydania całego materiału zanim jeszcze ruszyła cała ta prawna maszyna. Gail Zappa dała się w końcu przekonać i wyjaśniła, co się naprawdę stało; lecz ci z was, którzy wciąż czują się zagubieni wszystkimi tymi słownymi żonglerkami mogą pocieszyć się obserwacją Quentina Roberta de Nemeland (najwybitniejszy filozof wszechczasów - przyp. tł.) dotyczącą dotkliwości czasu: jądrem sprawy jest to, że nie ważne, co było najpierw, to, co otrzymujemy teraz to dwie całkowicie odmienne kompilacje materiału, który FZ osobiście zaaranżował i przygotował do wydania.

A więc? Spójrzmy na to tak: jeśli podoba nam się przeróbka jakiejś piosenki czy kompozycji (a w przypadku Zappy nie jest to trudne), to wyobraźmy sobie jak bardzo ekscytujące może być odkrycie, że koncepcja re-aranżacji tak naprawdę rozciąga się na całość twórczości, której każda część może być przemieszana z jakąś inną tworząc nowy porządek, serię wzajemnie pasujących do siebie kawałków, wytwarzając nowe formy i brzmienia właściwe dla danych okoliczności czy tematu. Oczywiście, jeśli przez te wszystkie lata zwracałeś uwagę na materiał koncertowy, to mogłeś zauważyć, że przez cały ten czas taka właśnie była główna idea: jednak większość potrzebuje płyty by dać się przekonać. I Läther ostatecznie to potwierdza – można by ci teraz wybaczyć nawet to, że uważasz Läther za przetarcie drogi przed kolejnym niezrozumianym arcydziełem, Thing Fish, ujawniającym przed tobą sekrety łączenia nowych całości na potrzeby takich przyjemności jak jedzenie albo taniec.

Gdyż ponad wszystko musisz zwrócić uwagę na rekombinacyjny potencjał dzieła Zappy. Wpływ harmonicznego klimatu, emocjonalny kontekst w jakim funkcjonuje każda melodia, wszystko to pasuje do strategicznego położenia każdej kompozycji: nieoczekiwane przemieszania materiału, znanego z innych kombinacji mogą wytworzyć nieprzewidziane powiązania i kontrasty. Jest to, panie i panowie, zasada Franka Zappy mówiąca, że KIEDY determinuje CO; Konceptualna Ciągłość jako Lego.

Lecz nawet jeśli twoje preferencje skłaniają cię bardziej ku statystycznym wykresom niż ku krzywym wyznaczającym granice kontynentalnego szelfu, to sednem sprawy (jak w przypadku każdego dzieła Zappy) jest muzyka: ‘jest to głównie instrumentalny album,’ i dopiero potem inne rzeczy. Zakres stylów obejmuje szeroką gamę od głupawej banalności popu w ‘Lemme Take You To The Beach’ do obscenicznie pięknych orkiestrowych elaboracji ‘Naval Aviation In Art?’, poprzez ostro zagrane jazzowo funkowe szkice aż do rysunkowych złożoności ‘Greggery Peccary.’ I jest jeszcze gra na gitarze, pokazująca wszechstronne mistrzostwo Zappy w sztuce wykonawczej. Gdyby nie te charakterystyczne niespójności czające się w tle, trudno byłoby nam uznać – podobnie jak w przypadku The Lost Episodes – że tak wiele muzyki wykonanej w tak wielu różnych stylach (z tak wielką precyzją oraz elegancją) może być dziełem jednego kompozytora.

