home

Zappa w Internecie

biografie Zappy

zespoły, nagrania, dyskografia

teksty   

wywiady

artykuły zagraniczne

artykuły polskie

nowe na stronie

varia   

indeks


Z perspektywy Franka Zappy,
Down Beat Magazine: Wrzesień 13, 1973, Jim Schaffer

Wywiad z Frankiem Zappą - wspaniale! Ale muszę się do niego przygotować bo może okazać się niełatwym zadaniem. Tak myślałem przed wywiadem. Jednak w jego trakcie ten charyzmatyczny i utalentowany muzyk zaabsorbował mnie do tego stopnia, że wszystkie moje założenia okazały się bezużyteczne, a Frank przejął całkowitą kontrolę nad naszą rozmową.

Frank Zappa wie czego oczekuje od swojej muzyki i od swoich muzyków i wie jak zrealizować swoje oczekiwania. Lecz jest też artystą, który zdaje sobie sprawę z praktycznej strony muzyki ze wszystkimi jej niebezpieczeństwami i wie także jak przetrwać w świecie biznesu.

Frank mówi o tym wszystkim w czasie rozmowy. Ponieważ jego muzyka stoi u niego na pierwszym miejscu, Frank Zappa chciał zacząć od stwierdzenia co uważa za najważniejszą część muzyki.

Zappa: Interesują mnie melodie i jest to jedna z rzeczy, której brakuje mi w dzisiejszej muzyce. Budowanie melodii jest bardzo specjalną formą sztuki. Znam wielu ludzi, którzy potrafią pisać i aranżować ale nie zwracają wielkiej uwagi na to gdzie jest melodia. Pisanie melodii to wielkie wyzwanie. Dlatego tak unikalni są ludzie, którzy potrafią dobrze improwizować, jest to wyzwanie, któremu trzeba sprostać w danej chwili. Kiedy dysponujesz tylko szkieletem harmonicznym, wyzwaniem staje się stworzenie twojej osobistej melodii na tle zmian akordów, jest to coś co zawsze robi wrażenie.

Jest tylko jedna osoba w grupie, która nie improwizuje i jest to Ruth. Jest tak ponieważ ma jakąś mentalną blokadę. Myślę, że jest zdolna do improwizacji ale po prostu nie chce brać solówek. Wszyscy pozostali sa nastawieni na improwizowanie.

JS: A jak wygląda wykształcenie członków grupy?

Zappa: Ian ma kilka dyplomów - bakałarza i MA w muzyce. Myślę, że każdy w grupie ma dyplom poza mną. Oni są wszechstronnie przygotowanymi, wykształconymi muzykami czy to w jazzie czy rocku. Ruth ma przeszłość bardziej klasyczną. Jest produktem szkoły muzycznej Juilliard.

Ja jestem głównie samoukiem. Mam jeden semestr uczelni. To najwyższy poziom jaki osiągnąłem w szkole. W czasie tego semestru miałem zajęcia z harmonii a resztę czasu chodziłem do biblioteki i słuchałem nagrań. Grałem w barach.

JS: To prawdziwy fenomen.

Zappa: Dawno temu nie ludzie nie mieli szkół i bez szkół potrafili stworzyć większość tego co nazywa się muzyką klasyczną. Dlaczego więc mamy być tak bezczelni by twierdzić, że im lepszą szkołę skończyłeś tym lepszą muzykę będziesz tworzył. Myślę, że dobrą stroną szkoły jest to, że uczy praktycznego posługiwania się instrumentami. Ale jeśli szkoła ogłasza, że nie akceptuje wykonań na żywo ponieważ to nie współgra z twoimi studiami, to myślę, że robi wielki błąd, a większość szkół przyjmuje taką właśnie pozycję. Oczekują od ciebie, że będziesz miał akademicki stosunek do muzyki, a nie sądzę by było to dobre. Myślę, że szkoły mają tendencję do produkowania wielkiej ilości absolwentów z ludzi, którzy nie są jakoś specjalnie uzdolnieni po to by zarabiali pieniądze w muzycznym biznesie, i jest to ze szkodą dla studentów, którzy nie są właściwie uczeni. Myślę, że to powinno się zmienić.