Żaden inny artysta pracujący w tym medium (przez które rozumiemy ‘muzykę, gdziekolwiek można ją znaleźć,’ gdyż ograniczyć Zappę do pudełka z napisem rock&roll jest rozciąganiem definicji poza granice wytrzymałości) nawet nie zbliża się do obszerności oraz głębi muzycznej inwencji i wirtuozerii reprezentowanej przez Läther. I to nawet tylko jeśli chodzi o muzykę, bo jedną z wielkich przyjemności jaką daje obcowanie ze sztuką Zappy są słowa piosenek. Ostre, budzące ciekawość oraz wyraziste studia zachowań gatunku homo sapiens, poddają publicznemu oglądowi najśmieszniejsze intymności tego zdesperowanego indywiduum jakie każdy z nas w sobie nosi, mistrzowskie i oryginalne użycie języka podkreślającego nieokiełznane popisy humoru. Kochaj to albo nienawidź (a kiedy już w to wejdziesz, to nie będziesz mógł już wyjść), to co dzieje się tutaj jest, jeśli nie całkowicie bezprecedensowe, to tak temu bliskie, że naprawdę nie robi to żadnej różnicy.

Podobnie jak Joyce (James, wiesz, to ten drugi facet z upodobaniem do damskich majtek) Zappa okiełznał całe dostępne mu słownictwo i uczynił je swoim własnym. Jego zakres, paleta, zastosowanie oraz zwartość są na poziomie nieosiągalnym dla jego współczesnych (Myślisz może, że jest inaczej? No cóż, popróbuj sobie...) a mimo to niektórzy wciąż mają czelność sądzić, że to ‘muzyka komediowa.’ Kreatywność, równowaga oraz śmiałość wybite są na wszystkich kompozycjach jak pieczęcie będąc ciągłym źródłem inspiracji dla tych, których uszy służą do czegoś więcej niż tylko słyszenia. W kontekście współczesnych porównań, ‘Czytaj i Płacz’ jest naprawdę godnym polecenia sloganem, ale łzy, kiedy się już pojawią, będą to łzy szczęścia.

 

Płyta Pierwsza

Re-Gyptian Strut
Przepełnione lepkimi dźwiękami sekcji dętej i mocnym kabaretowym fortepianem, ‘Re-gyptian Strut’ jest nieoczekiwanym początkiem zważywszy jego znaną już pozycję gdzieś w tylnym szeregu płyty Sleep Dirt. Ale Zappa nigdy nie wybierał niczego lekkiego na otwarcie, i poza zasugerowaniem nam, że miejsce tego małego acz przebogatego numeru jest gdzieś bardziej z przodu, to tworzy on jeszcze właściwy nastrój przed oczekującym nas ogromem: potężna mieszanka tandety, uroku, kiczu i pompatyczności.

Naval Aviation In Art?
Niewątpliwie jeden z pierwszych kandydatów na kompozycję Zappy, którą chciałbyś zabrać na bezludną wyspę, ten wyjątkowy utwór zamyka w sobie tak wiele treści, że nawet w tej, okrojonej wersji, prezentuje istotę Zappowskiej estetyki z zadziwiającą wyrazistością. Zręcznie wciśnięty pomiędzy wspomnianą uprzednio bombastyczność i ‘muzykę komediową’, która po nim następuje, połyskuje czystym napięciem i wrażeniem przestrzeni, które zaprzeczają widocznemu brakowi gęstości. Obowiązkowa muzyczna lektura dla tych, którzy myśleli, że ‘Dinah-Moe-Humm’ to wszystko czego warto posłuchać.

A Little Green Rosetta
Niezręcznie wkraczając w typową zmianę od subtelności do śmieszności, słowa tej piosenki stanowią szyderczy komentarz dla wszystkich tych, którzy mogliby poczuć pokusę przytupywania do rytmu: lecz choć w końcu przekształcona w nie synkopowane i rozbudowane zakończenie płyty Joe’s Garage Act III, to ta wcześniejsza wersja bardziej się zbliża do ukrytej dzikości szczerzącej ku nam zęby spod lukrowanej powierzchni – gdy piosenka nagle przekształca się w poszczerbiony i napięty moment, dźwiękowy ozdobnik jak świecący punkt następujący po kretyńskiej, ciasteczkowej muzyce, znanej również jako ‘Ship Ahoy.’