Szkoła jest po to by dać ci wskazówki. Część z nich powinna dotyczyć tego jak przetrwać w muzycznym biznesie, a oni po prostu tego nie dają. Nie dają ci żadnej wiedzy o tym jak czytać kontrakt, a im lepiej jesteś przygotowany tym bardziej możesz być podejrzliwy przy podpisywaniu kontraktu, który może cię wiązać na sporą część twojego życia. (...) Tu w Stanach pewnie jest mnóstwo kompozytorów mających coś do powiedzenia, którzy nigdy nie będą mieli szansy by ich muzyka była zagrana, ponieważ muszą pracować na pół etatu na stacji benzynowej by stać ich było na luksus komponowania. Potem, jeśli już coś napiszą, muszą chodzić po orkiestrach błagając aby to zagrały. Oto jak wszedłem w rock & drollowy biznes. Nie próbowałem nawet pisać niczego rockowego do 21 roku życia. Wszystko co pisałem od czasu gdy miałem 14 lat do tamtego momentu, nie miało nic wspólnego z rockiem, jazzem czy czymś takim. Pisywałem wyłącznie muzykę kameralną bądź orkiestrową i nigdy nie zdarzyło mi się by ktokolwiek ją zagrał. Więc wykombinowałem, że jedynym sposobem aby moja muzyka mogła być grana, to założyć własny zespół i pisać dla zespołu. Potem spostrzegłem, że nie było łatwo znaleźć ludzi, którzy potrafiliby czytać to co pisałem więc w końcu robiłem rzeczy nie za bardzo skomplikowane ale przynajmniej były moje i mogłem usłyszeć to co sobie zamarzyłem.

JS: I to są wcześni The Mothers?

Zappa: Tak. Miałem grupę przez około rok zanim w końcu dostaliśmy stały kontrakt. Nasz menadżer próbował sprzedać nas tu i tam, ale nikt nie był zainteresowany bo sądzili, że nie byliśmy komercyjni. W końcu facet z MGM, Tom Wilson, przyszedł by zobaczyć nas w Whisky A Go Go w Los Angeles i zobaczył jedną piosenkę, a był to akurat blues, i pomyślał, że trafiła mu się biała grupa bluesowa. Podpisaliśmy kontrakt na dwa i pół miliona dolarów, równo podzielone pomiędzy członków grupy Rock & Roll Teenage combo. Myślę, że był to trzyletni kontrakt, a kiedy w końcu weszliśmy do studia i nagraliśmy Brain Damage i wszystkie te inne dziwne melodie to brwi ze zdziwienia podnosiły się i podnosiły i zaczęły się telefony z Los Angeles do Nowego Jorku, ale było już za późno.

Pierwszy zespół The Mothers składał się z byłego stolarza, byłego pracownika firmy elektrycznej z Teksasu, i faceta, który właśnie przestał być kierowcą ciężarówki rozwożącej drewno, i mnie, który właśnie przestał być artystą projektującym kartki z życzeniami. Tak czy owak, na początku The Mothers nie umieli czytać i nie mieli zielonego pojęcia o tonacjach powyżej i poniżej cztery czwarte, i trzy czwarte czasami sprawiało trudność, ale zdołaliśmy je jakoś wcisnąć w sześć czwartych i potem zaczęli wchodzić w pięć ósmych i siedem ósmych, ale to wszystko było robione ze słuchu. Nic nie wiedzieli o tym co dzieje się w muzyce współczesnej. Nigdy nie słyszeli o Strawińskim; lubili rock & roll. Trudno więc było nauczyć ich grać to co chciałem. Najbardziej jaskrawy przykład: sześć tygodni trzeba było aby nauczyć Jimmiego Carl Black'a jak grać solówkę perkusji przy końcu refrenu w Anyway the Wind Blows a rytm był taki: (przedstawia rytm wokalnie) - sześć taktów do wypełnienia, dwa tygodnie zabrało mu zrozumienie, że wszystko co musiał zrobić to dodać dwa uderzenia i wszystko będzie w porządku. W pierwszym rzędzie, nie mógł zrozumieć dlaczego ktoś miałby dodawać dwa uderzenia w środku piosenki, która była w rytmie cztery czwarte. To było już zbyt dziwne. Po dwóch tygodniach ćwiczeń, i naprawdę to było cztery albo i pięć godzin dziennie nad tym jednym fragmentem, w końcu to załapał. Potem szło mu jak trzeba.