Duck Duck Goose
Wybuch szalonej gitary, po której następuje kolaż luźno powiązanych ze sobą kawałków i dźwięko-podobnych fragmentów pochodzących z sesji nagraniowych Lumpy Gravy zmieszane z Varesjańską muzyką konkretną: jest tak, jakby zaprawa użyta pomiędzy innymi ścieżkami nagrań nagle zaczęła żyć własnym życiem i stała się samodzielnym utworem. I jeszcze jedno, jeśli chodzi o zaprawę: dla tych, którzy wciąż zastanawiają się o co w tym wszystkim chodzi, zobaczcie ile energii i entuzjazmu wkładał Zappa w te nagrania, co zaobserwować można w krótkich fragmentach Baby Snakes gdy kamera pokazuje pracę w studiu.

Down In De Dew
Ciekawie skonstruowane solo momentami przypominające ‘Toads of the Short Forest.’ Zwróć uwagę na szalone tempo perkusji, która, według tego, co mówił FZ (sprawdź kasetę Guitar World, na której nagranie to się pojawia po raz pierwszy ‘oficjalnie’) była podstawą, na której ta kompozycja została zbudowana.

For The Young Sophisticate
Przykład warczącej gitary Zappy (możesz sobie pomarzyć, Eric) otwiera i następnie podkreśla to lżejsze, delikatniejsze wykonanie tego utworu, niż, na przykład jego koncertowa wersja pojawiająca się na Tinseltown Rebellion. Z tekstowego punktu widzenia, klasyczny przykład pasji FZ dla ‘alternatywnej informacji na temat zachowań obiektu,’ zabawne (i, zwróć uwagę proszę, zrównoważone) upokorzenie zarówno wizerunku własnego młodego wykształconego jak i udawanych trosk owej pani: umysł jako najbrzydsza część ciała.

Tryin’ To Grow A Chin
Utwór ten rozpoczyna ciąg trzech kolejnych piosenek opartych na idei ‘alternatywnej informacji,’ przedmiotem których są narzucane nam przez nas samych traumy społecznych i seksualnych związków, a które w oryginalnym zestawie składały się na stronę drugą czteropłytowego zestawu. ‘Tryin’ To Grow A Chin’ (absurdalnie wyostrzony obraz) poświęcony jest wszystkim nastoletnim ofiarom rodzicielskiej obojętności, muszących znosić ból, który dla wielu będzie ciężarem na całe życie. Burzliwe współzawodnictwo mongoidalnych rytmów i procesów myślowych.

Broken Hearts Are For Assholes
Arcydzieło niczym nie skrępowanej szczerości, ta świetna piosenka podejmuje temat tam gdzie pozostawił go ‘Tryin’ To Grow A Chin.’ Poświęcone, jak zwykle, kwestii higieny psychicznej, zaczyna się następującą frazą: ‘Niektórzy z was może się nie zgodzą, ale lubicie nieszczęścia...’ Na wskroś zaproblemione indywiduum (poznajemy kogoś?) poszukuje pociechy w królestwie prawdziwej miłości, tylko po to, by gorzko się rozczarować. Po tej analizie wkraczamy w świat pokręconych erotycznych fantazji, lecz zaraz, w typowym dla Zappy momencie, wyciąga nam się dywan spod nóg: ‘lecz już zapomniałeś co ci mówiłem...’ Niektórzy cytują tą piosenkę jako przykład arogancji Zappy, lecz na koncertach podczas powtórzeń ‘jesteś palantem’ zwykł wskazywać na siebie: nikt nie wymknie się z kręgu karuzeli. Cyniczne? A może wolisz się pochylać...