Tak też właśnie uczyliśmy się jak grać całą resztę, poprzez wkuwanie. To jeden z powodów dlaczego niektórzy ludzie uważali nie za tyrańskiego dyrygenta, który niemal batogiem zmuszał ich do robienia tych wszystkich rzeczy, ale nie było innego sposobu aby to zrobić. Po prostu musisz powtarzać w kółko tę samą rzecz aż osiągniesz jaki taki efekt (nie powiedziałbym doskonałość), ale przynajmniej masz wrażenie, że się udało. Z każdą kolejną wersją The Mothers jakość muzyków rosła aż do około 1968 czy 1969 roku, i kiedy grupa się rozpadła liczyła sobie 10 instrumentów i były w niej cztery osoby, które umiały czytać nuty.

JS: Grający na instrumentach dętych?

Zappa: No cóż, popatrzmy, był Ian Underwood, Bunk Gardner, Buzz Gardner jego brat na trąbce i Art Tripp, który był naszym drugim perkusistą. Jest bardzo dobrze przygotowany zawodowo. Oni wszyscy potrafili czytać dobrze. Ale to czterech z dziesięciu. Ja sam nie czytam bardzo dobrze, potrafię szybko pisać, ale moje czytanie jest gówno warte. Nie było to więc nic co by przybliżało mnie do możności wykonywania bardziej złożonych zapisów muzycznych. Potrafiliśmy grać różne rodzaje dziwnej muzyki spontanicznie ale nie było nas stać zagrać zapisaną partyturę, i to było przykre. I również w tym roku 1969 kiedy to rozbiłem grupę, biliśmy głową w ścianę aby wyprodukować coś co w ramach muzyki pop było czymś niezwykłym i nikt się tym wtedy nie interesował. Zarabialiśmy bardzo mało i mieliśmy reputację raczej niesławnych niż sławnych. Kiedy więc zebrałem nową grupę poszedłem w całkowicie innym kierunku. Podstawowym kierunkiem pierwszej grupy The Mothers około roku 1969 był instrumentalizm - 70% przedstawienia to była gra na instrumentach. Było kilka wokali wrzuconych dla zabawy. Następny zespół, który zebrałem, robił głównie wokale i sceniczną błazenadę, i takie rzeczy, które nie były zbyt trudne do odbioru. Ta grupa zyskała o wiele większą popularność. Rozwiązała się po tym jak miałem ten wypadek w Anglii. Teraz ta grupa ma całą dziwność wczesnych The Mothers ponieważ potrafią improwizować spontanicznie ale również potrafią czytać partytury, poza mną i basistą, którzy mamy pewne problemy. Również śpiewamy. (...)

JS: Twoja sekcja dęta używa przystawek Barcus-Berry. Czyż nie tak? Jaka jest różnica między tym a graniem przez mikrofon?

Zappa: Więcej obecności. Masz lepszą słyszalność bez interferencji ze strony innych instrumentów na scenie. Masz otwarty mikrofon na scenie i ma on słyszeć cymbały. Będzie słyszeć, jak na przykład, tu jest mikrofon i jeśli coś jest tuż przed nim, to usłyszysz z tego około 80%. Ale jeśli ten instrument nie gra, to będzie on wyłapywał do 30% odległych cymbałów i perkusji i nie są to miłe dźwięki kiedy są wzmocnione. Ale jeśli to wszystko idzie przez druty, to ma się 90% czystego instrumentu. Sporo z tym eksperymentowaliśmy. Całkiem niedawno miałem grupę, głównie instrumenty dęte, i wszystko szło przez mikrofony, i nie brzmiało jak trzeba. Więc Barcus-Berry jest dla nas jedynym rozwiązaniem.

JS: Kiedy zdecydowałeś się by sam siebie reprezentować?

Zappa: Kiedy tylko odkryłem, że firma nagraniowa oszukuje nas i okrada z naszych tantiem. To było gdzieś w 1968 kiedy mieliśmy dość dowodów by to wykazać. Przyparliśmy ich do muru i odzyskaliśmy kontrolę a potem wynegocjowaliśmy z Warner Bros. umowę na dystrybucję naszego produktu.