The Legend Of The Illinois Enema Bandit
To zaś zręcznie przenosi nas w pobliże tego, kto z pewnością to robił. Większość krytyki jaka spotykała Zappę za ‘polityczną niepoprawność’ myliła posłańca z wiadomością, a oburzenie z jakim spotyka się ta piosenka (nawet ze strony tych, którzy zawsze wiedzą lepiej) nie jest żadnym wyjątkiem. Utwór ten jest przejrzystym przykładem tego, jak gazetowa wiadomość staje się ‘materiałem na piosenkę,’ jedyne co może budzić tu śmiech, to absurdalność całej tej sytuacji: trudno chyba uwierzyć w to, że zachowanie takie jest tu pochwalane. Kombinacja seksualnego zboczenia, prawnej niekompetencji oraz nowej metafory na efektywność kształcenia w szkołach wyższych, połączone z okazją usłyszenia prezentera ogólnokrajowej telewizji wykonującego wstęp do utworu, to wszystko było zbyt dobre by dało się to wytrzymać. Dla tych, którzy zwracają uwagę na takie szczegóły, gitarowe solo pokazuje jakie były prawdziwe odczucia Zappy na ten temat.

Lemme Take You To The Beach
W tym punkcie, będącym początkiem trzeciej strony w oryginalnym zestawie, mamy pełną orzeźwiających uczuć parodię szybkiej muzyki surfowej, cudownie zwariowanej z kilkoma przesłodzonymi wstawkami orkiestrowymi powciskanymi tu i tam w ową gęstwinę. Kolejność tego utworu jak i dwóch następnych jest identyczna z tą na Studio Tan, więc musiała być dobra.

Revised Music For Guitar & Low Budget Orchestra
Skrócona i mocno przerobiona wersja utworu oryginalnie napisana na skrzypce (mającego swoją premierę na płycie Jean-Luc Ponty’ego King Kong), jest prawdziwym filmem dla twoich uszu. Precyzja, wyrazistość jak i tajemniczość wymagane od (i wykonane przez) muzyków mogą przerazić zespół instrumentalistów na śmierć.

RDNZL
Wybuchając, jak gdyby chcąc odszyfrować skrót tytułu, RDNZL wystrzeliwuje niczym sztuczne ognie w kształcie rozety na dodatek jeszcze głośno świszcząc. Tak klawisze jak i solo Zappy (samo w sobie zagęszczony barokowy klejnot) do maksimum wykorzystują ‘ekonomię środków’ Strawińskiego doprowadzając muzykę do gorącej pasji: nietrudno wyobrazić sobie czysto muzyczną radość jak musiała towarzyszyć nagraniom tego utworu.

 

Płyta Druga

Honey, Don’t You Want A Man Like Me?
Rozpoczynająca stronę czwartą piosenka jest następną, która zdaje się denerwować niektórych (włączając w to tego krzykacza, tak doskonale uciszonego przez Zappę, podczas gdy orkiestra nie traci ani jednego taktu). Klasyczny obraz nieporadności tak częstej w kręgach samotnych, po równo rażący obie strony: ‘Panie, wy również możecie być dupkami’, może nie być tematem popularnym, lecz, jak mówią, do tanga trzeba dwojga. Obrażone przedstawicielki rodzaju żeńskiego mogą pocieszyć się faktem, że zachowanie przedstawiciela rodzaju męskiego w tym konkretnym przypadku nie może być raczej interpretowane jako pochlebne.

The Black Page #1
Brud nagromadzony po wałkami płynnie przechodzi w ten spektakularny popis perkusji, o którym powiedziano już wystarczająco dużo gdzie indziej: pozwól rozkoszować się twoim uszom i wyobraź sobie los tych szczęściarzy wyciąganych na scenę by wziąć udział w konkursie tańca, który często odbywał się w trakcie grania tego numeru.

Big Leg Emma
Kolejny przeskok od subtelności do czystego absurdu, tak po prostu, byśmy nie stracili kontaktu z rzeczywistością. Piosenka, zarazem oddaje cześć jak i ośmiesza, jak większość pastiszów Zappy, często pojawiała się na koncertach. Kapryśny palec losu, tym razem bez żadnych wątpliwości, wskazuje na facetów.

Punky’s Whips
Jeden z tych wspaniałych numerów koncertowych, aranżacja jest tutaj doskonałym kontrapunktem dla śmieszności tej prawdziwej przecież historii, która zostaje w utworze upiększona. Zapewnienia Bozzio o jego niewinności ‘Nie jestem gejem... nie jestem pedałem’ przeplatane są znanymi już eksplozjami sekcji dętej pełnymi dźwięków, których stopień zagęszczenia wykracza daleko poza możliwości większości orkiestr jazzowych. Rytmiczne napięcie następujące po histerycznym okrzyku ‘Może zechciałby... obciągnąć mi małego’ jest zarazem głęboko poruszające jak i seksualnie pociągające w sposób, który sprawia, że jesteśmy energetycznie naładowani. Hotcha. Aha, a jeśli pomyślałeś sobie, że są tu jakieś homoseksualne wibracje, to pewnie też wziąłeś ‘Big Leg Emma’ za piosenkę o miłości.

Flambe
Zachwycające w swej oryginalnej formie, dla tych, którzy mogliby mieć mieszane uczucia po wysłuchaniu wersji z dodanym wokalem, prominentne miejsce nadane tej skróconej ‘koktajlowo relaksowej’ wersji – jako otwarcie oryginalnej strony piątej – pokazuje szacunek jakim Zappa darzył ten utwór, co jest kolejnym głosem za Sleep Dirt, który wciąż pozostaje nieco lekceważonym albumem.

The Purple Lagoon
Mocny kawałek, który zdaje się podejmować temat w miejscu gdzie pozostawiły go Waka/Jawaka oraz The Grand Wazoo: wirtuozowskie wykonanie Braci Baker może posłużyć za kolejny przykład mistrzostwa z jakim Zappa potrafił skłaniać muzyków do perfekcyjnych wykonań nawet bez ich świadomego w tym udziału. Jazzowe a jednak też jednocześnie krwiste, jego bogactwo oferuje dość oryginalności by jakiś mniej utalentowany muzyk mógłby zbudować na nim całą swoją karierę. Wysmakowane wstawki Patrick’a O’Hearn’a są niczym nieskalaną przyjemnością.

Perdro’s Dowry
Otwierające stronę szóstą, konceptualnie wciśnięte pomiędzy ‘jazzowe’ kawałki, a poza (obecnie) sąsiedztwem orkiestrowych utworów, wśród których zazwyczaj się pojawia, ten nagły zwrot w kierunku kreskówki jest inspirujący. ‘Orkiestrowe granie’ niesie ze sobą tak wiele dodatkowego bagażu, że często trudno jest niewprawnemu uchu usłyszeć muzykę, ale posłuchaj tego jakby grane to było przez zespół bez smyczków, a dostrzeżesz wtedy całkiem nowe widoki (możesz spróbować tego samego zabiegu z Yellow Shark).

Läther
Właściwa wymowa tego zmutowanego niemieckiego słowa fetysza jest nam, oczywiście, zaprezentowana w otwierającym płytę dialogu, bulgocząca krzyżówka pomiędzy ‘lather’ i ‘leather’ prowokująca zwiększone wytwarzanie bąbelków ze spienionych nosów podnieconych przez terpsychoryczny splendor odzianych w skórę bywalców klubu Mudd. Tytuł ‘Obiecuję, że nie spuszczę ci się w usta’ wybrany na użytek płyty ‘Live In New York nie pozostawia zbyt wiele wątpliwości co do ‘niedelikatnych’ implikacji kryjących się za grą fonetycznego rezonansu powodowanego przez umlaut, ale, jakoś to przecież trzeba nazwać. Muzyka, jak powiedział kiedyś Varese, może wyrażać tylko siebie samą. Prawdopodobnie nikt mu nigdy nie zrobił dobrej laski.

Spider Of Destiny
Nawet bardziej niż w przypadku ‘Flambe’ pomoże tu znajomość słów. Oczywista absurdalność akcji filmu klasy B, pokazana na płycie Sleep Dirt w wersji CD, ładnie dopasowuje się do śmiesznej pompatyczności melodii – ci z was, którzy potrafią, mogą sobie pośpiewać.

Duke Of Orchestral Prunes
Wzięty jako całość, album Orchestral Favorites może czasami wydawać się zbyt ciężki. Lecz tutaj, poprzedzony ‘Spider Of Destiny,’ ‘The Duke’ rozbłyskuje wdziękiem i stylem, mistrzowski przykład dojrzałości techniki wykonawczej Zappy (rozwiniętej jeszcze w ‘Filthy Habits’) stanowiącej tu pełen bólu kontrast dla przerysowanego akompaniamentu orkiestry.

 

Płyta Trzecia

Filthy Habits
Utwór stanowiący otwarcie oryginalnej strony siódmej (tak, to znowu Sleep Dirt, wiesz już o co tu chodzi?). Słowa są tu raczej zbędne, poza tą drobną uwagą, że było to ulubione solo Zappy. Wykonanie wymyka się pojmowaniu: jest to muzyka, przy której się lata, przy której się płacze, i umiera. Oto dowód, jeśli jeszcze jakieś były potrzebne, że Hendrix siedzi u stóp Zappy w niebie.

Titties ‘N Beer
Głośna wyprawa na terytorium motocyklistów, zainspirowana być może tym, że ta grupa fanów zwykła pojawiać się na koncertach w pełnym rynsztunku. Także jedna z tych piosenek, które przyciągają uwagę tych starających się doszukiwać akcentów mizoginicznych w twórczości Zappy, ale powtórzmy raz jeszcze, obraz protagonisty rodzaju męskiego w żaden sposób nie da się potraktować jako pochwała opisywanego zachowania.

The Ocean Is The Ultimate Solution
Czas by spoważnieć. Szybująca w przestworzach gitara skonfrontowana jest tu z akompaniamentem do niemożności rozczłonkowanym, który podryguje jakby po zażyciu śmiertelnej dawki strychniny. Pozwól by cię zassało do środka a zaraz będziesz chciał stamtąd uciec.

The Adventures Of Greggery Peccary
Umiejscowienie mówi samo za siebie. To epickie dzieło, elektryzujące otwarcie albumu Studio Tan, a tutaj na ostatniej stronie Lather, rozbłyskuje nowymi odniesieniami w nowym kontekście. Będąc przykładem ideologii ‘film-dla-twoich-uszu’, staje się zakończeniem z prawdziwego zdarzenia, nie w sposób, w jaki ‘King Kong’ kończy Uncle Meat, ale jako rzeczywiste ukoronowanie dzieła oraz jaśniejący przegląd wszystkiego, co zdarzyło się przed nim: materiał muzyczny skryty w ‘Greggery Peccary’ jest mistrzowską kumulacją wszystkich elementów składających się na ten album. Nie ma się więc co dziwić, że w trakcie radiowej prezentacji Zappa mówił o tym utworze jako o arcydziele – zawiera on wiele kawałków świetnej, świetnej, prześwietnej muzyki ilustrującej opowieść, która sama w sobie jest prześmieszną satyrą na nasze zniewolenie przez czas i kaprysy mody, prezentując jedne z najbardziej pamiętnych powiedzeń FZ a także prowadząc nas na umysłowo wymagające wycieczki ku granicom rytmu, tak tego lingwistycznego jak i muzycznego.
Istnienie postaci kilku animowanych świnek w filmie Baby Snakes nieomal sugeruje, że było to kiedyś pomyślane jako ścieżka filmowa, lecz sama muzyka jest tak wyrazista, że dodatkowe obrazy zdają się być niepotrzebnym nadmiarem: części instrumentalne następujące po niszczycielskich opisach potęgi reklamy (mających swą kulminację w ‘i rozpowszechnia ją po całej ziemi używając do tego wszystkich najmniejszych nawet działań, które nauka uczyniła możliwymi’) dosłownie ożywają jako wyobrażenie szaleńczego tempa cyfrowej technologii, która, teraz na skalę globalną, zaprzęgnięta zostaje do poszukiwania wszystkich możliwych odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania, jakie mogą zaprzątać twój umysł. Czy ktoś mówił coś o Internecie?

 

Simon Prentis, Londyn, Anglia, czerwiec 1996